Czytelnia

KAI | dodane 01.08.2018 11:45 źródło: https://papiez.wiara.pl/
Swoją pierwszą po przerwie wakacyjnej katechezę Franciszek poświęcił pierwszemu przykazaniu Dekalogu: „Nie będziesz miał cudzych bogów obok Mnie!” (Wj 20, 3).

Drodzy bracia i siostry, dzień dobry!
Usłyszeliśmy pierwsze przykazanie Dekalogu: „Nie będziesz miał cudzych bogów obok Mnie!” (Wj 20, 3). Warto zastanowić się nad kwestią bałwochwalstwa, która ma wielkie znaczenie i jest bardzo aktualna.
Przykazanie zabrania czynienia sobie bożków [[1]] lub obrazów [[2]] Jakiejkolwiek rzeczywistości [[3]]: wszystko bowiem może być użyte jako bożek. Mówimy o ludzkiej skłonności, która nie oszczędza ani wierzących, ani też ateistów. Na przykład my, chrześcijanie możemy zadać sobie pytanie: jaki jest naprawdę mój Bóg? Czy jest Miłością Jedyną w trzech osobach, czy też może jest moim obrazem, moim osobistym sukcesem, nawet w obrębie Kościoła? „Bałwochwalstwo nie dotyczy tylko fałszywych kultów pogańskich. Pozostaje stałą pokusą wiary. Polega na ubóstwianiu tego, co nie jest Bogiem” (Katechizm Kościoła Katolickiego, 2113).
Czym jest „bóg” na poziomie egzystencjalnym? „Właśnie tym, co znajduje się w centrum naszego życia i od czego zależy to, co się czyni i myśli [[4]]. Można dorastać w rodzinie nominalnie chrześcijańskiej, ale w rzeczywistości skoncentrowanej na punktach odniesienia, które są obce Ewangelii [[5]]. Człowiek nie może żyć bez skupienia się na czymś. Zatem świat oferuje „supermarket” bożków, którymi mogą być przedmioty, obrazy, idee, role. Na przykład modlitwa. Powinniśmy modlić się do Boga, naszego Ojca. Pamiętam, że kiedyś idąc do pewnej parafii w poprzedniej diecezji, żeby odprawić Mszę św., a następnie miałem w innej parafii, odległej około kilometra udzielić bierzmowania. Poszedłem pieszo, przechodząc przez piękny park. Ale w tym parku było ponad 50 stolików z dwoma krzesłami. Ludzie siedzieli naprzeciw siebie. Co robili: wróżyli z kart tarota. Zamiast modlić się do Boga, który troszczy się o przyszłość, „modlili się” do swego bożka, by odgadywać swój los. To właśnie jest bałwochwalstwem naszych czasów. Zastanawiam się: jak z wielu z was chodziło do wróżki, żeby rzuciła karty i odgadywała waszą przyszłość? Ilu z was chciało, żeby na przykład odczytywano wam przyszłość z waszych rąk, zamiast modlić się do Pana? Na tym polega różnica. Pan żyje, a inni to bożki, bałwochwalstwo, które na nic się nie zda.
Jak rozwija się bałwochwalstwo? Przykazanie opisuje fazy: „Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu [...] Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył” (Wj 20, 4-5).
Słowo „idol” w języku greckim wywodzi się od czasownika „widzieć” [[6]]. Bożek to „wizja”, która staje się fiksacją, obsesją. Bożek jest w istocie projekcją samych siebie na przedmioty lub plany. Tą dynamiką posługuje się na przykład reklama: nie widzę samego przedmiotu jako takiego, ale postrzegam ten samochód, smartfon, tę rolę - lub inne rzeczy - jako sposób na osiągnięcie i zaspokojenie moich istotnych potrzeb. I szukam go, mówię o tym, myślę o tym; idea posiadania tego obiektu lub zrealizowania danego planu, osiągnięcia określonej pozycji wydaje się cudowną drogą do szczęścia, wieżą sięgającą nieba (por. Rdz 11,1-9), i wszystko staje się podporządkowane temu celowi.
Następnie wchodzimy w drugą fazę: „Nie będziesz oddawał im pokłonu”. Idole domagają się kultu, rytuałów; dla nich padamy na twarz i wszystko poświęcamy. W czasach starożytnych składano bożkom ofiary z ludzi, ale podobnie jest również dzisiaj: dla kariery poświęca się dzieci, zaniedbując je lub po prostu nie rodząc; piękno wymaga złożenia ofiar z ludzi – ile godzin przed lustrem spędza jakaś osoba, jakaś kobieta, żeby zrobić sobie makijaż. To także bałwochwalstwo. Oczywiście robienie sobie makijażu nie jest zazwyczaj bałwochwalstwem, kiedy nie mamy zamiaru czynić z siebie bogini. Piękno wymaga złożenia ofiar z ludzi; sława domaga się złożenia