Czytelnia

ks. Leszek Poleszak SCJ źródło: http://www.katolik.pl/

Centrum życia chrześcijańskiego i wiary katolickiej

Wezwanie do powrotu do duchowości Najświętszego Serca Jezusowego nie jest jakimś sentymentalnym westchnieniem za odległą przeszłością i okresem rozkwitu kultu. Jest ono koniecznością chwili obecnej, stanowi wyzwanie aktualnych czasów, które domagają się od chrześcijan świadectwa żywej wiary, której fundamentem jest miłość.

Coroczna uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego inspiruje do refleksji nad relacją pomiędzy kultem Bożego Serca a jakością życia chrześcijańskiego. W Roku Kapłańskim Benedykt XVI zachęcał wszystkich wiernych do odkrycia daru kapłaństwa i jego roli w Kościele i świecie. Elementem, który łączy jakość życia chrześcijańskiego oraz kapłaństwa jest właśnie duchowość Najświętszego Serca Jezusowego, która zgodnie z nauczaniem Magisterium Kościoła, stanowi centrum życia chrześcijańskiego i wiary katolickiej. Prawdę tę potwierdza także św. Jan Maria Vianney, który kapłaństwo nazywa miłością Serca Jezusowego.

Jaka jest więc istota kultu Bożego Serca, skoro pomimo upływu niemalże dwu i pół wieku od jego oficjalnego zatwierdzenia przez Kościół, wciąż daje on znać o swojej aktualności, wbrew szerzącemu się aktywizmowi, zeświecczeniu i jawnemu odrzucaniu wiary? Czy w dobie kryzysu wartości i kryzysu wiary jest sens akcentować duchowość, która swój rozkwit osiągnęła w dziewiętnastym wieku?

Lekarstwo na odnowę ludzkiego serca i odnowę świata

W jakimś sensie odpowiedź na te pytania dał w ostatnim czasie abp André-Mutien Léonard, nowy prymas Belgii, który poszukując lekarstwa na kryzys wiary we współczesnym świecie, zachęcił do powrotu do centrum, do serca. „Punktem, w którym wszystko jest skondensowane, punktem, z którego wszystko wypływa, gorejącym ogniem całego życia chrześcijańskiego i życia Kościoła jest... Serce Chrystusa. Tylko wtedy, gdy na nowo zanurzymy się w źródle, będziemy mieć siły niezbędne, aby z jednej strony konfrontować się ze światem współczesnym, a z drugiej do niego się dostosować”.

Powyższe słowa, chociaż jeszcze nie precyzują, czym jest prawdziwa duchowość Najświętszego Serca Jezusowego, jednak słusznie odnajdują w niej lekarstwo na odnowę ludzkiego serca i odnowę świata. Odwołując się do Bożego Serca, duchowość ta stawia bowiem w centrum antropologię osoby w jej jedności i integralności oraz w relacji do jej transcendentnego celu. Jej pielęgnowanie prowadzi człowieka do ożywienia w sobie wewnętrznych uczuć Chrystusa, do wniknięcia w tajemnicę Jego miłości i Jego życia wewnętrznego. Liczne praktyki kultu (litania, godzina święta, koronka do Bożego Serca, pierwsze piątki miesiąca, intronizacja i wiele innych), które przecież nie same w sobie są najistotniejsze, prowadzą człowieka do odkrycia rzeczywistego oblicza Boga, który zgodnie z określeniem św. Jana Apostoła, jest Miłością (por. 1 J 4,16).

Punkt wyjścia do przemiany serca człowieka

Duchowość ta stanowi więc punkt wyjścia do przemiany serca człowieka. Nie wyrywa go ona z realnego świata, ale pozwala przekształcić jego serce na wzór Serca Bożego. W ten sposób zostaje przywrócona właściwa hierarchia systemu wartości człowieka, zostaje podkreślona waga modlitwy, miłości, co prowadzi do coraz głębszego zjednoczenia z Bogiem, które jest celem jego życia i powołania.

