Czytelnia

2018 - Rokiem 100-lecia odzyskania Niepodległości, patronem też abp Tokarczuk

lk, sejm.gov.pl / Warszawa (KAI) 2018-01-02 10:36 źródło: http://www.niedziela.pl/

Sejm postanowił, że rok 2018 będzie Rokiem Jubileuszu 100-lecia odzyskania przez Polskę Niepodległości. Ponadto w przyszłym roku w sposób szczególny zostaną upamiętnione: Powstanie Wielkopolskie, Konfederacja Barska oraz prawa kobiet. Decyzją izby patronami tego roku będą także Zbigniew Herbert, Irena Sendlerowa i abp Ignacy Tokarczuk.

"11 listopada 1918 r. spełnił się sen pokoleń Polaków - Państwo Polskie narodziło się na nowo. Po rozbiorach i 123 latach niewoli, rusyfikacji i germanizacji, po wielkich powstaniach, wolna Polska powróciła na mapę świata" - czytamy w uchwale Sejmu ustanawiającej 2018 r. Rokiem Jubileuszu 100-lecia odzyskania przez Polskę Niepodległości. Jak podkreślono w dokumencie, to dzięki tym, którzy pozostali nieugięci, nasz Naród wyszedł zwycięsko z dziejowej próby.
Sejm wyraził też nadzieję, że wzorem Ojców Niepodległości - Józefa Piłsudskiego, Romana Dmowskiego, Ignacego Paderewskiego, Wincentego Witosa, Wojciecha Korfantego i Ignacego Daszyńskiego - Polacy porzucą spory, by wspólnie świętować ten radosny Jubileusz w jedności i pojednaniu.
2018 będzie również Rokiem Pamięci Powstania Wielkopolskiego. W uchwale Sejm podkreślił, że zwycięska walka w latach 1918-1919 stało się wielkim triumfem Polaków, dążących do wyzwolenia się z pruskiej niewoli. W dokumencie zauważono, że dzięki bohaterskiemu zrywowi Wielkopolan, ich determinacji oraz hojnej daninie krwi, prawie cała zachodnia część tradycyjnie polskich ziem została włączona z powrotem do odradzającej się Rzeczypospolitej.
W 2018 r. przypada także 100. rocznica urodzin metropolity przemyskiego abp. Ignacego Tokarczuka - nieustępliwego obrońcy praw wiernych Kościoła i jednego z duchowych przywódców pokojowych zmagań narodu polskiego o niepodległość Ojczyzny. "W latach 70. XX wieku kuria biskupia w Przemyślu była miejscem spotkań opozycji demokratycznej i niepodległościowej, w tym szczególnie niezależnego ruchu chłopskiego. W latach stanu wojennego pomagała rodzinom internowanych i była enklawą niepodległej Polski, kultury niezależnej oraz ośrodkiem wsparcia Polaków zaangażowanych w działalność antykomunistyczną" - podkreślono w uchwale ustanawiającej Rok Arcybiskupa Ignacego Tokarczuka.
Sejm ustanowił także 2018 Rokiem Jubileuszu Konfederacji Barskiej. W 2018 r. przypada 250. rocznica zawiązania Konfederacji -zbrojnego związku szlachty polskiej, utworzonego w Barze na Podolu 29 lutego 1768 r. w obronie wiary katolickiej i niepodległości. Posłowie przypomnieli, że celem Konfederacji było zniesienie narzuconego przez Rosję traktatu, mocą którego Rzeczpospolita stawała się protektoratem rosyjskim oraz uchwalonych - przez sterroryzowany przez rosyjskie wojska Sejm - ustaw, które dawały równouprawnienie innowiercom.
Ustanowienie 2018 Rokiem Praw Kobiet ma związek z 100. rocznicą przyznania Polkom praw wyborczych. 28 listopada 1918 r. Józef Piłsudski podpisał dekret o ordynacji wyborczej do Sejmu Ustawodawczego, określający, że wyborcą jest każdy obywatel państwa, bez względu na płeć. Ponadto do Sejmu mogli być wybierani wszyscy obywatele i obywatelki państwa posiadający czynne prawo wyborcze. "Wyrażamy uznanie pierwszym parlamentarzystkom: Gabrieli Balickiej, Jadwidze Dziubińskiej, Irenie Kosmowskiej, Marii Moczydłowskiej, Zofii Moraczewskiej, Annie Piaseckiej, Zofii Sokolnickiej i Franciszce Wilczkowiakowej oraz wszystkim orędowniczkom walki o równouprawnienie" - napisano w uchwale Izby.
Patronką przyszłego roku będzie również Irena Sendlerowa. 12 maja 2018 r. minie 10. rocznica śmierci tej wybitnej polskiej działaczki społecznej, która w czasie II wojny światowej jako kierowniczka referatu dziecięcego Rady Pomocy Żydom „Żegota” przyczyniła się do ocalenia z Holokaustu około 2500 żydowskich dzieci. "Z narażeniem życia, heroizmem, w największej konspiracji wyprowadzała dzieci z warszawskiego getta, a następnie znajdowała im schronienie w polskich rodzinach, klasztorach i domach opieki" - podkreślili posłowie w uchwale. Przypomnieli też, że Irena Sendlerowa została uhonorowana w 1965 r. medalem Sprawiedliwej wśród Narodów Świata, w 2003 r. - Orderem Orła Białego.
Patronem 2018 r. Sejm ustanowił również Zbigniewa Herberta. "28 lipca 2018 r. minie 20 lat od śmierci jednego z najwybitniejszych poetów polskich i europejskich XX wieku. Z tej okazji Sejm Rzeczpospolitej Polskiej w uznaniu ogromnych zasług artysty postanawia oddać mu hołd" - stwierdza uchwała, w której zaznaczono też, że Zbigniew Herbert, w epoce kryzysu wartości i głębokiego zwątpienia zawsze stał po stronie zasad: w sztuce - kanonu piękna, hierarchii i rzemiosła, w życiu - kodeksów etycznych, jasno rozróżniających pojęcia dobra i zła.