siebie w ofierze, swojej niewinności i autentyczności. Bożki domagają się krwi. Pieniądze kradną życie, a przyjemność prowadzi do samotności. Struktury ekonomiczne poświęcają ludzkie życie dla większych zysków. Pomyślmy o wielu bezrobotnych, bo przedsiębiorcy danej firmy postanawiają zwolnić ludzi, by zyskać więcej pieniędzy. Bożek pieniędzy. Człowiek żyje w obłudzie, czyniąc i mówiąc to, czego oczekują inni, ponieważ narzuca to jemu bożek autoafirmacji. W ten sposób rujnowane jest życie, niszczone są rodziny, a ludzi młodych zostawia się pod kontrolą wzorców destrukcyjnych, tylko po to, by zwiększyć zyski. Także narkotyk jest bożkiem. Iluż młodych niszczy swoje zdrowie, a nawet życie oddając hołd temu bożkowi narkotyków?
Tutaj następuje trzeci i najbardziej tragiczny etap: „... a ty nie będziesz im służył”. Bożki zniewalają. Obiecują szczęście, ale go nie dają. Żyjemy dla tej rzeczy lub danej wizji, pochwyceni w wir samozniszczenia, czekając na rezultat, który nigdy nie nadejdzie.
Drodzy bracia i siostry! Bożki obiecują życie, ale w rzeczywistości je odbierają. Prawdziwy Bóg nie domaga się życia, ale je daje, obdarowuje nim. Prawdziwy Bóg nie oferuje mirażów naszego sukcesu, ale uczy nas kochać. Prawdziwy Bóg nie żąda od nas dzieci, ale daje nam swojego Syna. Bożki projektują przyszłe hipotezy i sprawiają, że gardzimy teraźniejszością; prawdziwy Bóg uczy nas żyć w konkretnej rzeczywistości dnia dzisiejszego, a nie złudzeniami przyszłości. Przeżywać dziś, jutro i pojutrze podążając ku przyszłości. Konkretność Boga prawdziwego przeciwko płynności bożków.
Zachęcam was do pomyślenia: ilu mam bożków? Albo jaki jest mój ulubiony bożek? Bowiem rozpoznanie naszych bałwochwalstw jest początkiem łaski i stawia nas na drodze miłości. Miłości nie można bowiem pogodzić z bałwochwalstwem: jeśli coś staje się absolutne i nietykalne, to jest wówczas ważniejsze niż współmałżonek, dziecko lub przyjaźń. Przywiązanie do jakiegoś przedmiotu lub idei czyni nas ślepymi na miłość. W ten sposób, by dążyć za jakimś bożkiem możemy nawet zaprzeć się ojca, matki, dzieci, żony, męża, rodziny – rzeczy najdroższych. Przywiązanie do jakiegoś przedmiotu lub idei czyni nas ślepymi na miłość. Weźcie to sobie do serca: bożki kradną nam miłość. Bożki sprawiają, że jesteśmy ślepi na miłość. By prawdziwie kochać, trzeba być istotami wolnymi od bożków. Jaki jest mój bożek? Usuń go, i wyrzuć przez okno.
[1] Słowo pesel „wskazuje obraz pierwotnie wyrzeźbiony w drewnie lub skale, a zwłaszcza w metalu” (L. KOEHLER - W. BAUMGARTNER, The Hebrew and Aramaic Lexicon of the Old Testament, vol. 3, p. 949).
[2] Słowo temunah ma bardzo szerokie znaczenie, które można sprowadzić do „podobieństwa, formy”; zatem zakaz jest dość szeroki i obrazy te mogą być wszelkiego rodzaju” (por. L. KOEHLER - W. BAUMGARTNER, Op. cit., vol. 1, p. 504).
[3] Przykazanie nie zakazuje obrazów jako takich – sam Bóg nakaże Mojżeszowi, aby wykonał cheruby ze złota na obu końcach przebłagalni (por. Wj 25,18) oraz węża miedzianego (por. Lb 21,8) – ale zakazuje oddawania im czci i służenia im, to znaczy całego procesu ubóstwienia czegoś, a nie jedynie przedstawiania rzeczywistości.
[4] Biblia hebrajska odwołuje się do bałwochwalstw kananejskich słowem Ba'al, które oznacza „panowanie, więź wewnętrzną, rzeczywistość, od której zależymy”. Bożek jest tym, co nas sobie podporządkowuje, zdobywa serce i staje się centrum życia (por. Theological Lexicon of Old Testament, vol. 1, 247-251).
[5] Por. Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 2114: „Bałwochwalstwo jest wypaczeniem wrodzonego zmysłu religijnego człowieka. Bałwochwalcą jest ten, kto «niezniszczalne pojęcie Boga odnosi do wszystkiego, tylko nie do Boga» (Orygenes, Contra Celsum, 2, 40)”.
[6] Etymologia greckiego słowa eidolon, pochodzącego od eidos, wywodzi się od czasownika weid, który oznacza widzieć (por. Grande Lessico dell’Antico Testamento, Brescia 1967, vol. III, p. 127).
Tagi:

