Czytelnia

2019-08-13 źródło: https://stacja7.pl/

Hiszpańskojęzyczne media żyją od kilku dni historią zgłoszoną już do biskupa miejsca przez księdza Gustavo Palaciosa z parafii w Puku-Areguá w Paragwaju. Niosąc konsekrowane hostie do chorych w pewnym momencie odkrył, że z puszki, w której je niósł wycieka czerwona ciecz, pachnąca różami.
Po otwarciu puszki okazało się, że w środku zamiast konsekrowanych białych komunikantów znajduje się czerwona materia, podobna do tkanki ludzkiej, zanurzona w czerwonej cieczy.
Historia wydarzyła się 8 sierpnia. Ks. Gustavo Palaciosa, proboszcz małej parafii Matki Bożej Miłosiernej w dolinie Puku-Areguá w Paragwaju zanosił właśnie – jak zwykł to często robić – Komunię Świętą do chorych. W pewnym momencie zauważył, że z puszki z konsekrowanymi hostiami wycieka jakiś płyn, silnie pachnący różami. Wrócił do kościoła i na korporale rozłożył puszkę, aby sprawdzić co się dzieje. W środku nie zastał już białych hostii, ale nieznaną czerwoną materię zanurzoną w czerwonym płynie.

Kapłan natychmiast zgłosił ten fakt swojemu biskupowi. Wiadomo też, że przedmiot domniemanego cudu musi zostać poddany specjalistycznym badaniom. Aby być uznanym za cud musi również wypowiedzieć się Watykan.

ad, La Luce di Maria/Stacja7
Link do artykułu i zdjęć:

https://stacja7.pl/ze-swiata/czy-w-paragwaju-wydarzyl-sie-cud-eucharystyczny/

 

Ks. Tomasz Horak dodane 10.08.2019 09:00 źródło: https://opole.gosc.pl/

W Polsce nie istnieje żaden ogólny mechanizm regulujący finanse ani diecezji, ani parafii