 

Urszula Rogólska; Gość bielsko-żywiecki 50/2017 dodane 02.01.2018 04:45 źródło: http://kosciol.wiara.pl/

– 22 lata po ślubie… I dwa miesiące temu tutaj, w Zagórniku, w pokoju nad kaplicą relikwii bł. ks. Władysława Bukowińskiego, tak się pokłóciliśmy, że półtora dnia na siebie nie mogliśmy patrzeć – opowiadają Katarzyna i Alfred Gibasowie z Andrychowa. – Zobaczyliśmy, jak delikatną bańką jest małżeństwo...
 
Dwa lata temu koleżanka z pracy zaproponowała Katarzynie Gibas udział w kursie Alpha w Zagórniku koło Andrychowa. – Ja byłam ciekawa. Mąż podszedł do tego z dużym dystansem. Ale jak usłyszeliśmy, że nie będziemy musieli tam chodzić, jeśli się nam nie spodoba, zdecydowaliśmy: no to jedziemy – opowiada Kasia. – I tak się złożyło, że nie tylko zostaliśmy na wszystkich spotkaniach, ukończyliśmy naszą Alphę, ale później pomagaliśmy w kolejnych edycjach tego kursu i… braliśmy udział w następnych, których pomysł zrodził się tutaj w zagórnickim domu bł. ks. Władysława Bukowińskiego – dodaje Alfred, mąż Kasi. – To pomysłem inicjatora tego miejsca, ks. Jana Nowaka, postulatora procesu beatyfikacyjnego ks. Bukowińskiego, stały się kolejne kursy: Beta i kurs Dialogu Małżeńskiego…
Kasia i Alfred byli jedną z dziesięciu par – z Andrychowa, Kęt, Roczyn, Nidku i Sułkowic-Łęgu – które jako pierwsze uczestniczyły w zagórnickim Dialogu Małżeńskim. Przez osiem wtorkowych wieczorów zasiadali przy dużym stole w głównej sali domu, przy aromatycznej kawie, herbacie i domowych wypiekach. Razem z nimi byli ich goście: Anita i Krzysztof Tyrybonowie z Domowego Kościoła w andrychowskiej parafii św. Macieja, i ks. Jacek Moskal, moderator diecezjalny oazy rodzin, który towarzyszył małżonkom na zmianę z ks. Janem Nowakiem.

W domu Apostoła
Dom bł. ks. Władysława Bukowińskiego jeszcze pachnie świeżością drewna i farb. Uroczyście otworzył go na początku listopada abp Marek Jędraszewski. Na co dzień gospodarzami domu są Grażyna i Jarosław Ogiegłowie. O ks. Bukowińskim, apostole sowieckiego Kazachstanu, potrafią mówić z prawdziwą fascynacją. – Za życia miał dwie walizki. I ani domu, ani kościoła, w którym mógłby duszpasterzować. Tam, w Kazachstanie, narażając swoje życie, przynosił Jezusa ludziom, którzy przez kilkadziesiąt lat nie widzieli księdza. Po śmierci ma dom, w którym my możemy ewangelizować i na miarę naszych możliwości kontynuować jego dzieło – opowiada Jarosław.
– Zależy nam, żeby to miejsce było nie tylko ładnym budynkiem. Staramy się, żeby ludzie nawiązywali tu osobistą relację z Jezusem – chodzi o to, co przez całe życie robił ks. Bukowiński. Dzięki ks. Janowi Nowakowi od kilku lat w domu prowadzone są kursy Alpha, będące głoszeniem podstaw chrześcijaństwa w jak najprostszy sposób. Ale na Alphie się nie skończyło. – Przeszliśmy do Bety – uśmiecha się Jarosław Ogiegło. – To autorski kurs ojca Jana, poświęcony siedmiu sakramentom. To także mocne nawiązanie do postaci ks. Bukowińskiego – przez kilkadziesiąt lat chrzcił w domach, udzielał Pierwszej Komunii Świętej, bierzmował, asystował przy ślubach małżonków. Ten kurs uświadamia nam, czym naprawdę sakramenty są, jaka jest ich waga, co nam dają.
Każde ze spotkań – poza jednym – prowadzili księża, m.in. ks. Jan Nowak, ks. Edward Staniek, ks. Jacek Moskal. To jedno, poświęcone sakramentowi małżeństwa, poprowadzili Anita i Krzysztof Tyrybonowie z Domowego Kościoła. Do dziś w Zagórniku udało się zrealizować pięć edycji kursu Beta. Składa się na niego siedem spotkań o sakramentach i ósme, ukazujące spojrzenie na sakramenty z perspektywy ks. Bukowińskiego. – Ale Beta znów nie była finałem. Okazało się, że uczestniczące w niej małżeństwa miały tyle pytań, że zrodził się kolejny kurs – o komunikacji w małżeństwie: Dialog Małżeński, bazujący na doświadczeniach oazy rodzin – dodaje Jarosław Ogiegło.
– Pierwszą edycję „najmłodszego dziecka” zagórnickiego domu poprowadzili Tyrybonowie z księżmi Janem Nowakiem i Jackiem Moskalem. Cykl dziewięciu cotygodniowych spotkań zakończyło uroczyste odnowienie przysięgi małżeńskiej podczas Mszy św. w sobotę 9 grudnia.