Prawdziwy kult Najświętszego Serca Jezusowego pozwala człowiekowi odkryć Boga, który darzy go miłością i oczekuje jej odwzajemnienia. Dzięki temu bariery stawiane człowiekowi na drodze do Stwórcy, propagowane na przykład przez jansenizm przesadnie akcentujący sprawiedliwość i majestat Boga oraz niegodność człowieka, zostają przezwyciężone poprzez miłość, która niesie z sobą przebaczenie i ufność (warto przeczytać fragment o wyznaniu miłości przez św. Piotra lub opis spotkania Jezusa ze św. Tomaszem – J 20,24-29; 21,15-19). Symboliczne wskazanie na miłość Boga, która objawia się w Sercu Zbawiciela, z jednej strony podkreśla bezinteresowność tej miłości, która w sposób zupełnie wyjątkowy wyraziła się w fakcie przebicia boku Syna Bożego i w Jego Zmartwychwstaniu, z drugiej zaś strony koncentruje wzrok nie tyle na fizycznym organie ciała Jezusa, co na Jego osobie, ukazując Go jako Tego, który jest godzien miłości.

Odkryć pełnię swojego człowieczeństwa

Jezusowe wołanie: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych” (Mt 11,28-29), zachowuje nieustannie swoją aktualność. Wskazuje ono także na istotę duchowości Bożego Serca. Jedynie w prawdziwej miłości, która chętnie podejmuje wyrzeczenie, wynagradza za oziębłość i jest gotowa do ofiar, człowiek może w pełni zrealizować samego siebie, odnaleźć pokój serca oraz swoje szczęście. Miłość ta będzie więc daleka od słów niemających pokrycia i wyrazi się zarówno w trosce o swoją świętość, jak też w miłości bliźniego. „Jeśli Bóg tak nas umiłował, to i my winniśmy się wzajemnie miłować” (1 J 4,11).

Wezwanie do powrotu do duchowości Najświętszego Serca Jezusowego nie jest jakimś sentymentalnym westchnieniem za odległą przeszłością i okresem rozkwitu kultu. Jest ono koniecznością chwili obecnej, stanowi wyzwanie aktualnych czasów, które domagają się od chrześcijan świadectwa żywej wiary, której fundamentem jest miłość. Rzeczywisty powrót do tej duchowości pozwala odkryć pełnię swojego człowieczeństwa, ukazuje jego witalność, która sprzeciwia się powszechnemu egoizmowi i pseudokulturze konsumpcji. Pielęgnowanie tego kultu nie tylko przyczynia się do uświęcenia człowieka i jego zjednoczenia z Bogiem, ale także pozwala mu odkryć radość z dzielenia się miłością i ze wspólnoty z tymi, którzy jak on mają szczęście być dziećmi Boga.

ks. Leszek Poleszak SCJ
Czas serca 3/106/2010

 

Andrzej Macura dodane 05.06.2018 09:45 źródło: https://ekumenizm.wiara.pl/

Trudno tego nie zauważyć. Ze Stolicy Apostolskiej popłynęły ostatnio dwa ważne sygnały. Oba dotyczące rozumienia Kościoła i relacji ekumenicznych.
 