 

Tomasz Grabowski OP źródło: http://www.katolik.pl/

Chrystus jaśniejący

Na różne sposoby próbowano pomniejszyć znaczenie tajemnicy, którą dzisiaj celebrujemy. Egzegeci argumentowali, że Przemienienie to tak naprawdę naturalne zjawisko. Promienie zachodzącego słońca sprawiły, że na ich tle Chrystus wydał się jaśniejący. Wyrwani z drzemki uczniowie zostali oślepieni blaskiem, który tylko pozornie bił od Chrystusa. Mocne światło sprawiło, że na wpół oślepieni widzieli postacie mężczyzn towarzyszących Jezusowi.

W rzeczywistości – piszą bibliści – to tylko plamy powstałe na skutek wydzielenia się zbyt dużej ilości rodopsyny w źrenicach spoglądających w blask słoneczny apostołów. Pierwsze wspólnoty kościelne, z perspektywy po paschalnej dopowiedziały, że owe plamy to Mojżesz i Eliasz. Na skutek skrótu perspektywicznego wydawało się apostołom, że chmury znajdują się wokół Jezusa, a nie – jak było w rzeczywistości – za Nim. Ponownie, pierwsze wspólnoty chrześcijan w przekazach o tym zdarzeniu, aż do zniekształcenia prawdy historycznej, podkreślały analogię pomiędzy Przemienieniem a epifaniami starotestamentalnymi. Dlatego chmury obserwowane przez uczniów na wieczornym niebie interpretowane były jako obłok okalający Chrystusa – znak Ducha Świętego. Współcześnie nie warto dawać wiary takim nierozsądnym ekstrapolacjom poglądów prostych ludzi, które za pomocą religijnej argumentacji miały tłumaczyć świat rzadkich zjawisk naturalnych.

Pozostawmy jałowe rozważania niektórych współczesnych biblistów. Świadectwo wiary chrześcijan zapisała liturgia dzisiejszego święta. Nasi bracia sprzed stuleci na wiele sposobów interpretowali znaczenie Przemienienia. Ślady odkrywanych znaczeń odnajdujemy w tekstach liturgicznych, którymi dziś modli się Kościół. Punktem wyjścia pozostało zdarzenie niezwykłe i intrygujące. Zdarzenie, które wspominają w swoich pismach zarówno Jan jak i Piotr. Zdarzenie, w którym – jak mówi dzisiejsza kolekta – Pan zarazem potwierdził świadectwem Ojców tajemnicę wiary i ukazał chwałę, która czeka Jego dzieci. To, co apostołowie ujrzeli i co później próbowali wypowiedzieć, było przejawem chwały Syna Bożego, przejawem poprzez ludzkie ciało.

Król chwały

On jest Królem chwały, kimś, komu przysługuje cześć, ponieważ w sobie zamyka majestat i piękno, blask, wdzięk i potęgę. Wyczerpuje i przerasta znaczenie tych słów. Jego naturą jest chwała. Na jej przejawy Izraelitów ogarniała bojaźń, Mojżesza – zachwyt i przerażenie, Eliasza – ekstaza. Na Taborze blask chwały Bożej prześwieca przez ludzkie ciało Chrystusa. Syn Boży pozwala na to, by przymioty Jego Boskiej Osoby były widoczne na sposób, w który materia może próbować je wyrazić. Tabor stał się miejscem epifanii – widzenia Boskiej chwały, objawionej tak, by człowiek mógł uchwycić jej blask. Przypominając sobie tę wizję apostołowie bardziej rozumieją niż widzą Boską naturę Chrystusa.

Trudna jest wiedza, którą posiedli dzięki wizji. Światło Taboru przemienia tych, których oświeca. Nie pozwala odejść nieporuszonym. Nie można być jedynie obserwatorem tego światła. Patrząc w nie, człowiek staje się jego uczestnikiem. Jan ujął to lapidarnie, a my rozważamy te słowa przyjmując dzisiaj komunię: będziemy podobni do Chrystusa, ponieważ ujrzymy Go takim, jakim jest (1 J 3,2). To, że widzimy Chrystusa takim, jakim jest – w Jego naturze, chwale, majestacie – sprawia, że my stajemy się do Niego podobni. W blasku Taboru nasze twarze jaśnieją światłem Chrystusa.