Dziewięć wtorków
– Tematykę spotkań oparliśmy na naszym doświadczeniu życia w Domowym Kościele; na tym, co pomogło nam kiedyś uratować nasze małżeństwo i pozwala budować je każdego dnia – opowiadają Tyrybonowie. – Podczas pierwszego spotkania zastanawialiśmy się nad hierarchią wartości w naszych małżeństwach – jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, wszystko jest na miejscu właściwym. Mówiliśmy małżonkom o tym, że w obowiązkach stanu dla męża żona jest najważniejsza, dla żony – mąż. Kochana mama i dzieci są dopiero na kolejnych miejscach.
W kolejne wtorki mówiliśmy o zaangażowaniu społecznym, o tym, jakimi jesteśmy pracownikami, pracodawcami, o hobby, o budowaniu tej rzeczywistości na fundamencie Pana Boga. Kolejne poświęciliśmy historii naszego życia – z jakich domów pochodzimy, co wzięte z nich pielęgnować, a czego nie fundować dzieciom, współmałżonkowi czy sobie samemu. Przyjrzeliśmy się komunikacji werbalnej i niewerbalnej – temu, co i jak mówimy, jak przekazujemy informacje, czy jesteśmy przejrzyści dla współmałżonka. Rozmawialiśmy o naszych językach miłości, zwróciliśmy uwagę na „magiczne słowa”: proszę, dziękuję, przepraszam. Popatrzyliśmy na nie przez pryzmat Hymnu o miłości.
Kolejne ze spotkań poświęciliśmy konfliktom, które są nieuniknione – co z nimi robimy, jak je przeżywamy, czy chcemy je rozwiązywać, przemilczeć czy wykorzystywać do własnych rozgrywek. Nie mogło zabraknąć tematyki przebaczenia – bo to jest początek prawdziwego wzrostu, a także naszych relacji z rodzicami i dziećmi. Mottem wszystkich spotkań stały się słowa z Ewangelii św. Jana: „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”. – Tak jest, że ta prawda najpierw zaboli, a dopiero potem wyzwoli, ale bez tego nie ruszymy do przodu – podkreślają Tyrybonowie.
Na ostatnim spotkaniu prowadzący zachęcali do autentycznego wprowadzenia w życie treści spotkań. – Nie możemy skupiać się jedynie na modlitwie: „Ja się będę modlić, a Ty to, Panie Boże, za mnie załatw”, albo jedynie na działaniu: „Żyły sobie wypruję, ale dam radę”. Tutaj w grę wchodzi tylko ta opcja: „Modlę się, jestem z Bogiem i pracuję nad moim małżeństwem”. Ksiądz Jacek Moskal zaprosił małżonków, by wykorzystali siłę wszystkich poszczególnych sakramentów, które poznali; by praktykowali małżeńską i wspólną, rodzinną modlitwę, która decyduje o sile wiary. – Rodzina, która się modli, przekazuje wiarę, ale rodzina, która modli się razem, przekazuje wiarę silną – podkreślał ks. Jacek Moskal.

W cztery oczy
Po każdej prelekcji prowadzących małżonkowie otrzymywali indywidualne błogosławieństwo i świecę symbolizującą światło Chrystusa. Z tym błogosławieństwem przechodzili na rozmowy w cztery oczy, czyli dialog małżeński. – 22 lata po ślubie… – opowiadają Katarzyna i Alfred Gibasowie. – Dwa lata po Alphie, ewangelizacja, służba na kolejnych Alphach, potem nasz kurs Beta i kolejne posługi dla uczestników następnych edycji… My zachęcaliśmy innych do udziału w kursach, a dzięki jednej parze, która trafiła na Alphę po takim zaproszeniu, sami odnaleźliśmy swoją wspólnotę – Domowy Kościół… I dwa miesiące temu, tutaj w Zagórniku, w pokoju nad kaplicą relikwii bł. ks. Władysława Bukowińskiego, tak się pokłóciliśmy, że półtora dnia na siebie nie mogliśmy patrzeć. I zobaczyliśmy wtedy, jak delikatną bańką jest małżeństwo i… jak ta kłótnia była nam potrzebna. Uświadomiliśmy sobie, jak bardzo o małżeństwo trzeba dbać. Kiedy dowiedzieliśmy się o kursie Dialogu, myśleliśmy, co też kolejny kurs może nam dać. Ale gdy usłyszeliśmy jedno zdanie: że Pan Bóg stworzył nas, rozmawiając już wtedy z Synem i Duchem Świętym o tym, jacy mamy być, byliśmy powaleni. Zostaliśmy i nie żałujemy.
Anna i Michał Stokłosowie do Zagórnika dojeżdżali z Sułkowic-Łęgu. – Jeśli słowo „super” mogłoby oddać nasze wrażenia po tym kursie, to tak właśnie jest. Chcieliśmy pogłębić naszą relację z Panem Bogiem i poprawić codzienne funkcjonowanie naszej rodziny – mówią zgodnie. A Ania dodaje: – Mąż się stał bardziej troskliwy. Nawet dostaję bukiet kwiatów bez okazji, a wcześniej to się rzadko zdarzało. Widzę, że ja staram się więcej z siebie dawać, gubić mój egoizm, bardziej obdarowywać męża. Chyba dużo spokojniej jest w naszym domu… – Czasem jeszcze walczę z moją żoną, staram się coś wymusić, ale widzę, że kiedy oboje mamy świadomość tego, co tu usłyszeliśmy, wszystko lepiej się układa – mówi Michał. – Bez rozwoju duchowego raczej trudno mówić o dobrym funkcjonowaniu rodziny.
– Przyjechaliśmy tu z ciekawości – mówią Aneta i Gerard Adamczykowie z Nidku. – Rok temu, po kursie Alpha, wstąpiliśmy do Domowego Kościoła, gdzie dialog małżeński jest jednym ze zobowiązań. Kiedy dowiedzieliśmy się, że ten kurs będzie poświęcony właśnie dialogowi, postanowiliśmy spróbować. Od Alphy nasze życie zaczęło się zmieniać. Jesteśmy coraz bliżej Boga i patrzymy na małżeństwo z Bożej perspektywy. Nauczyliśmy się okazywać sobie więcej szacunku i zrozumienia. – Mąż jest bardziej cierpliwy – tak wobec mnie, jak i syna – mówi Aneta. – Żona jest bardziej wyrozumiała i odpuszcza to, co kiedyś było powodem do konfliktu – dodaje Gerard. – Mamy za sobą prawie 15 lat małżeństwa, ale po tym kursie widzę, że każde młode, zaczynające od zera małżeństwo, powinno tu być. Polecam – żeby nie trzeba było się przez lata docierać.