Co jakiś czas wraca w internecie sprawa kościelnych pieniędzy. Nawet w niedawnym wywiadzie z o. Oszajcą (jezuitą, poetą, profesorem) ten temat został dotknięty. Nie mówię o plotkarskich tekścikach na wszelakich i nie zawsze poważnych stronach w sieci. Nie będę z nikim polemizował. Jako proboszcz wciąż jeszcze „urzędujący” – a co za tym idzie, trzymający parafialną kasę w księgowych plikach na komputerze – przedstawię swój punkt widzenia.
Trzy zastrzeżenia na początek. Pierwsze: w skali całego kraju (oczywiście, o Polskę chodzi) krajobraz finansowy jest bardzo, ale to bardzo zróżnicowany. Nie tylko w kwestii kościelnych pieniędzy, ale i dochodów obywateli, budżetów gmin i powiatów. To pociąga za sobą niejednakową siłę pieniądza w różnych okolicach. Zatem mówienie o konkretnych sumach nie zawsze daje realny obraz zamożności bądź biedy.
Drugie zastrzeżenie: W Polsce nie istnieje żaden ogólny mechanizm regulujący finanse ani diecezji, ani parafii. Owszem, istnieją utrwalone tradycją wspólne przedsięwzięcia. Na przykład utrzymanie misji w krajach trzeciego świata, dzieła Caritas tak wewnętrzne jak i zagraniczne, wspieranie klasztorów klauzurowych.
Trzecie zastrzeżenie: każdy mówiący (piszący) na te tematy ma swoje, lokalne i osobiste doświadczenia, ma swój osobisty portfel i jako proboszcz zarządza jakimś konkretnym funduszem parafialnym.
Jaki jest ten fundusz w mojej parafii? Na ostatnim posiedzeniu rady parafialnej postawiłem pytanie, czy nasza parafia jest zamożna, czy biedna. Pierwsza, prawie że zbiorowa odpowiedź była, że parafia jest zamożna. Przedstawiłem zatem liczby na koniec lipca. „No to deficyt budżetowy, proboszczu” – usłyszałem słowa wypowiedziane z niedowierzaniem. Bo wliczając sumy przekazane poza parafię (instytucje diecezjalne, wydział teologiczny, misje itp.) saldo wyniosło minus 17 tysięcy. Przecież parafia nie zbankrutowała, wszystko kręci się normalnie, nawet ostatnio kilkanaście tysięcy poszło na wymianę podbitki okapów kościoła. Z jakich źródeł deficyt został pokryty?
Otóż nasza parafia w ciągu wielu lat realizowała szereg projektów unijnych. Trzeba było najpierw zgromadzić jakieś środki, sfinansować prace, pokryć wkład własny. Potrafiliśmy obyć się bez kredytu. Potem dopiero przychodziła unijna refundacja. No i z ostatniego projektu mamy jeszcze małe conieco. Jako odchodzący na emeryturę proboszcz nie mogłem wejść w kolejny projekt. Szkoda. I co będzie, jak posiadane środki się wyczerpią? No właśnie... I tu miejsce na zaufanie Bożej Opatrzności. Naprawdę. Bogata to, czy biedna parafia? Myślę, że pytanie prześlizguje się gdzieś obok problemu.
Ale to nie wszystko. Ksiądz też z czegoś żyje. Upraszczając istnieją dwa modele ułożenia tej sprawy. Albo wszystkie dochody, włącznie z ofiarami składanymi przy zamawianiu Mszy św., idą do jednego parafialnego worka i z tego jest także pensja księży. Albo tzw. „intencje” są traktowane oddzielnie i stanowią ich wynagrodzenie. Stosuję ten drugi model. Przy średniej ofierze 70 zł i 26 „intencjach” w miesiącu daje to 1820 zł. Są jeszcze koszty trudno podzielne – ogrzewanie budynku, oświetlenie i inne podobne. Dobrze, że mam niewielką szkolną emeryturę – tyle powiem. I że dorabiam jako dziennikarz, komentator, reporter (od wszystkiego jest PIT). Byłem młodszy to jeździłem na parafialne zastępstwa do Niemiec, a jakże, tak jak moi parafianie.
Zdaję sobie sprawę, że to wszystko com napisał, jest jednym kamyczkiem wielkiej mozaiki organizacji Kościoła w Polsce. Na pewno nie złotym, ale i nie ciemnoszarym. Jak by to powiedzieli amerykanie: klasa niższa średnia. Łatwo w tej klasie o zrażenie parafian do sprawy finansów parafii i w ogóle Kościoła. Tym łatwiej, że i oni w podobnej klasie się plasują.
Ale wiem też, że w rejonach, gdzie klasy są wyższe, jeszcze łatwiej zrazić parafian i innych obserwatorów. Dlaczego? Bo zamożniejsi mają większe wydatki, większe potrzeby, ich złotówka jest „cięższa”. Na tle tej większej zamożności oczekiwania księży stają się też większe. Oczekiwania nie tylko i nie tyle osobiste, ale i parafialne. Bo to i kościół musi być ogrzany, bo to do Bożego Grobu plastyka trzeba wynająć, bez sekretarki w kancelarii ani rusz, a i parking musi być, z monitoringiem rzecz jasna – itd... A zamożniejsi dwa razy oglądają każdą złotówkę, a setkę to i z dziesięć razy. Sam zaś ksiądz na tle zamożnego krajobrazu nie może być taką szarą plamką – i pewnie coś w tym jest.
Bez wątpienia w każdej finansowej strefie zamożności potrzeba wielkiej delikatności księdza. Nie wolno też przesadzać z wydatkami parafialno-kościelnymi i każda parafia powinna stać raczej po stronie uboższych niż zamożniejszych. I taka na koniec złota reguła: może zaboleć suma, jaką składa się do wspólnej kasy, ale jeszcze bardziej boli sposób w jaki to się dokonuje.