Przez to, że w celebracji eucharystii słowa te pojawiają się podczas obrzędu komunii, docieramy do splotu tajemnic. Komunia, podobnie jak wizja chwały Chrystusa, nie pozostawia nas takimi, jakimi nas zastała. Dzieje się z nami to, co wydarzyło się w życiu apostołów. Na ikonach Przemienienia sylwetki uczniów są poprzewracane do góry nogami. Światło „uderzyło” ich swoją mocą, sprawiło, że świat ich wartości został zupełnie odwrócony. Przyjęcie Najświętszego Sakramentu sprawia, że uczestniczymy w chwale Chrystusa. Stajemy się Jego współdziedzicami. Nasz świat „staje na głowie”. Nie stanowimy już dłużej jego centrum, nie my jesteśmy ważni, nie my cieszymy się znaczeniem i szacunkiem, jakim inni byliby skłonni nas obdarzyć. Chrystus jest na szczycie. Zamknięty w nas, objawia swoją chwałę. „W jaśniejącym obłoku ukazuje się Duch Święty i rozlega się głos Ojca: «To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie».”

Znajdujemy się na Taborze

Powyższe słowa otwierają dzisiejszą Mszę Świętą. Od samego początku (w antyfonie na wejście) liturgia wypowiada to, co się wydarzyło i to, co poprzez misteria dokona się w nas. Zarazem teksty mszalne przeniknięte są pełnym realizmu opisem naszej kondycji. Nie jesteśmy święci, przeciwnie – grzeszni. Nie mamy własnych zasług, liczymy na odkupieńczą moc czynów Jezusa. Jesteśmy w drodze, w której przewodzi nam głos Chrystusa: „Spraw, abyśmy posłuszni głosowi Twojego umiłowanego Syna, stali się Jego współdziedzicami” (Kolekta).

Różnorodne znaczenia dzisiejszego święta splata modlitwa nad darami: „Panie, nasz Boże, uświęć złożone dary przez chwalebne Przemienienie Twojego Syna i oczyść nas ze zmazy grzechów blaskiem Jego światłości”. W prostocie tych słów ukazuje się nie tylko tajemnica Przemienienia, ale również wskazówka, jak należy rozumieć liturgię eucharystii. Podczas celebracji znajdujemy się na Taborze. To tutaj Chrystus ukazuje się w chwale. Tutaj Ojciec mówi do Niego, iż jest umiłowanym Synem. Tutaj pouczają nas prorocy i patriarchowie. Tutaj dostępujemy przemienienia dzięki obecności w modlitwie Syna Bożego. W liturgii objawia się na nowo moc czynów Chrystusa. Ta sama moc, którą objawił na górze, teraz uświęca dary na ołtarzu. Jego światło oczyszcza nas ze zmazy grzechów.

Tomasz Grabowski OP
liturgia.pl

 

Łukasz Czechyra dodane 10.08.2018 05:45 źródło: https://kosciol.wiara.pl/
Bez intencji idziesz 3 dni, a potem... albo już masz intencję, albo wracasz do domu. Inaczej nie ma sensu.

Katarzyna i Mateusz Rutynowscy mówią, że wędrówka do Maryi to czas modlitwy, radości i doświadczania prawdziwej wspólnoty.
Już po raz 35. pielgrzymi z Warmii i Mazur wyruszyli do Częstochowy. W tym roku idą pod hasłem: „Duch, który umacnia miłość”. Na miejsce dotrą 12 sierpnia. – Chcemy wpisać się w ogólnopolskie hasło i rozważać rolę Ducha Świętego w Kościele, we wspólnocie – tłumaczy ks. Jarosław Dobrzeniecki, dyrektor warmińskich pieszych pielgrzymek.