Komunia
... to wspólnota. Jak celebrować wspólnie Komunię, gdy nie ma pełnej wspólnoty?
Przemówienie, jakie wygłosił papież Franciszek do delegacji patriarchatu moskiewskiego mocno zbulwersowało członków Katolickich Kościołów Wschodnich. Przynajmniej niektórych. Zanegowanie metody unii (uniatyzmu) jako drogi do przywrócenia jedności Kościoła odebrali jako - upraszczając - zakwestionowanie ich autentycznej przynależności do Kościoła katolickiego oraz sensu ich istnienia. Jednak spokojna lektura papieskiego wystąpienia nie pozwala na tak daleko idące interpretacje. Czegoś takie papież po prostu nie powiedział. Powiedział - zgodnie z przyjętą przed laty wspólną, katolicko-prawosławną Deklaracją z Balamand - że nie jest to metoda, którą Kościół katolicki miałby zamiar posługiwać się współcześnie. Jednak - jak stwierdził papież - Kościoły już zjednoczone z Rzymem należy szanować. Oczywistym jest, że to stwierdzenie, wypowiedziane w takim a nie innym kontekście, nie jest jedynie wykładnią stosunku rzymskich katolików do grekokatolików, ale jest też apelem do prawosławnych, zwłaszcza Cerkwi moskiewskiej.
Katolik musi w tym momencie uświadomić sobie, że dla Kościołów wschodnich unia prawie zawsze oznaczała podział. Podział w łonie pierwotnej wspólnoty, z której nie wszyscy na unię się zgadzali. Wyjątkiem od tej zasady są chyba tylko maronici, którzy do unii z Rzymem przystąpili w całości. W innych wypadkach to, co katolik widział jako odbudowanie jedności, część ludzi wschodu odbierała jako nowy podział.
Gwoli sprawiedliwości należy też jednak w tym miejscu zauważyć, że ci, którzy do unii przystępowali byli szczerze przekonani, że w ten sposób faktycznie odbudowują jedność Kościoła. Pewnie mieli nadzieję, że z czasem i reszta przekona się, że to dobry wybór. Dopiero z perspektywy wieków widzimy, że stało się inaczej, ale wtedy wcale tak to wyglądać nie musiało. Pamiętam wywiad sprzed lat z jednym hierarchów greckokatolickich, który odnosząc się do zarzucenia unii jako metody odbudowania jedności w Kościele pełen nierozumiejącego bólu zauważył, że przecież unia faktycznie odbudowała tę jedność. Częściowo, ale jednak. I to raczej ci którzy nie chcieli jej przyjąć spowodowali nowy podział. Ten punkt widzenia, w niektórych wypadkach zgodny zresztą z chronologią zdarzeń, też trzeba rozumieć i go uszanować. Faktycznie, nie ma powodu, by tych, którzy trwają w jedności z Rzymem kultywując jednocześnie swoje wschodnie tradycje traktować jak wstydliwy problem dzisiejszego ekumenicznego dialogu.
W papieskim przemówieniu chodzi jednak zdecydowanie o coś więcej niż tylko przypomnienie dawno wypracowanych ustaleń. Charakterystyczne, że słowa te padły podczas wizyty przedstawicieli patriarchatu moskiewskiego, a nie kilka dni wcześniej, gdy był w Watykanie ekumeniczny patriarcha Konstantynopola. W samym tekście papieskiego przemówienia mamy też dość tajemniczo brzmiące wzmianki o wznoszeniu sztandaru uniatyzmu w Moskwie. „W Moskwie - w Rosji - jest tylko jeden Patriarchat: wasz” - stwierdził papież. A potem jeszcze raz podkreślił, ze Kościoły katolickie (liczba mnoga) nie powinny mieszać się do wewnętrznych spraw Cerkwi i do polityki. Wyraźnie chodzi więc o coś bardzo konkretnego. Ale o co - tego nie wiem.
Podejrzewałbym, że chodzi o jakieś tarcia między Cerkwiami na Ukrainie - jedną promoskiewską, pozostałymi antymoskiewskimi. Wiadomo nie od dziś, że w Kijowie silne jest pragnienie autokefalii, wzmocnione sytuacją po rosyjskiej agresji z 2014 roku. Ostatnio o sprawie autokefalii znów zrobiło się głośno w związku ze spotkaniem prezydenta Poroszenki z patriarchą Konstantynopola. Trudno nie zauważyć, że ukraińscy grekokatolicy kibicują tej sprawie. No ale gdyby Papieżowi faktycznie chodziło o sprawy ukraińskie, słowa o jednym patriarsze Moskwy i Rosji brzmiałyby bardzo niezręcznie. Właśnie takie można by uznać za mieszanie się w politykę (Rosji) i wewnętrzne sprawy Cerkwi, uwikłanych w spory z Ukrainą. Zdecydowanie nie traktowałbym więc wypowiedzi papieża Franciszka jako deklaracji mającej poświęcić Kościoły greckokatolickie na ołtarzu niepewnego dialogu z prawosławiem Rosyjskim. To zdecydowanie zbyt daleko idący wniosek. Ci, którzy tak tę papieską wypowiedź odczytują zdecydowanie przesadzają. To raczej deklaracja, że Kościół katolicki nie zamierza przykładać ręki do podziałów w łonie prawosławia.