 

ks. Wojciech Węgrzyniak 2014-12-19 źródło: https://stacja7.pl/

Bóg się rodzi, moc truchleje, Pan niebiosów obnażony!

Jak może narodzić się Bóg, skoro nie ma początku? Jak może narodzić się z tej, którą sam stworzył? Już pierwsze słowa najpiękniejszej z polskich kolęd wprowadzają nas w tajemnice paradoksu, nagromadzonego w stopniu wręcz niewyobrażalnym. Żadna inna kolęda nie mówi tak mocno o paradoksie Boga. Tak. Bóg jest paradoksem. Jeśli Bóg się rodzi, to znaczy, że chce być bardziej widzialny, bardziej namacalny, być bardziej stworzeniem niż Stwórcą.

Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć – mówił Izajasz (55,6). Psalmista tęsknił: Szukam, o Panie, Twojego oblicza (27,8). Już wiemy, gdzie szukać. Już wiemy, w jakim kierunku tęsknić. On jest między nami. Narodził się, to znaczy, że jest w określonym miejscu, czasie i postaci.
Ale to narodzenie Jego jest inne niż objawienia, o których rozpisywała się Biblia Starego Testamentu. Kiedy „dotykał gór, one dymiły” (Ps 104,32), gdy „zasiadał na cherubach, ziemia się trzęsła” (Ps 99,1). Teraz Wszechmocny przychodzi tak kruchy, jakby cała Boska moc truchlała ludzką słabością. Dlaczego? Bo do takiego Boga nie będzie bał się podejść żaden człowiek. Nawet wół, osioł i owca nie boją się być blisko nowonarodzonej Dzieciny.
Jakby jeszcze było mało odarcia z boskiej wszechmocy, Bóg rodzi się obnażony z boskiego panowania, „Pan niebiosów obnażony”. I choć wielu będzie po latach przeczuwać, że Jezus naucza „jak ten, co ma władzę” (Mk 1,22), i choć Piłat napisze „Król żydowski” (J 19,19), to ani żłób ani krzyż nie będą się wydawać tronem Króla Królów i Pana Panów.
Trzeba być bardzo mądrym, jak magowie ze wschodu, żeby w odartym z władzy Dzieciątku zobaczyć władzę absolutną. Bóg rodząc się, zostawia ją w niebie, bo nie po to dał człowiekowi panowanie na ziemi, żeby przyjść mu je zabrać swoim narodzeniem.

Ogień krzepnie, blask ciemnieje, ma granice Nieskończony
Żeby ogień był ogniem, to nie może krzepnąć. Żeby blask był światłem, to nie może ciemnieć. Żeby nieskończoność była sobą, musi pożegnać się z granicami. Bóg, którego drugim imieniem jest logika, zdecydował się złamać pojmowalność. Bóg stał się nie tylko paradoksem. Bóg okazał się oksymoronem. I do końca nieskończonego świata będziemy pamiętać, że jakiekolwiek próby ujęcia Boga w logikę ludzkiego zrozumienia, skazane są na granice błędu nie tylko statystycznego.
Ale jeśli nawet ogień może krzepnąć i blask się zaciemnić, to znaczy, że niemożliwe jest możliwym. Nieskończony Bóg przyjął granice, żeby człowiek uwierzył w swoje nieograniczenie. Od narodzin w Betlejem nie ma nic niemożliwego nie tylko dla Boga. Dla Niego wszystko było możliwe od zawsze.
Od Bożego Narodzenia nie ma nic niemożliwego także dla człowieka. Ograniczonemu zostaje otwarta nieskończoność, chodzącemu w ciemności zabłysło światło, a zesztywniałemu od grzechów, zostanie dany ogień Ducha, który nawet z obumarłych kości jest zdolny wskrzesić naród bardzo mocny (por. Ez 37).