Czasem słońce...
Katarzyna na pielgrzymkę na Jasną Górę wybiera się po raz 12., Mateusz – po raz 16. Jednak pierwszy raz idą razem, już jako małżeństwo. – Wiele razy pada to określenie, ale pielgrzymka naprawdę pozwala „naładować duchowe akumulatory”. Czas spędzony z Bogiem, drugim człowiekiem, swoimi słabościami pomaga przez cały rok trzymać się na dobrej drodze – mówi Mateusz i tłumaczy, że na pielgrzymce jak w życiu – czasem słońce, czasem deszcz. Spotyka się wielu ludzi, również takich, z którymi nam nie bardzo po drodze, ale nie można przed nimi uciekać przez 2 tygodnie i trzeba jakoś się dogadywać. – Ja na pielgrzymce doświadczam ogromnej wolności. Wszystko, co zewnętrzne, ograniczone jest do minimum – dbamy o najbardziej potrzebne rzeczy: spanie, jedzenie, mycie się. Idziemy z naszym plecakiem w atmosferze modlitwy, radości, wspólnoty i to pozwala inaczej spojrzeć na świat – podkreśla Kasia. Oboje zaznaczają, że na pielgrzymce konieczna jest intencja. – Są tacy, którzy idą dla frajdy, a po 3 dniach już są w domu albo odnajdują w tym wszystkim sens i odmieniają całkowicie swoje podejście. Intencja ciągnie – jeśli wiemy, po co idziemy, daje nam to energię, sens – tłumaczy Kasia. – Pielgrzymka w pewien sposób obnaża człowieka, na pełnej trudów trasie wychodzi z nas wszystko: lęki, egoizm, szacunek do innych. Dlatego też przyjaźnie pielgrzymkowe są takie mocne. Krąg naszych najbliższych przyjaciół to właśnie znajomi z pielgrzymki – w trudzie najlepiej poznaje się drugiego człowieka, a droga wszystko weryfikuje – podkreśla pątniczka.

...czasem deszcz
Doświadczeni pielgrzymi mówią, że najważniejsze na pielgrzymce są dobre buty, płaszcz przeciwdeszczowy i różaniec. Ale zdarzają się i tacy, którzy idą tak, jak wyszli z domu. – Na jednej z moich pierwszych pielgrzymek była taka sytuacja, że jeden pan nas odprowadzał. Tak mu się spodobało, że przeszedł z nami cały dzień i został na drugi. Pielgrzymi to życzliwi ludzie, więc dali mu ręcznik, mydło, nawet ubranie. Kolejnego dnia też mu było ciężko wrócić do domu, więc już tak został – żona się zgodziła, pielgrzymi zrobili zrzutkę i tak szedł z nami przez 2 tygodnie – opowiada Kasia. Oboje podkreślają, że pielgrzymka to wyjątkowy czas – zarówno dla pielgrzymów, jak i tych, którzy ich przyjmują w swoich domach. – To forma wyznawania wiary – dzielenie się tym, co się ma, z obcymi, potrzebującymi. To też bardzo krótkie rekolekcje; czasami ludzie, których się spotyka, traktują pielgrzymów jak księdza na spowiedzi – wypłakują swoje problemy, proszą o modlitwę. Oni czekają na te dni: nocujemy w tych samych miejscach, więc niektórych gospodarzy znamy już bardzo dobrze. Oni dzielą się z nami dachem nad głową, kromką chleba, a my odwdzięczamy się dobrym słowem i zanosimy ich intencje do Matki Bożej – mówi Mateusz. – Podczas jednej pielgrzymki mieliśmy nocować w miejscowości, gdzie od 3 miesięcy nie padał deszcz – wodę dla ludzi i zwierząt dowozili strażacy. Wiedzieliśmy o tym już wcześniej, po drodze modliliśmy się w tej intencji. Na miejscu dla nas woda była – ludzie się nie myli, żeby nam jej nie brakło. Każdy gospodarz prosił w tej jednej właśnie intencji – żeby wreszcie spadł deszcz. To była pierwsza sytuacja, kiedy – wychodząc rano w deszczu – cieszyliśmy się, że idziemy mokrzy. Pielgrzymi nie znoszą deszczu – lepsze największe słońce niż najmniejszy deszcz, ale wtedy to było coś wyjątkowego – opowiada Kasia.

 

Agnieszka Gieroba dodane 06.08.2018 05:45 źródło: https://kosciol.wiara.pl/

To nie jest podróż w ciemno, kiedy człowiek z lękiem stawia każdy krok. Przeciwnie! Ponad 40 lat temu ks. Franciszek Blachnicki przetarł szlak, którym wciąż z zachwytem idą kolejne pokolenia.