Drugi z owych ważnych sygnałów to list prefekta Kongregacji Nauki Wiary, kardynała (nominata) Luisa F. Ladarii do przewodniczącego episkopatu Niemiec, kardynała Reinharda Marxa, odrzucający dokument niemieckiego episkopatu dotyczący dopuszczania ewangelickich współmałżonków katolików do Komunii w Kościele katolickim. Jak podkreśla kard. Ladaria, uzgodniony z Papieżem. Charakterystyczne, list ten opublikowano w momencie, gdy Franciszek spotyka się z przedstawicielami niemieckich ewangelików (luteran). Policzek dla ekumenizmu? Uważam, że dokładnie odwrotnie. Że policzkiem dla luteran byłoby dopuszczanie do Komunii w Kościele katolickim tych spośród nich, którzy mają katolickich współmałżonków.
Nie jest tajemnicą, że po wspólnej deklaracji o usprawiedliwieniu (z 1999 roku) ewangelicy liczyli na szybkie poczynienie dalszych kroków w kierunku zjednoczenia naszych Kościołów. I chcieliby interkomunii. Boleją nad tym, że jeszcze do tego nie doszło. Myślę jednak, że dopuszczenie do Komunii tylko niektórych spośród nich, i to ze względu na zawarte małżeństwo, nie mogłoby ich satysfakcjonować. Proszę zauważyć, taka praktyka łatwo mogłaby stać się metodą na przeciąganie ich wiernych do Kościoła katolickiego. Na pewno nie tego luteranie od katolików oczekują. To byłby wręcz antyekumeniczny prozelityzm.
I właśnie to między innymi zastrzeżenie nalazło się w liście kardynała Ladarii do kardynała Marxa. „Kwestia ta ma wpływ na stosunki ekumeniczne z innymi Kościołami i innymi wspólnotami kościelnymi, których nie należy lekceważyć” - czytamy w liście. No właśnie. Rozróżnienie w duchu uważanej za konserwatywną Dominus Iesus. Nie chodzi tylko o nowe trudności w dialogu z prawosławiem (Kościołami), ale protestantami, czyli także luteranami (wspólnoty kościelne).
Oczywiście w liście tym zauważono też problem, jaki stworzyłby taki wyjątek w Kościele katolickim. O ile prawo kanoniczne można poddać jeszcze stosownej interpretacji albo nawet je zmienić, to pozostaje jeszcze sprawa katolickiej doktryny. Faktycznie, nie jest to sprawa, w której decydować mogliby sami tylko niemieccy biskupi. I to zwykłą większością głosów.
Warto jednak zauważyć, że list nie zamyka sprawy ostatecznie. Stwierdzono w nim, że „dokument (niemieckich biskupów) nie jest na tyle dojrzały, by nadawał się do opublikowania”. Ale nie znaczy to, że w najbliższym czasie nie dojrzeje, prawda? I proszę nie odczytywać tego mojego pytania jako próby straszenia, że oto niebawem Kościół katolicki „dojrzeje” i zmieni swoją doktrynę. Zbyt mocno jednak na sercu leży mi sprawa zjednoczenia chrześcijan, bym nie widział w tej zapowiedzi jakiejś ekumenicznej nadziei. Kwestia ewentualnego dopuszczania do Komunii w Kościele katolickim ewangelików dziś wydaje się nie mieć innego rozwiązania niż to, moim zdaniem bardzo mądre, które znajdujemy w Dyrektorium Ekumenicznym i zapisach prawa kanonicznego. Nie znaczy to jednak, że nasze wspólnoty nie mogłyby poczynić jakichś kolejnych kroków ku jedności, które szanując Tradycję mogłyby tę furtkę uchylić nieco szerzej, prawda? Bo możliwości pełnej jedności między katolikami a luteranami w jakimś przewidywalnym czasie to raczej nie widzę. Choć oczywiście Pan Bóg potrafi mocno zaskoczyć.
Dwa ważne sygnały. Zarówno dla Kościoła katolickiego, jak i dla relacji ekumenicznych. A jaka będzie przyszłość, pokaże czas.

 

KAI | dodane 29.05.2018 17:19 źródło: https://info.wiara.pl/

Franciszek przywraca tradycję przewodniczenia przez papieża Mszy św. i procesji w uroczystość Bożego Ciała w rzymskich parafiach. 3 czerwca odwiedzi Ostię - nadmorską dzielnicę Rzymu, gdzie po Mszy św. w kościele św. Moniki wyruszy procesja do kościoła Matki Bożej z Bonaria - tam Ojciec Święty udzieli błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem.
 