 

Agnieszka Warecka źródło: https://www.katolik.pl/

Celem Krucjaty Wyzwolenia Człowieka jest dążenie do tego, aby jak najwięcej ludzi – w imię miłości do Niepokalanej – podjęło decyzję o całkowitej abstynencji od alkoholu.

Bezpośrednią inspiracją do powołania Krucjaty Wyzwolenia Człowieka stało się wezwanie św. Jana Pawła II do rodaków, aby przeciwstawiali się „wszystkiemu, co uwłacza ludzkiej godności i poniża obyczaje zdrowego społeczeństwa”. Słowa papieża wypowiedziane w 1978 r. zostały podjęte przez ks. Franciszka Blachnickiego jako szczególne zobowiązanie dla członków Ruchu Światło-Życie. Program Krucjaty sformułowany był już w 1979 r. jako 12-punktowe Abstynenckie Credo Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. Krucjata zwana jest też Dziełem Niepokalanej, Matki Kościoła.

– Ideą ruchu staje się dążenie do tego, aby – w imię miłości do Niepokalanej – jak najwięcej ludzi podjęło decyzję o całkowitej abstynencji od alkoholu – wyjaśnia Roman Jastrzębski, który wraz z żoną Krystyną odpowiedzialny jest za Diakonię Wyzwolenia, a dokładniej – za animowanie i koordynowanie działań Krucjaty Wyzwolenia Człowieka w diecezji siedleckiej.

W duchu wynagrodzenia

Krucjata przez abstynencję rozumie całkowite i dobrowolne wyrzeczenie się alkoholu jako napoju pod wszelką postacią i we wszelkiej ilości. Działania ruchu podporządkowane są zwalczaniu zwyczaju sięgania po alkohol.

– Krucjata propaguje dobrowolną wstrzemięźliwość od alkoholu podjętą z motywów nadprzyrodzonych i społecznych, głównie dlatego, że uważa ją za skuteczny środek do osiągnięcia celu, jakim jest zwalczanie społecznej klęski alkoholizmu – zaznacza Roman Jastrzębski.

Abstynencja według programu Krucjaty jest przede wszystkim aktem ekspiacji, tj. wynagrodzenia za grzechy pijaństwa. Kandydat deklaruje przynależność na okres jednego roku, a członek – uczestnictwo stałe, na czas trwania w Krucjacie. Dodać należy, że deklaracja krucjatowa zawiera także postanowienie nieczęstowania i niewydawania pieniędzy na alkohol.

Pomysłów nie brakuje

Dzieła trzeźwościowe inicjowane przez sługę Bożego ks. Franciszka Blachnickiego spotkały się z żywym odzewem wśród duchowieństwa i świeckich. Roman Jastrzębski wspomina, że w diecezji siedleckiej do założonej w 1986 r. Księgi Czynów Wyzwolenia wpisało się w ciągu roku półtora tysiąca osób.

– Dzieło to zawdzięcza szybki rozwój gorliwości ówczesnego moderatora diecezjalnego ks. Marka Boruca, jak też wsparciu bp. Jana Mazura, który w latach 1965-1988 był przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski ds. Apostolstwa Trzeźwości.

Działania ewangelizacyjne są kontynuowane i wzbogacane nowymi pomysłami.

– W siedleckich kościołach odbywają się comiesięczne nabożeństwa w intencji trzeźwości. Uczestniczymy także w bezalkoholowych balach karnawałowych. Z mojej inicjatywy temat trzeźwości od lat podejmowany jest przez prelegentów odbywającego się w Siedlcach wrześniowego Forum Nauczycieli, Rodziców i Wychowawców – nadmienia Roman Jastrzębski.

Obok organizacji modlitewno-formacyjnych spotkań państwo Jastrzębscy są odpowiedzialni za prowadzenie modlitwy różańcowej w intencji trzeźwości na antenie diecezjalnej rozgłośni radiowej.