Bóg porzucił szczęście swoje, wszedł między lud ukochany
Czy Bóg był szczęśliwy zanim stał się człowiekiem? Na czym polegało jego własne szczęście? Co miał w niebie czego nie miał między ludźmi? Służyły mu niebieskie anioły? Był na wolnym od stworzenia świata? Nie musiał martwić się o jedzenie i picie?
Największym szczęściem Boga jest on sam. Nie dlatego, że jest egoistą, ale dlatego, że jest Trójcą. Szczęściem Boga jest relacja. Doskonała. Wieczna. Stwórcza. Dobra.
Stać się człowiekiem to także nie być szczęśliwym na boską miarę, tak jak szklanka nie będzie nigdy pełna miarą oceanu.
Jeśli jednak Bóg wchodzi między lud ukochany, to znaczy, że nie zamienia swego szczęścia na rozpacz, ale na szczęście inne, na szczęście miłości, która jest jeszcze bardziej dla innych. Kto wie, czy porzucenie boskiego szczęścia nie jest otwarciem się na szczęście jeszcze większe, szczęście bosko-ludzkie. Przecież Bóg jest paradoksem. Zatem Bóg nie jest tak szczęśliwy jak szczęśliwy jest Bóg-człowiek.
A że szczęście jest tylko w miłości, stąd Bóg wchodzi w lud ukochany. A że miłość jest bliskością, stąd nie obserwuje ludzi z boku, lecz idzie między nimi.I pasterzy zawoła, żeby byli bliżej. I mędrców sprowadzi z zagranicy. I kobiecie pozwoli włosami ocierać swoje nogi. Bo kochać to znaczy być blisko.

A Słowo Ciałem się stało i mieszkało między nami.
Zawsze Boskie słowo stawało się ciałem. Tak powstały ziemia i niebo, słońce i księżyc, i gwiazdy świecące. Tak zjawiły się ptaki i ryby. Tak wypełzły płazy i zakwitły drzewa. Tak powstał człowiek, wiara Abrahama i naród wybrany.
Wszystko powstało na boskie słowo. Tym razem jednak tajemnica Stwórcy i stworzenia osiągnęła zenit. To Boski Logos, jedyne Słowo, Przedwieczne, stało się Ciałem, człowiekiem, jedynym i nieśmiertelnym. Bóg nie tyle stworzył nowe stworzenie, co sam stał się stworzeniem.
A skoro Słowo mieszkało między nami, to znaczy, że przyszło do naszego domu. Mojego i twojego domu. Nie śpiewamy, że mieszkało między nimi. Nie śpiewamy o mieszkaniu w Palestynie. Śpiewamy o Bogu, który mieszka między nami. Oni, dwa tysiące lat temu, i my pokolenie XXI wieku, jesteśmy jedną wielką rodziną, domem, wspólnotą. Jesteśmy tymi, o których się śpiewa „między nami”. Żeby jednak Bóg mieszkał między nami, musimy być razem. Jeśli będziemy podzieleni, kogo wybierze Bóg, żeby z nim zamieszkać?

W nędznej szopie urodzony, żłób Mu za kolebkę dano!
Bóg przyszedł do takiego domu, jaki był. A dom ten nie był nawet domem. Był nędzną szopą. Bóg nie pogardził takim kątem. Nie wyśmiał. Nie poczekał dwóch tysięcy lat, aż ludzie będą mieszkać w bajecznych wieżowcach i jednorodzinnych pałacykach. Nie zwlekał z narodzeniem, aż ludzkość nauczy się montować w domach klimatyzację, a w grotach centralne.
Jeśli Jezus narodził się w szopie starożytnej Palestyny, to po to, by żaden człowiek na ziemi nie bał się, że jego dom jest zbyt skromny dla Boga. Nikt nie powinien się lękać, że jego serce jest zbyt nędzne, żeby mogło w nim narodzić się Zbawienie.
Żłób też nie był luksusem, bo to były czasy, kiedy władzę nie kojarzono ze żłobem. A jeśli żłób miał być kolebką, to i kołysać było ciężko. Nie wstydziła się jednak Panna Maryja tej klasy wózka dziecięcego. Cieśla Józef nie popadł w konflikt ze swą męską ambicją. Jak małym skarbem musiałoby być dziecko, żeby myśleć, że jego wartość zależy od gatunku kołyski.

Ubodzy, was to spotkało witać Go przed bogaczami!
Pierwsi witali Boga pasterze. Nie władze Betlejem. Nie lokalni biznesmeni. Dziś, nawet najbardziej otwarty na najmniejszych papież, przyjeżdżając do jakiegoś kraju, przywita się najpierw z władzami. Bóg ciągle wyprzedza człowieka w dostrzeganiu ubogich. Na kartach Starego Testamentu zapewnia raz po raz, że wstawia się za biednymi, sierotami i wdowami.
Maryja wychwalać będzie Pana, który ubogich wywyższa. Jezus powie: Błogosławieni ubodzy w duchu (Mt 5,3). Preferencja na rzecz ostatnich odsłania ojcowską twarz Boga. Ojciec zawsze będzie zajmował się bardziej tym dzieckiem, które słabe. Pierwszeństwo ubogich ukazuje Boga jako lekarza. Lekarz zawsze najpierw przyjmie chorych.
To jednak nie znaczy, że Bóg bogaczy odrzuca, albo gardzi tymi, którym dał więcej talentów. Przecież i mędrcy przyjdą go przywitać. Pójdzie w gościnę do bogacza Zacheusza. Powoła celnika Mateusza. Z bogatym młodzieńcem prawie się dogada. I nawet Herod i Piłat będą Go mogli zobaczyć.
Bóg nie może odrzucać tych, którym błogosławi. Bóg pokazuje tylko jednakową wartość wszystkich swoich dzieci. Wywraca schematy podziałów, które namiętnie tworzymy. Przypomina o braterskiej i siostrzanej więzi między ziemianami.