Tym samym odnowiony zostanie zwyczaj panujący za pontyfikatu bł. Pawła VI (1963-1978), który przewodniczył uroczystościom Bożego Ciała w różnych częściach miasta. Dopiero od 1982 r. decyzją św. Jana Pawła II świętowano je w centrum Rzymu, zaczynając Mszą św. w bazylice św. Jana na Lateranie i kończąc błogosławieństwem eucharystycznym przed bazyliką Matki Bożej Większej po procesji, która prowadziła ulicą Merulana.
Biskup pomocniczy diecezji rzymskiej Paolo Lojudice zaznacza, że obecnie „zrywa się z jedną tradycją, by podjąć inną”, wcześniejszą. Przypomina, że celebrując Boże Ciało w różnych dzielnicach Wiecznego Miasta, Paweł VI w 1968 r. przewodniczył tym uroczystościom właśnie w Ostii, odprawiając Mszę św. przed kościołem Maria Regina Pacis (Maryi Królowej Pokoju).
W 1979 r. Jan Paweł II przeniósł obchody do swej katedry - bazyliki św. Jana na Lateranie. Rok później jednak przewodniczył procesji eucharystycznej w Castel Gandolfo. Po zamachu w maju 1981 r. nie uczestniczył w publicznych obchodach uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej. Od 1982 r. procesja stale odbywała się już na trasie między bazylikami św. Jana na Lateranie i Matki Bożej Większej.
Biskup Lojudice jest zdania, że powrót do zwyczaju z czasów Pawła VI „wpisuje się w duszpasterską logikę papieża Franciszka, w jego «nauczanie znakami», które chce zaprowadzić Kościół daleko, ulicami, aż na peryferie, w pobliże najtrudniejszych środowisk i sytuacji”.

 

BP RADOSŁAW ZMITROWICZ Niedziela 21/2018 dodane 03.06.2018 10:06 źródło: https://prasa.wiara.pl/

Wiele małżeństw jest głęboko poranionych przez grzechy małżonków. Jak ksiądz może im pomóc, jak mogą sobie pomóc wzajemnie, by ogarnęła ich łaska Boża?
Pewnego dnia mężczyźni przyprowadzili do Pana kobietę, która poszła za namiętnością swego ciała. Nie wiemy, co nią kierowało i co kierowało mężczyzną, który był z nią. Wiemy, że nie znano innego sposobu na powstrzymanie nieślubnych relacji mężczyzn i kobiet, jak tylko kamienowanie. Bo z jednej strony były zaślepiająca namiętność oraz pragnienie bycia z drugim człowiekiem, a z drugiej – straszne skutki takiego przeżywania intymności przez kobietę i mężczyznę: zniszczone rodziny, nieślubne dzieci, samotne kobiety, dzieci bez ojców... Grzechy związane z nieuporządkowaniem ludzkiej seksualności. Dzisiaj również skutki tych grzechów są straszne, mimo że współczesny świat mówi, iż to nic złego. Katolickie małżeństwa również doświadczają tych dramatów.
Nasz Pan, aby uratować zarówno potępiających kobietę mężczyzn, jak i ją samą, nieszczęśliwą, rozeznaje. Owocami tego rozeznania są dialog z mężczyznami i dialog z kobietą. Mężczyznom pomaga zobaczyć ich grzech. Do kobiety stosuje takie podejście, że zostaje ogarnięta nadzieją i wolą nowego życia. Ona odczuwa bardzo mocno, że grzech rzeczywiście jest śmiercią, a Pan nie daje jej taniego pocieszenia, nie mówi, że nic się nie stało, ale nie potępia, kocha. Objawia miłość do grzesznika, do osoby.
Czy to nie oznacza, że w tych trudnych sytuacjach zranień, zdrad, niewierności powinniśmy szukać przede wszystkim Ducha Bożego? Modlić się i prosić: Panie, daj mi swego Ducha, daj mi rozeznanie, daj mi słowa, gest, ton głosu, który wyrazi prawdę, prawdę o grzechu i prawdę o Miłości. Dotknij głębię ludzkiej istoty swą miłością, dotknij mnie i dotknij mego męża, który upadł, dotknij mojej żony...
To dotyczy kapłana, który słyszy o grzechu małżeńskim w konfesjonale czy podczas rozmowy. To dotyczy małżonków – czy to upadłych, czy zranionych. Co wtedy robić? Rozeznawać! Istotą rozeznania jest znalezienie słów, gestów, działań, które objawią grzech i objawią miłość do grzesznika. Jedynie miłość do grzesznika może go wyprowadzić z ciemności i śmierci grzechu. Jedynie ta miłość, która jest prawdą, i ta Prawda, która jest Miłością, może uratować porządnych i może uratować upadłych. Ta miłość, która wyraża się w przebaczeniu i proszeniu o wybaczenie.