Decyzja ułatwiająca życie

– Krucjatę Wyzwolenia Człowieka poznaliśmy po wstąpieniu do Domowego Kościoła. Kandydatami zostaliśmy na oazie I stopnia w 1992 r. Po pierwszej deklaracji nastąpiły okolicznościowe spotkania, np. z okazji chrztu czy Pierwszej Komunii świętej naszych dzieci – tłumaczy pan Roman, przyznając, iż decyzja o członkostwie w Krucjacie znacząco ułatwiła im życie. – Nie trzeba było zastanawiać się, czy kolejne zobowiązanie abstynencji jest aktualne… – wyjaśnia i wspomina rajd z uczniami, którego „pamiątką” było zarekwirowane piwo. – Jako „dowód rzeczowy” wstawiłem je do lodówki. Zdumienie naszych dzieci („Co to piwo tu robi?!”) stało się dla nas, rodziców, najlepszą nagrodą potwierdzającą słuszność podjętej decyzji.

Odpowiedzialny za diecezjalną Diakonię Wyzwolenia zaznacza, iż zobowiązanie do dobrowolnej abstynencji – osobistego daru wynikającego z miłości do Pana Boga i drugiego człowieka – nie było dla nich problemem.

– Rodzina i przyjaciele przyzwyczaili się, że nie wypiją z nami nawet symbolicznej lampki szampana. Zauważyliśmy też, że dobrowolnemu abstynentowi łatwiej jest odmówić natarczywym zachętom, a nasza postawa może dodać odwagi osobie mającej problem alkoholowy – zauważa.

Nie lękajcie się!

Bez alkoholu – ku radości rodziców – odbyło się przyjęcie ślubne córki państwa Jastrzębskich.

– Wielu gości wątpiących w powodzenie tego typu imprezy na jej zakończenie gratulowało nam pomysłu. Wkrótce potem nasz 17-letni syn po powrocie z oazy rzucił od niechcenia: „Podpisałem Krucjatę”. Obawy związane z jego wytrwaniem w postanowieniu w kontekście rozpoczynającego się sezonu imprez osiemnastkowych były nieuzasadnione – jako dobrego tancerza i kierowcę chętnie zapraszano go na imprezy. Na studiach syn poznał dziewczynę z Krucjaty, która została jego żoną, i już dziś cieszę się na myśl o chrzcie ich dziecka… Bez alkoholu oczywiście – podsumowuje dumny ojciec.

Czytelników „Różańca” pozdrawia wezwaniem Krucjaty Wyzwolenia Człowieka: „Nie lękajcie się”!

40 lat Krucjaty

Szczególnym miejscem w historii Krucjaty Wyzwolenia Człowieka jest kościół pw. Niepokalanej Jutrzenki Wolności w Katowicach-Brynowie, będący wotum za ocalenie narodu od klęski alkoholizmu. Przy świątyni mieści się Ośrodek Profilaktyczno-Szkoleniowy im. ks. Franciszka Blachnickiego.

W ramach Krucjaty Wyzwolenia Człowieka działa także Dziecięca Krucjata Niepokalanej. Jej członkowie – wzorując się na dzieciach fatimskich – odmawiają codziennie dziesiątek Różańca, podejmują ofiary, zobowiązują się do całkowitej abstynencji i walki z nieskromnością.

Agnieszka Warecka
Różaniec 7-8/2019

 

Prymas Polski: Nie mamy uszu i oczu dla Boga

pab / Kalwaria Pacławska (KAI) 2019-08-14 07:14 źródło: https://www.niedziela.pl/
 