Ruch Światło–Życie ludzie odkrywają w różnym wieku i różnych okolicznościach. Jedni mają po kilka czy kilkanaście lat, inni wkroczyli w dorosłość, jeszcze inni, żyjąc w małżeństwie, szukali czegoś, co pozwoliłoby im być lepiej ze sobą. – Ja jestem przypadkiem dosyć późnej miłości do Ruchu. Byłem już klerykiem w seminarium, kiedy bliżej zacząłem się przyglądać tej wspólnocie. Dla mnie, młodego wówczas chłopaka, wielkim autorytetem był ks. Marek Urban, diecezjalny moderator Ruchu Światło–Życie. Pomyślałem sobie, że skoro taki ksiądz jest zaangażowany w to dzieło, to musi to być coś cennego. Zacząłem więc chodzić na spotkania oazowe i poznawać, czym to jest – mówi ks. Jerzy Krawczyk, nowy moderator diecezjalny Ruchu Światło–Życie, prowadzący obecnie wakacyjne rekolekcje oazowe III stopnia dla młodzieży. Poznając Ruch, poznawał też jego założyciela ks. Blachnickiego, śląskiego księdza, którego losy zawiodły do Lublina. Miasto stało się jednym z oazowych centrów w Polsce, obok Krościenka.

Stopień po stopniu
– Jako kleryk przeszedłem całą formację – od rekolekcji nazywanych pierwszym stopniem, kiedy odkrywamy, że Bóg ma dla nas wspaniały plan, przez drugi stopień poświęcony „wyprowadzeniu z Egiptu”, czyli wyzwoleniu się z różnych słabości i ograniczeń, po trzeci stopień pokazujący bogactwo Kościoła, jego wspólnot i darów udzielanych przez Ducha Świętego. Kiedy jednak wspominam mój pierwszy wyjazd na rekolekcje, przyznaję, że łatwo nie było. Nawet pojawił się moment, że powiedziałem sobie „nigdy więcej”, ale potem przyszła refleksja, iż znam tylu wspaniałych ludzi zaangażowanych w to dzieło, że może nie warto się poddawać. Tak się stało. Drugi wyjazd na rekolekcje to było całkiem nowe doświadczenie, zachwyt, pokój w sercu, pewność, że jest to propozycja dla Kościoła wciąż aktualna, mimo upływu lat – mówi ks. Jurek.
Dorota do oazy trafiła jako mała dziewczynka dzięki mamie. Najpierw był zachwyt nad możliwością spotykania się z rówieśnikami i wspólnego spędzania czasu, potem przyszło odkrycie, że jeśli zaprosi się do swego życia Pana Boga, jest zwyczajnie łatwiej, spokojniej – nawet jeśli przychodzą trudności. – Miałam 8 lat, kiedy mama zaproponowała, że zaprowadzi mnie na oazowe spotkanie dla dzieci. Nic mi to nie mówiło, ale chciałam robić coś więcej niż chodzić do szkoły i na dodatkowe zajęcia. Nawet nie wiem, dlaczego mama wybrała oazę, bo rodzice nie są w Domowym Kościele – rodzinnej gałęzi Ruchu Światło–Życie, ale musiała słyszeć od innych coś pozytywnego, skoro zdecydowała się mnie tam zaprowadzić – mówi Dorota, która na rekolekcje do Lublina przyjechała ze Słupska. Mówi, że w tym roku obchodzi mały jubileusz swojej obecności w Ruchu, bo od pierwszego spotkania mija 10 lat.

Tego szukaliśmy
– Nigdy nie żałowałam tego czasu. Z dziecięcych zabaw zaczęły rodzić się przyjaźnie, budowała się wspólnota, na którą można było zawsze liczyć. Mam w telefonie taką listę kontaktów, do których mogę zadzwonić o każdej porze. To ważne, ale najważniejsze jednak było doświadczenie Bożego planu w moim życiu. Teraz już wiem, że jak coś nie idzie po mojej myśli, to i tak Pan Bóg wyprowadza z tego jakieś dobro. To daje spokój i człowiek nie miota się niepotrzebnie, ale bierze Pismo Święte do ręki i rozeznaje, jaki jest Boży plan – mówi Dorota.
Zupełnie inną drogą do oazy przyszedł Łukasz. – Pochodzę z Krakowa, gdzie – wiadomo – całkiem niedawno odbywało się spotkanie młodych z papieżem Franciszkiem. Zanim to wszystko jednak się wydarzyło, w naszej parafii szukano wolontariuszy, którzy mogliby pomóc w przygotowaniach. Mój młodszy brat, który był w oazie, namówił mnie, bym się zgłosił. Początkowo miałem opory, bo to ja jako starszy zawsze przecierałem szlaki i zachęcałem go do różnych rzeczy, a tym razem było odwrotnie. Coś mnie jednak ciągnęło do wspólnoty, kiedy widziałem, ile radości czerpią z niej inni. Poszedłem i zostałem. Kiedy papież wyjechał, emocje opadły, mnie brakowało spotkań z ludźmi, radości, jaką dawała wspólna modlitwa, i podejmowania działań, w których szefem był Pan Bóg. A że w naszej parafii prężnie działała oaza, do której dorosłe lub prawie dorosłe osoby mogły dołączyć, poszedłem na spotkania. Im więcej z tymi ludźmi przebywałem, tym czułem się szczęśliwszy. Dzień zaczynałem od modlitwy i zawierzenia wszystkiego Panu Bogu i jakoś wszystko się układało. Potem pojechałem na rekolekcje, gdzie poznałem wiele innych osób, które myślą podobnie i żyją podobnie. Dziś nie wyobrażam sobie życia w samotności bez Pana Boga i wspólnoty ludzi wierzących – mówi Łukasz.