Wielka jest twoja wiara
Syrofenicjanka – kobieta drugiej kategorii, oddzielona przez swoje pochodzenie od wspólnoty Izraela, wspólnoty wybranych. Kobieta bardzo cierpi z powodu cierpienia swojej córki. Ktoś jej opowiadał o Człowieku, który pomaga w takich sytuacjach – to Żyd z Nazaretu o imieniu Jezus. Dowiaduje się, że ten Jezus przechodzi blisko, więc zaczyna wołać, krzyczeć, błagać... Wydaje się, że Pan nie zwraca na nią uwagi, wydaje się, że Jezus w tym przypadku jest twardy i niemiłosierny. W końcu jednak zatrzymuje się i mówi do kobiety słowa dziwne, bo według naszych ocen twarde i niemiłosierne: „Nie jest dobrze zabierać chleb dzieciom i rzucać szczeniętom”. Czyżby traktował tę kobietę jak psa, jak osobę drugiej czy trzeciej kategorii? Wiemy, że nasz Pan jest Miłosierdziem, więc dlaczego tak mówi? Kobieta nie obraża się, jest pokorna i odpowiada Jezusowi: „I szczenięta jedzą ze stołu panów”. Ona akceptuje to, że jest drugiej kategorii, że nie należy do wspólnoty Izraela, że nie jest z tych wybranych. Nasz Pan powie do niej: „Wielka jest twoja wiara, niech ci się stanie, jak pragniesz”. Kobieta otrzymuje upragnioną łaskę!

Pokora i łaska
Wydaje się, że to słowo może nam pomóc w rozeznaniu, jak pomóc tym, którzy z powodu swojej historii czują się, jakby byli drugiej kategorii, bo nie mogą przystępować do sakramentów św. Cierpią i z powodu tego cierpienia mają wielkie pragnienie łaski, wielkie pragnienie kontaktu z Panem.
Pan Jezus pomógł kobiecie być pokorną, wyznać, że akceptuje swoją sytuację, swoje bycie „poza stołem”. Ta pokorna akceptacja historii wyraża wiarę tej kobiety. Ta wiara oznacza najpierw wiarę w Jezusa, który wszystko może, ale także wiarę wyrażającą się w akceptacji bycia człowiekiem drugiej kategorii. Przez pokorę otrzymuje upragnioną łaskę!
Czy to nie oznacza, że tym, którzy żyją w nowych związkach i nie są w stanie żyć w czystości, należy pomagać, prowadząc ich do pokory, do akceptacji swojej historii i konsekwencji wyborów, których dokonali? Czy nie można przyjąć, że gdy staną przed Panem tak pokornie jak Syrofenicjanka, to Pan udzieli im swojej łaski? A z czasem przyjmą dar czystości...
Ich udział w misji Kościoła może się wyrazić w uszanowaniu świętości i nierozerwalności małżeństwa, które kiedyś zawarli. Nie umieją żyć w pełni zgodnie z prawdą, ale przynajmniej uznają w pełni prawdę. Uznają, że misją małżeństwa katolickiego jest świadczenie o wielkości i potędze łaski Chrystusowej. Oni nie potrafili tego zrobić, ale teraz mogą uszanować tę misję Domowego Kościoła. Uczynią to przez pokorną akceptację, że nie mogą się zjednoczyć z Panem przez Komunię św. W ten sposób świadczą o nierozerwalności sakramentu małżeństwa. W ten sposób wyznają wiarę, że Chrystus daje moc do życia zgodnie ze słowami przysięgi małżeńskiej, choć oni sami nie potrafili przyjąć tej łaski.
Myślę, że właśnie pokorne przyjęcie konsekwencji swoich czynów prowadzi do kontaktu z łaską Zbawiciela. Nie jest to, oczywiście, łatwe, ale jest możliwe dzięki wierze. To wiara daje zrozumienie życia i wprowadza w osobistą więź z Bogiem. Dlatego też praca nad wiarą, nad stworzeniem dla rozwiedzionych środowiska wiary jest najważniejszą i największą pomocą. Dzięki wierze będą możliwe czy to pojednanie z tym, którego Bóg dał w dzień ślubu, czy to życie w czystości, a przede wszystkim pogodzenie się i pokorne pojednanie ze swoją historią oraz z Bogiem. Dzięki wierze małżonkowie będą mogli przyjąć i nieść swój krzyż (w tym również konsekwencje swoich grzechów i słabości). Zbawienie nie polega na samym powiedzeniu „amen” podczas przyjmowania Komunii św., ale na tym, że człowiek może mówić „amen” na swój krzyż. Dopiero wówczas Komunia św. jest w prawdzie i przynosi życie.