Prymas Polski abp Wojciech Polak przewodniczył we wtorek centralnej Mszy św. w czasie Wielkiego Odpustu ku czci Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Kalwarii Pacławskiej koło Przemyśla. – Na pozór wszystko toczy się normalnie, chociaż nie mamy uszu i oczu dla Boga i żyjemy tak, jakby Go nie było – mówił metropolita gnieźnieński, diagnozując współczesne problemy ludzi wierzących.
Abp Wojciech Polak za papieżem Benedyktem XVI stwierdził, że współczesnych ludzi wierzących dopada swego rodzaju zaburzenie słuchu w stosunku do Boga. – Tak, uznają wprawdzie, że jest Bóg. Powtarzają jakieś gesty religijne, dokonują takich czy innych wyborów, ale często jakby On już nie istniał. Na pozór wszystko toczy się normalnie, chociaż nie mamy uszu i oczu dla Boga i żyjemy tak, jakby Go nie było. Czy jednak rzeczywiście wszystko toczy się normalnie i zwyczajnie? Czy także dzisiaj we wspólnocie Kościoła nie trzeba nam odnowy, jakiegoś zasadniczego zwrotu ku Bogu, ku Słowu Bożemu? Czy nie powinniśmy raz jeszcze przypomnieć sobie i z wiarą usłyszeć: błogosławieni, a więc prawdziwie szczęśliwi ci, którzy słuchają Boga i zachowują Jego słowo – mówił metropolita gnieźnieński.
Prymas Polski wskazywał, że wniebowzięcie Maryi zachęca, „byśmy się nie zniechęcali, nie ustali w drodze, abyśmy z niej nie zawrócili”. – Abyśmy się nie dali uwieść mirażom tego świata, abyśmy się nie dali odwieść czy zastraszyć. Abyśmy nie zbłądzili, nie ulegali naszym ludzkim słabościom, abyśmy z tej Bożej drogi do nieba nie schodzili, bo to jest droga wiary i zawierzenia Bogu – zaznaczył.
Kaznodzieja podkreślił, że Słowo Boże „nie dzieli, nie stawia nas po stronach takiej czy innej barykady”. – Nie jest narzędziem walki ani oręża przeciw komuś. My jesteśmy rodziną, rodziną Jezusa nie przez więzy krwi, ale przez Jego słowo, które daje nam życie. Ono rodzi w nas światło i uzdalnia do pójścia za Jezusem – mówił.
Abp Polak wskazywał, że Maryja „towarzysząc nam, na nowo daje nam odwagę, ponieważ największym Jej pragnieniem jest doprowadzić nas wszystkich do Ojca”. – Tak więc choć nadal często jesteśmy tak podzieleni, możemy stać się naprawdę jedną rodziną w Jezusie, Jej Synu i naszym Panu, królu miłosierdzia i głowie ciała, którym jest Kościół. Stać się jedno w słuchaniu Boga. Błogosławieni ci, którzy słuchają Jego słowa i żyją nim na co dzień – powiedział.
Wraz z prymasem Polski Mszę św. koncelebrował metropolita przemyski abp Adam Szal, prowincjał krakowskiej prowincji franciszkanów o. Marian Gołąb oraz kilkudziesięciu księży, którzy przybyli do Kalwarii Pacławskiej z pielgrzymami. Trwający od 11 do 15 sierpnia odpust zgromadził kilkadziesiąt tysięcy osób. W tym roku przypada 340. rocznica przybycia cudownego obrazu Matki Bożej do Kalwarii Pacławskiej. Z tej okazji ufundowano dzwon, który upamiętnia zarówno tę rocznicę, jak i 340. rocznicę śmierci założyciela Kalwarii Andrzeja Maksymiliana Fredry. Dzwon na początku Mszy św. poświęcił abp Wojciech Polak. pab /