Podnieś rękę, Boże dziecię, Błogosław ojczyznę miłą!
Kiedy Bóg podnosi rękę, jest moc. Prawica Pańska wzniesiona wysoko, prawica Pańska moc okazuje (Ps 118,16).
Tak było wtedy, kiedy Izraelici uciekali przed wojskiem egipskim i wtedy, kiedy zdobywali obiecaną Ziemię (Ps 44,4), a nawet wtedy, kiedy Bóg stwarzał niebo i ziemię (Iz 48,13). Kiedy Bóg podnosi rękę, jest moc. Stąd my słabi, kruszyny własnych decyzji i działań, przewracający się na drogach własnej nielogiczności, prosimy na koniec o moc.
Prosimy o moc słabe dziecko, a to znaczy, że daliśmy się porwać boskiemu paradoksowi. Przechodząc kolejne zwrotki kolędy weszliśmy w trzaskającą schematy logikę Boga. Medytacja tajemnicy zrodziła w nas wiarę. Patrzymy na ludzkie Dziecię a mówimy Boże. Od tego, co słabe, spodziewamy się mocy. To znaczy, że już jesteśmy błogosławieni.
Nie chcemy jednak tego błogosławieństwa zostawić tylko dla siebie. Przecież Boże Narodzenie to wyjście z nieba na ziemię. Z boskiego szczęścia do ukochanego ludu. Dlatego prosimy za naszą Ojczyznę. Wychodzimy w modlitwie z kręgu naszych domów, rodzin i przyjaciół. Ogarniamy kraj cały, tak jak Bóg ogarnął światłem całą ludzkość. Uczymy się od Dzieciny z Betlejem, że prawdziwe narodziny oznaczają otwarcie na innych. Dlatego wołamy: „Błogosław ojczyznę miłą”.
A skoro serce powie o ojczyźnie, że miła, to zastanowi się tysiąc razy, zanim zacznie na nią narzekać. W tę betlejemską noc wszelkie patriotyczne narzekanie może znaleźć swój kąt tylko w pałacu Heroda. Z Groty Narodzenia płynie tylko błogosławieństwo.

 

Katechizm inaczej. Modlitwa

ks. Tomasz Horak dodane 16.05.2006 20:13 źródło: http://kosciol.wiara.pl/

Skarbiec wiary Kościoła jest ogromny. Są w nim "nova et vetera" - rzeczy nowe i stare. Te "stare" nie starzeją się nigdy. A "nowe" nie są nowe. Trzeba jedynie najdawniejszą tradycję Kościoła odczytywać na nowo.- abp Alfons Nossol
Byłem gdzieś rok po święceniach. Do kancelarii przyszła parafianaka. “Proszę księdza, proszę mi oddać 100 zł!” Powiedziała to takim tonem, że zwątpiłem - czyżbym zapomniał, że pożyczyłem od kogoś pieniądze? “Proszę mi przypomnieć, o jakie 100 złotych chodzi” - zapytałem. “O te za Mszę. Jureczek miał do mnie wrócić, a nie wrócił. Niech ksiądz nie udaje, tylko wyciąga z szuflady!” Sprawdziłem w kalendarzu mszalnym - faktycznie, prosiła o Mszę św. “w pewnej intencji”, ofiarowała rzeczywiście 100 zł. Wyciągnąłem więc z szuflady, dałem jej. Nawet nie próbowałem czegokolwiek tłumaczyć, byłem zaskoczony. Zresztą i dziś, po 30 latach duszpasterzowania niczego bym nie wyjaśniał, tylko oddał pieniądze za niespełnioną usługę.

“Gdy chwalimy Boga lub składamy Mu dziękczynienie, nie troszczymy się o to, by wiedzieć, czy nasza modlitwa jest Mu miła. Chcemy natomiast zobaczyć wynik naszej prośby. Jaki więc obraz Boga motywuje naszą modlitwę…?” - czytamy w Katechizmie [2735]. Nie każdy i nie zawsze, ale przyznajmy, że traktowanie Boga jako swego rodzaju “pogotowia ratunkowego” lub “ubezpieczalni” to częsta słabość. Byłem kiedyś świadkiem czegoś podobnego, tyle że pomiędzy ludźmi. Siedziałem u znajomych. Ktoś zadzwonił, z przedpokoju słychać było głosy: “O, to ty! - Dobry wieczór, dawno nie byłem. - Dawno, dwa tygodnie temu. A czego dziś potrzebujesz?” Gość próbował tłumaczyć, że dziś to naprawdę niczego nie potrzebuje, że przyszedł po prostu odwiedzić. Został jednak grzecznie i stanowczo odprawiony. Tak i modlitwa, by była siłą naszego życia, nie może ograniczać się tylko do próśb zanoszonych dopiero wtedy, gdy bardzo czegoś potrzebujemy. Trzeba na modlitwie Boga “odwiedzać” często i bezinteresownie. Gdy znajdziemy się w sytuacji “bez wyjścia”, On będzie z nami.