To twoje życie
Aby odkryć istotę powołania chrześcijańskich małżonków, trzeba sięgać do źródeł, do misji Chrystusa. Nasz Pan głosił Dobrą Nowinę. Integralną częścią tej Dobrej Nowiny były objawianie i świadczenie, że jest możliwa miłość, że jest możliwe zrealizowanie tego, co było „na początku” i co głęboko tkwi w naturze człowieka. Było to również objawianiem prawdy, że tylko życie zgodne z tym, co „na początku”, przynosi pełnię szczęścia i prowadzi do nieba. Prawdziwy, spełniony człowiek to Jezus na krzyżu, który ufa Ojcu do końca i kocha drugiego człowieka do końca. Jego miłość, więź z Ojcem, jest silniejsza niż śmierć i wprowadza ludzką naturę w życie samego Boga. Ten Jezus jest Kyriosem, jest Bogiem dającym swego Ducha człowiekowi, który w Niego wierzy. Mocą tego Ducha człowiek może mieć więź z Bogiem Ojcem jako dziecko Boże i może kochać drugiego człowieka. Ma w sobie bowiem życie wieczne, w nim żyje Duch Święty.
Kościół otrzymał misję uobecniania tego objawienia Boga, który jest Miłością, i świadczenia, że ta Miłość jest dostępna dla zwyczajnego człowieka. Małżeństwo – sakramentalne – uczestniczy w sposób szczególny w tej misji objawiania Miłości i świadczenia, że istnieje łaska, która umożliwia kochanie drugiego do końca i w każdych okolicznościach.
Mamy bardzo piękne świadectwa ludzi, którzy przez rozpad swojego związku sakramentalnego otworzyli się na działanie łaski Bożej. Przeżyli to coś, co jest zawsze „naj”, co tak naprawdę jedynie ratuje i uszczęśliwia człowieka: żywą relację z Bogiem. Gdy zaczynają żyć tą relacją, liczą się życie, które daje Bóg, i wierność przysiędze. Łaska sakramentalna działa z ogromną siłą i widzimy ludzi pełnych pokoju i radości – niezależnie od tego, czy są z kimś, czy sami. Człowiek jest stworzony do takiej miłości i wierności i takie właśnie życie jest zgodne z jego naturą. Sprzedajemy obraz i podobieństwo Boże w człowieku, sprzedajemy samego człowieka, gdy nie proponujemy mu drogi ku Miłości. To jest misja Kościoła, zadanie pasterzy, by głosić z mocą: Miłość istnieje, Bóg jest Miłością i ty, człowieku, możesz żyć z tą Miłością i tą Miłością. To jest, człowieku, twoje życie.

 

Łukasz Sianożęcki dodane 05.06.2018 06:00 źródło: https://kosciol.wiara.pl/

– W takim sporcie jak nasz nie ma zbyt wielu zawodników, którzy się nie modlą przed startem. Msza Święta po zawodach to dobre rozwiązanie – przyznaje Mieszko Gotkowski, mistrz Polski w motocrossie.
 
Czy ryk potężnych maszyn, zapach spalin z motocyklowych silników, kurz unoszący się spod kół, buzującą adrenalinę i inne ekstremalne doświadczenia można połączyć z Ewangelią, głoszeniem i delikatnym powiewem Ducha Świętego? Jest grupa zapaleńców z Elbląga, która uważa, że to możliwe!