 

bp Jerzy Samiec 08.08.2019 09:00 źródło: https://www.deon.pl/

Niezrozumiała jest dla mnie postawa niektórych hierarchów kościelnych. Od nas, którzy używamy słów do głoszenia Miłości Boga, wymaga się szczególnej odpowiedzialności za wypowiadane słowa.
W debacie publicznej coraz częściej dochodzi do zaostrzania wypowiedzi. Używa się niezwykle ostrych sformułowań, często wymierzonych w konkretne osoby czy też grupy. Swoją drogą, dziś dzięki mediom społecznościowym niezwykle łatwe jest zabieranie głosu w debacie publicznej. Ktoś napisze tweeta i może się okazać, że dotrze do kilkunastu tysięcy odbiorców. Kiedyś nie każdy był zapraszany do radia czy telewizji, a redakcje gazet brały odpowiedzialność za słowo pisane.
Dziś jednak można odnieść nieodparte wrażenie, że uczestnikom debaty wydaje się, że kiedy użyją ostrzejszej wypowiedzi od swoich adwersarzy, będą postrzegani za odważnych ludzi czynu, którzy znają prawdę i potrafią nadać jej realny kształt. Będą uważani za lepszych przywódców, a mocno sformułowana wypowiedź ma być usprawiedliwionym środkiem do realizacji celu.
Siła przebicia wypowiedzi rośnie, gdy dotyczy innych ludzi, szczególnie tych, którzy wydają się stwarzać zagrożenie - realne lub złudne. Gdy na horyzoncie pojawia się wróg to pojawia się hipotetyczne zagrożenie. Trzeba się przygotować do walki z tymi, którzy chcą nam coś zabrać, coś zniszczyć. Jeżeli uda się namalować większe zagrożenie to tym lepiej, bo w czasie kryzysu potrzebujemy silnego lidera, czy wręcz wodza.
Ludźmi można bardzo łatwo manipulować, zwłaszcza tłumem. Większość z nas ma potrzebę przynależności do grupy. Gdy będziemy powoływali się na wyższe wartości, na konieczność obrony danej społeczności, wartości, celów czy słabszych w grupie, możemy liczyć na konsolidację członków. Pojawiają się emocje i gotowość do walki. Mechanizmy te sprawdziły się w momentach realnego niebezpieczeństwa. Gdy jednak służą one do manipulowania innymi dla osiągnięcia własnych korzyści, same stają się niebezpieczeństwem.
Czasami jednak chodzi o coś innego - o odwrócenie uwagi od rzeczywistego problemu. Nie chcemy uczciwie i dogłębnie wyjaśnić i naprawić jakąś sytuację więc strategicznym rozwiązaniem wydaje się podsunięcie innego tematu. Najlepiej jest wskazać na zagrożenie, wywołać strach, który przerodzi się w złość i agresję, i już nikt nie będzie pamiętał o pierwotnym, tym właściwym problemie.
Co ciekawe "tego typu przywódcy" znajdują sobie za wrogów zawsze słabszych, takich, którzy nie stanowią rzeczywistego zagrożenia dla dużej grupy.
Okres (przed)wyborczy sprzyja takim działaniom. Trzeba pozyskać głosy, więc im więcej ludzi uwierzy w zagrożenie, tym więcej uda się przekonać do oddania głosu na tego "jedynego mocnego przywódcę". Niestety wywoływane sztucznie zagrożenia często przeradzają się w rzeczywiste konflikty. A te zadają rany lub rozdrapują stare, a czasem pochłaniają realne ofiary. Dlatego tak bardzo ważne jest ważenie słów przez tych, którzy zajmują eksponowane pozycje, ponoszą odpowiedzialność za wielu, nie tylko za tych, którzy ich wybrali, ale też oponentów.
Z dużym zdziwieniem, ale i przerażeniem przeczytałem o atakach na nową prezydent Gdańska. Jeżeli jest prawdą, że otrzymuje więcej pogróżek i hejtu od brutalnie zamordowanego poprzednika, to znaczy, że niczego się nie nauczyliśmy. W tym kontekście ważne jest, aby osoby publiczne, politycy i ich doradcy, a także dziennikarze przestali używać słów pełnych pogardy i nienawiści. Czy tego chcą, czy nie, stają się punktem odniesienia i szybko znajdują naśladowców, którzy słowa zamieniają w czyn, usilnie wierząc, że taka jest konieczność chwili.
Skoro wszyscy lub przynajmniej wielu z nas uważa się za wierzących to warto sobie przypomnieć choćby fragment z Ewangelii Mateusza:
"Plemiona żmijowe! Jakże możecie mówić dobrze, będąc złymi? Albowiem z obfitości serca mówią usta. Dobry człowiek wydobywa z dobrego skarbca dobre rzeczy, a zły człowiek wydobywa ze złego skarbca złe rzeczy. A powiadam wam, że z każdego nieużytecznego słowa, które ludzie wyrzekną, zdadzą sprawę w dzień sądu. Albowiem na podstawie słów twoich będziesz usprawiedliwiony i na podstawie słów twoich będziesz potępiony. (Mt 12, 35-37)
Jeszcze bardziej niezrozumiała jest dla mnie postawa niektórych hierarchów kościelnych. Od nas, którzy używamy słów do głoszenia Miłości Boga, wymaga się szczególnej odpowiedzialności za wypowiadane słowa.
"Niechaj niewielu z was zostaje nauczycielami, bracia moi, gdyż wiecie, że otrzymamy surowszy wyrok. Dopuszczamy się bowiem wszyscy wielu uchybień; jeśli kto w mowie nie uchybia, ten jest mężem doskonałym, który i całe ciało może utrzymać na wodzy." (Jk 3,1-2)
Zadaniem Kościoła jest niesienie Ewangelii wszystkim zwłaszcza tym, którzy są słabi, poranieni, porzuceni, zagubieni. Miłości Ewangelii nie da się pogodzić z mową agresji. Posiadanie jasnych przekonań i prawd nie stoi w sprzeczności z miłowaniem tych, którzy nie podzielają naszej wiary czy też mają zgoła inne poglądy od nas, niezależnie od tego jak bardzo mocno wyrażają sprzeciw wobec naszych wartości. Kościół Jezusa Chrystusa nie ma wskazywać wiernym wrogów, z którymi ma walczyć, ale uczyć kochać miłością Chrystusa wszystkich, także tych, którzy nas nienawidzą lub po prostu mają inne poglądy. (czytaj Mt 5, 43-48)
Brak odpowiedzialności za wypowiadane słowa staje się powszechnym zjawiskiem. To bardzo niebezpieczny trend, który może doprowadzić do katastrofy. Niestety, mowa pełna pogardy, dzieląca ludzi, wydaje się dla wielu skutecznym narzędziem do osiągania celów i nic nie wskazuje na to, że będzie inaczej. To jest bardzo smutna konkluzja. Mam nadzieję, że choć kilkoro z nas zacznie zważać na słowa i modlić się o Bożą interwencję w naszym podzielonym i skłóconym społeczeństwie.