Ostrą naukę o modlitwie dał św. Jakub Apostoł (Jk 4, 2nn). Najpierw powiada: “Nic nie posiadacie, gdyż się nie modlicie”. To znaczy, że także nasze doczesne (a tym bardziej wieczne) sprawy od modlitwy są zależne. Ale zauważ: nie mówi “nie prosicie”, ale “nie modlicie się”. Już to jest wskazówką, że nie sama modlitwa próśb jest potrzebna. Bo modlitwa to bycie z Bogiem. Modlących zaś Apostoł napomina: “Modlicie się, a nie otrzymujecie, bo się źle modlicie…” To znaczy, że modlitwa może być opaczna, niewłaściwie ku Bogu kierowana, niestosowna. Apostoł wyjaśnia to bliżej, i mówi: “…modlicie się, starając się jedynie o zaspokojenie swych żądz”. Ostro powiedziane. A wynika z tego, że człowiek musi się uczyć (i to ciągle) oceniać i rozróżniać wagę swoich potrzeb. Jedne są słuszne i stosowne, zgodne z Bożym planem doprowadzenia każdego człowieka do pełni życia, do wieczności. Inne - też dobre i słuszne, mogą być sprawami ubocznymi, nieistotnymi. Ale w prośbach mogą się kryć nawet nasze żądze - takiego słowa użył Apostoł. Myślę, że owa dama, która zażądała zwrotu swoich 100 zł, “bo Jureczek nie wrócił” kierowała się bardziej żądzą, niż słusznością swej prośby do Boga. Katechizm powiada, że “Bóg nie może nas wysłuchać, gdyż chce naszego dobra, naszego życia” [2737] - dodajmy: wiecznego. Dokładnie tak: “nie może”. Nie dlatego, że jest słaby. Dlatego, że On jeden do końca wie, jakie mogą i mogłyby być nasze dalsze losy, gdyby spełnił tę czy inną naszą prośbę. Ponieważ jest On miłością, nie może dać czegoś, co obróciłoby się przeciw nam.
Skarżymy się czasem, iż nie jesteśmy wysłuchani, bo mijają dni, miesiące i lata, a Bóg zda się milczeć. Odpowiedź daje św. Augustyn, człowiek, którego przemiana i wielkość zostały wymodlone przez jego matkę, św. Monikę. A modliła się o to trzydzieści lat! “Nie martw się, pisze święty w jednym ze swych listów, jeśli nie otrzymujesz natychmiast od Boga tego, o co Go prosisz; oznacza to, że chce On przysporzyć ci dobra przez twoją wytrwałość w pozostawaniu z Nim na modlitwie. Chce, by nasze pragnienie potwierdziło się w modlitwie. Tak nas przygotowuje do przyjęcia tego, co jest gotów nam dać”. A chce dać więcej, niż prosimy. Bóg nie tylko jest dobry i wszechmocny - ale, mówiąc po ludzku, ma więcej fantazji niż człowiek. Człowiek musi nieraz długo dorastać, by móc przyjąć Boży dar. Czekając łatwo o niecierpliwość, bądź o zwątpienie. Ufności więc trzeba, dziecięcej ufności płynącej z przekonania, że Bóg to nie kapryśny satrapa, lecz dobry Ojciec.

A nie modlimy się sami. Chrześcijanin wie, że to Jezus - Boży Syn a zarazem nasz Brat - modli się w nas i z nami. To z jednej strony jest fundamentem naszej ufności: nie jesteśmy na modlitwie sami. A z drugiej strony rodzi się pytanie: na co bardziej czekam? Do czego jestem bardziej przywiązany i co (kogo) bardziej ukochałem: dary czy Dawcę darów? To bardzo ważne pytanie - a gdy uczciwie staramy się na nie odpowiedzieć, nasza modlitwa zostaje oczyszczona.

Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 2734 -2745.

 

Paweł Sawiak SJ źródło: http://www.katolik.pl/

Dzisiaj najlepiej sprzedającymi się książkami, są przeróżne poradniki kulinarne. Widać to w momencie, gdy przychodzimy na posiłek do zwykłego polskiego domu. Coraz rzadziej jemy „schabowego” lub „rosół”, a coraz częściej serwowane są nam potrawy kuchni włoskiej lub wyszukane dania azjatyckie, które zachwycają nas poezją smaku.

Z drugiej strony, najbardziej poszukiwanymi produktami współczesnego świata są przeróżne „diety cud”, które mają nam pomóc albo schudnąć, albo przybrać na masie – wszystko po to, aby lepiej wyglądać i lepiej się czuć. Diety pomagają w pozbyciu się złego cholesterolu, albo uzupełniają w nas to, czego organizm do tej pory nie miał. No dobrze, to wszystko co do ciała, a co z duchem? Czym karmisz swoją duszę i jaką dietę stosujesz, aby panował w tobie Boży pokój i harmonia? Może na początku nowego roku warto, byś zadbał o dobrą dietę dla swojej duszy?

Czym się karmimy?

Święty Ignacy z Loyoli zauważył, że nasza dusza jest bardzo podobna w strukturze do ciała, które „ćwiczone” wzrasta, nabiera elastyczności i lepiej funkcjonuje – jest po prostu zdrowsze. Dlatego polecił nam praktykowanie „ćwiczeń duchowych”, takich jak Msza, medytacja, rachunek sumienia czy różaniec. Na rekolekcjach ignacjańskich udziela się wskazówek w różnych dziedzinach, a nawet podane są „reguły o jedzeniu”. To oznacza, że dla naszego ducha ważne jest to, czym się karmimy – a to, czym się karmimy, powoduje, że mój duch jest albo blisko Boga, albo bardzo daleko, czyli funkcjonuje dobrze albo choruje. A jak sprawdzić, czy mój duch nie jest chory? Pokaż mi, czym się karmisz, a powiem ci coś o zdrowiu twojej duszy. Wchodzi do niej wiele różnych rzeczy i zanieczyszcza „skarb” – naszego ducha, dzięki któremu przecież jesteśmy podobni do Boga („Przechowujemy zaś ten skarb w naczyniach glinianych…” 2 Kor 4,7).