Pan Bóg działa przez konkrety
Kolejne pokolenia, które odkrywają swoje miejsce w Kościele dzięki Ruchowi Światło–Życie, są potwierdzeniem, że to, co w latach 70. XX wieku zaproponował ludziom ks. Franciszek Blachnicki, było Bożym planem. – Wciąż mamy wiele do odkrycia, zarówno jeśli chodzi o postać sługi Bożego ks. Blachnickiego, jak i jego pism, które zostawił dla nas. Kilka lat temu bp Adam Wodarczyk napisał biografię ks. Blachnickiego, którą zatytułował „Prorok”, i to jest bardzo trafny tytuł. Z perspektywy czasu rzeczywiście widać, że to, co zaproponował założyciel, wybiegało w przyszłość i wciąż jest aktualne – mówi ks. Jerzy Krawczyk. Cechą założyciela Ruchu ks. Blachnickiego było bezgraniczne zawierzenie Bogu przez Maryję. Całe dzieło oazowe zostało zawierzone Niepokalanej Matce Kościoła.
– Nigdy nie był to pusty akt, ale zawsze konkretne czyny miłości względem drugiego człowieka i doświadczanie prowadzenia w różnych sytuacjach. Ks. Blachnicki był zwykłym, biednym księdzem studiującym na KUL, a potem prowadzącym zajęcia i prace naukowe. Nigdy finansowo się nie przelewało, a jednak zawierzając Matce Bożej, zdołał na potrzeby Ruchu kupić w Lublinie kilka domów. Tych historii oazowicze zawsze słuchają z zapartym tchem, ale to nie jest zamknięty rozdział. Wciąż doświadczamy opieki Matki Bożej, zarówno w wielkich, jak i małych sprawach. Kiedy poszedłem do pracy do mojej pierwszej parafii w Chełmie, proboszcz powiedział, bym zajął się młodzieżą, może założył jakąś wspólnotę. Pomyślałem, że znam się na oazie, więc założyliśmy ją. Wkrótce na spotkania zaczęło przychodzić całkiem sporo młodzieży. Jednak oazowa formacja zakłada, oprócz spotkań w ciągu roku, wyjazd na rekolekcje. A to kosztuje. Może niedużo w porównaniu z innym wypoczynkiem, ale jednak. Chełm to miasto, gdzie często ludziom trudno związać koniec z końcem, więc pieniędzy na wakacyjne wyjazdy raczej brakuje. Przychodzili do mnie młodzi i mówili, że chcą jechać na rekolekcje, ale kasy nie ma.
Mówiłem: „Wpłaćcie, ile możecie, resztą zajmie się Pan Bóg”. Tego nauczyłem się od ks. Blachnickiego. Zdarzało się tak, że zbliżał się termin rekolekcji, a mnie w kasie brakowało kilku tysięcy. Zawsze jednak jakimś cudownym sposobem znajdowały się osoby czy instytucje, które uzupełniały brak. Nigdy nie miałem za dużo, zawsze w sam raz. To taki charakterystyczny znak, że zadziałała Boża opatrzność – opowiada ks. Jerzy. Do końca wakacji w różnych miejscach w Polsce odbędzie się jeszcze wiele rekolekcji. Jedne dla dzieci i młodzieży, inne dla rodzin. Jak bardzo potrzeba ludziom takiego czasu, świadczy fakt, że chętnych na taki wyjazd jest więcej niż miejsc.