Bp Jerzy Samiec - polski biskup luterański, zwierzchnik Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Polsce, prezes Polskiej Rady Ekumenicznej. Tekst ukazał się pierwotnie na jego blogu.

 

NABOŻEŃSTWA

ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU - CODZIENNIE 16:30 - 18:00

NOWENNA DO MATKI BOŻEJ OGNISTEJ - W KAŻDĄ ŚRODĘ 17:40

DO ŚW. JÓZEFA: KAŻDY CZWARTEK 17:40

DROGA KRZYŻOWA: PIĄTEK - 7:00 I 17:30 - DLA WSZYSTKICH, 15:30 - DLA DZIECI

GORZKIE ŻALE: NIEDZIELE WIELKIEGO POSTU 15:00, 17:00

NABOŻEŃSTWIE DO MIŁOSIERDZIA BOŻEGO I ŚW. JANA PAWŁA II: każdy poniedziałek o 17.40

PORZĄDEK MSZY ŚWIĘTYCH

MSZE ŚWIĘTE W NIEDZIELE
6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:15
(Msza św. w intemcji parafian), 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W NIEKTÓRE UROCZYSTOŚCI I ŚWIĘTA:
6:30, 9:30, 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W DNI POWSZEDNIE
6:30, 16:00 - W KAPLICY MATKI BOŻEJ, 18:00