Jak zmienić tę dietę

,Jeżeli w ogóle nie modlisz się sercem, jeśli masz trudności na modlitwie i nudzi ci się ona, jeśli chodzisz smutny nawet po Mszy i Komunii, jeśli inni nie widzą przełożenia twojej wiary na twoje życie (modlisz się, a nie ma w tobie łagodności, pokoju, radości), jeśli ciągle masz trudności z erotyzmem i atakującymi cię obrazami nagości – to musisz zmienić duchową dietę. Przypatrz się więc, co wchodzi do twojego serca i czyni je nieczystym (por. Mk 7,18-23). Im bardziej zanieczyszczone jest twoje serce, tym mniej jesteś podobny do Boga i tym trudniej ci kontaktować się z Nim. Należałoby wtedy przyjrzeć się higienie oczu i radykalnie odrzucić oglądanie pornografii, konkretne zło w postaci ostrych gier komputerowych, filmów epatujacych wylgaryzmem lub robiących ze śmierci dobrą zabawę. Po rocznej „głodówce” od tych rzeczy – zobaczyłbyś efekt i dziękowałbyś Bogu, że nareszcie masz dużo czasu. To u panów, a co z paniami? U kobiet zanieczyszczenie serca najczęściej wchodzi przez uszy, dlatego panie musiałyby na rok porzucić plotkowanie, szukanie okazji do obgadywania za plecami oraz słuchania narzekań innych wraz z przytakiwaniem. Gdyby te wszystkie wskazówki przyjąć – wraz z modlitwą pojawiłby się czas na robienie czegoś dobrego, np. przyuczenie syna, aby umiał skręcić rower, czy nauczenie córki, jak ugotować zupę ogórkową.

Kolekcja grubych ryb

W jednej z przypowieści Jezus mówił: „podobne jest królestwo niebieskie do sieci, zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju. Gdy się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłwszy, dobre zebrali w naczynia, a złe odrzucili” (Mt 13,47-48). Aby rozpocząć dobrą dietę duchową, należy postąpić podobnie – siąść z Jezusem na brzegu swojego serca i odrzucić złe ryby, którymi najczęściej, niestety, się karmimy. Czasem jesteśmy wręcz obżarci „grubymi rybami”, które Kościół nazywa siedmioma grzechami głównymi. Popatrzmy przez chwilę na nie, zauważmy je, aby je odrzucić. Pierwszą złą rybą, którą się karmimy, jest pycha – w różnych postaciach i odmianach: „nie będę służył, bo co ja będę z tego miał”, „ja dobrze znam takich jak on” (szufladkowanie ludzi), „w sumie, to ja nie mam grzechów”, a na modlitwie w centrum uwagi jest „ja”. Kolejną tłustą rybą jest chciwość: „mam, więc wszystko mogę”, „nie potrzebuję niczyjej pomocy”, „Bóg? A po co mi On?”, „tamten nie może mieć lepiej niż ja”. Następnie nieczystość: „mój mąż nie musi wiedzieć wszystkiego”, „w relacjach z innymi zawsze mam asa w rękawie”, „ona musi coś ukrywać, nie ufam jej”. Dalej jest zazdrość: „smuci mnie to, że on osiągnął sukces”, „pochwalić go, a czy ktoś mnie w życiu pochwalił?”. Przechodzimy do nieumiarkowania w jedzeniu i piciu: „nie mam czasu na siedzenie z rodziną – zjem na mieście”, „ta dieta jest wspaniała, ale muszę znaleźć lepszą, to jest teraz mój życiowy priorytet”. Grubą rybą jest też gniew: „on mnie skrzywdził, nie ma mowy, żebym pierwszy się odezwał”, „poczekaj, będziesz mnie jeszcze o coś prosił”. Na końcu mamy obrzydliwą rybę lenistwa: „po co się tak wysilać?”, „trzeba tak robić, aby się nie narobić”, „wybieram to, bo to jest łatwiejsze i dla mnie wygodne”.

Ostra selekcja

Jeśli zlokalizujesz te „grube ryby” w swoim duchowym menu – wyrzuć je. Zbierz tylko te ryby, które nakarmią ciebie i dadzą pokarm innym, bo takie menu miał Jezus. Każdego dnia posilaj się modlitwą i postawą pokornej służby wobec tych, których znasz. Przypominaj sobie, że wszystko masz od Boga i od Niego zależy twoje życie. Zacznij ufać ludziom i bądź gotowy na zranienia – zresztą ty też potrafisz zranić. Karm się sukcesami innych i chwal ich, kiedy im coś wyjdzie. Spotykaj się z ludźmi przy jedzeniu i skup się na spotkaniu. Gniew nakierowuj tylko na zło i zawsze bądź gotowy przebaczyć. Na koniec podejmij trud o miłość tam, gdzie żyjesz – bo choć trudna i czasem niewdzięczna, tylko ona nasyci twoje serce.

Paweł Sawiak SJ
Szum z Nieba nr 144/2017

 

NABOŻEŃSTWA

ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU - CODZIENNIE 16:30 - 18:00

NOWENNA DO MATKI BOŻEJ OGNISTEJ - W KAŻDĄ ŚRODĘ 17:40

DO ŚW. JÓZEFA: KAŻDY CZWARTEK 17:40

DROGA KRZYŻOWA: PIĄTEK - 7:00 I 17:30 - DLA WSZYSTKICH, 15:30 - DLA DZIECI

GORZKIE ŻALE: NIEDZIELE WIELKIEGO POSTU 15:00, 17:00

PORZĄDEK MSZY ŚWIĘTYCH

MSZE ŚWIĘTE W NIEDZIELE
6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:15
(Msza św. w intemcji parafian), 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W NIEKTÓRE UROCZYSTOŚCI I ŚWIĘTA:
6:30, 9:30, 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W DNI POWSZEDNIE
6:30, 16:00 - W KAPLICY MATKI BOŻEJ, 18:00