Moja droga do oazy
Kasia – Najpierw śpiewałam w scholi. Dzięki temu poznałam lepiej księży w naszej parafii i innych młodych ludzi. Któregoś razu jeden z kapłanów zaproponował, bym przyszła na spotkanie oazowe. Pomyślałam: czemu nie? Poszłam i zostałam. Dzięki temu umacnia się moja wiara, mam nowych przyjaciół, którym nie trzeba wyjaśniać różnych spraw, bo odbieramy na tych samych falach. Czuję się w oazie jak w domu. Kuba – Mnie do oazy wciągnęli koledzy. Pewnego razu zaprosili na grilla oazowego, pomyślałem więc, że może być fajna zabawa, ale nie spodziewałem się, że będzie aż tak dobrze. Ku mojemu zaskoczeniu spotkałem tam ludzi, których znałem z widzenia, a oni przyjęli mnie jak kumpla. Nie było dystansu, był za to Duch, który nas łączył, tak że chcieliśmy razem przebywać i dzielić się z innymi tym, czego doświadczamy. Karolina – Byłam namawiana z dwóch stron, przez mamę i przyjaciółkę. Poszłam, ale na początku wydawało mi się to wszystko dziwne. Myślałam: jak można tak mówić o Panu Bogu? Dopiero gdy pojechałam na oazę ewangelizacyjną, odkryłam, że Jezus nie chce być gdzieś na piedestale, ale blisko nas, w naszych codziennych sprawach. To było odkrycie, które dało mi nowe spojrzenie na świat.

 

Fr. Justin źródło: http://www.katolik.pl/
Większość ludzi przyjmuje, że ich życie ma jakiś sens, wierzą, że za wszystkim musi coś stać. A mimo to Bóg pozostaje dla nich obcy. Chcą mieć ścisłe dowody na istnienie Boga. Czy można udowodnić istnienie Boga?
Z góry odpowiadam: nie można udowodnić w sensie dowodzenia, z jakim spotykamy się w naukach matematyczno-przyrodniczych. Nie można się z Nim tak obchodzić, jak z materiałem doświadczalnym w laboratorium. Jego istnienie nie może być wyliczone ani za pomocą formuł matematycznych, ani też stwierdzone na podstawie analiz chemicznych. Bóg nie jest rzeczą, którą można by rozporządzać, Bóg jest "Ty" osobowym. Istnieje jednak "doświadczenie Boga" w powszednim dniu człowieka, w pytaniach: Kim ja jestem? Skąd, dlaczego, po co jestem? Jaki jest ostateczny sens człowieka? Odpowiedź na te pytania daje religia. Tam, gdzie nie ma religii, stwarza się jej namiastki. Ludzie wierzący wszystkich epok byli przekonani, że w rzeczywistości świata odnajdują znaki i ślady Boskości. Podziw człowieka budziły nie tylko zjawiska nadzwyczajne, ale powszechny porządek natury, piękno, wspaniałość, regularność i harmonia jej zjawisk. Jak wytłumaczyć je inaczej niż działaniem kierującego wszystkim Ducha Bożego? Stad tradycja religijna była już bardzo wcześnie bodźcem dla wielkich myślicieli do głębszej refleksji nad rzeczywistością, do pytania o początek i prazasadę świata. Stawali przy tym wobec tajemnicy, którą w języku religii, tak jak w Biblii, nazywamy Bogiem.
Bóg filozofów nie jest wprawdzie bezpośrednio tym żywym, osobowym Bogiem, którego ukazuje nam Biblia, jest raczej prazasadą świata, czymś, co nie podlega uwarunkowaniom, absolutem, którego nie można określić żadnym mianem osobowym, ale jedynie za pomocą pojęć abstrakcyjnych. Do tego Boga filozofów nie można się modlić. Niemniej filozoficzna refleksja nad Bogiem spełnia ważną funkcję. Otwiera rozumowane dojście do wiary i wykazuje, że wiara w Boga, jakkolwiek przekracza daleko czyste rozumowanie, nie jest jednak nierozumna.

Fr. Justin - "Rosary Hour"
http://www.rosaryhour.net/

 

NABOŻEŃSTWA

ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU - CODZIENNIE 16:30 - 18:00

NOWENNA DO MATKI BOŻEJ OGNISTEJ - W KAŻDĄ ŚRODĘ 17:40

DO ŚW. JÓZEFA: KAŻDY CZWARTEK 17:40

DROGA KRZYŻOWA: PIĄTEK - 7:00 I 17:30 - DLA WSZYSTKICH, 16:30 - DLA DZIECI

GORZKIE ŻALE: NIEDZIELE WIELKIEGO POSTU 15:00, 17:00

NABOŻEŃSTWIE DO MIŁOSIERDZIA BOŻEGO I ŚW. JANA PAWŁA II: każdy poniedziałek o 17.40

PORZĄDEK MSZY ŚWIĘTYCH

MSZE ŚWIĘTE W NIEDZIELE
6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:15
(Msza św. w intemcji parafian), 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W NIEKTÓRE UROCZYSTOŚCI I ŚWIĘTA:
6:30, 9:30, 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W DNI POWSZEDNIE
6:30, 16:00 - W KAPLICY MATKI BOŻEJ, 18:00