Nazywają się Christophoros
– Gdyby ktoś powiedział mi w ubiegłym roku, że będę organizował takie zawody, to nie uwierzyłbym – mówi Mieszko Gotkowski, wielokrotny zdobywca Pucharów Polski i mistrz Polski w zawodach motocrossowych. – Wiele osób chce organizować zawody na podobnym poziomie, ale ja wcale o to nie zabiegałem. To Pan Bóg postawił nas w tej sytuacji – dodaje. Mieszko jest wiceprezesem w zarządzie stowarzyszenia Christophoros. – Bez wsparcia naszej organizacji nigdy bym się nie podjął organizacji rundy mistrzostw Polski i Pucharu Polski – przyznaje na wstępie.
– Jest to dla nas wielkie wyzwanie zarówno pod względem logistycznym, jak i organizacyjnym – mówi Andrzej Michalczyk, kolejny z przedstawicieli stowarzyszenia. – Chyba największe do tej pory, w niedługiej historii naszej wspólnoty. Ale wiemy, że z Bożą pomocą podołamy.
Już niedługo, 11 i 12 sierpnia, w podelbląskich Ogrodnikach (pomiędzy Milejewem a Jelenią Doliną) odbędzie się runda Mistrzostw Polski i Pucharu Polski w SuperEnduro. – Na początku towarzyszył nam lęk, lecz po pokonaniu wielu przeszkód, które napotkaliśmy, dostaliśmy zgodę z Polskiego Związku Motorowego i informację, że te zawody odbędą się właśnie u nas – wyjaśnia Mieszko. W zmaganiach będą mogli uczestniczyć motocykliści od klasy Amator, poprzez Junior, aż do Masters. W osobnej kategorii będą ścigały się panie. To będzie pierwsza w historii naszego miasta tego typu impreza w sportach motorowych. A jednocześnie pierwsza w historii impreza motorowa połączona zewangelizacją. – Planów mamy naprawdę mnóstwo – mówi M. Gotkowski. – Przewidujemy nie tylko Mszę Świętą polową, ale również koncert uwielbienia i występ gwiazdy, która na razie jest jeszcze tajemnicą – dodaje z uśmiechem.
Oczywiście także na tych, którzy przybędą jedynie dla rywalizacji sportowej, będzie czekało mnóstwo atrakcji. – Zaprosiliśmy na nasze zawody strażaków. Na pewno przywiozą swoją grochówkę i grill. Zapewne będą też chcieli zaprezentować swoje umiejętności podczas pokazów. Koło Gospodyń Wiejskich w Ogrodnikach również przygotuje coś specjalnego. Podobnych atrakcji będzie na pewno wiele – zapewnia organizator.
W czasie zawodów zobaczymy na najeżonej trudnościami trasie około 100 zawodników. – Każdy z nich przyjeżdża jednak ze swoją ekipą – są to przynajmniej trzy, cztery osoby z obsługi na jednego zawodnika. To daje razem prawie 500 osób – wylicza wiceprezes stowarzyszenia Christophoros. Procedury zawodów wyglądają niemal identycznie jak w transmisjach telewizyjnych innych zmagań w motorsporcie, jak choćby w Formule 1. Zawodnicy przechodzą przed startem konieczną odprawę, gdzie przypomina im się najważniejsze zasady panujące na torze. O ustawieniach na polach startowych decydują kwalifikacje – najszybszy zawodnik dostaje najdogodniejsze pole.

Tak można promować bezpieczeństwo
Czym byłby jednak sport bez kibiców… – W tym roku obserwujemy ciekawą tendencję. Dość mocno zwiększyła się liczba widzów przybywających na nasze zawody – ocenia Mieszko. – Nie wiem, czy wynika to z zainteresowania mediów dyscyplinami off-roadowymi, czy może po prostu z faktu, że zamknięto w niedzielę galerie handlowe i ludzie szukają innych form spędzania czasu – uśmiecha się. Jak wspomina, startował już w tym sezonie w zawodach, które obserwowało 10 tys. widzów. – Jeśli taka liczba nawiedzi nasze skromne miejsce, będzie to pełny sukces. Oby ich było jak najwięcej.
– Ktoś mógłby zapytać, po co my to w ogóle robimy – zauważa Mieszko. – Nie chodzi tylko o to, aby ludzie mogli popatrzeć na fajne motocykle, ale również o naukę i wpajanie nawyków bezpieczeństwa na drodze. Zależność jest bardzo prosta. Kiedy młody człowiek, który dopiero co zdobył prawo jazdy, nauczy się swoją energię spalać w kontrolowanych warunkach na zamkniętym torze, nie będzie czuł potrzeby, aby wciskać gaz do dechy na drodze publicznej, narażając na niebezpieczeństwo siebie i innych – tłumaczy.
Jak podkreślają organizatorzy zawodów, wydarzenie to jest nie tylko widowiskiem i rozrywką. – Wierzymy, że przyczyni się ono do integracji naszych lokalnych społeczności, m.in. parafii w Milejewie, na której terenie rozgrywają się zawody – wyraża nadzieję wiceprezes. Wyścigi lekkich motocykli na krętej i wyboistej trasie są niewątpliwie widowiskowe i ekscytujące. – To jest nasz haczyk do przyciągnięcia ludzi i pokazania im tego, co w działalności naszego stowarzyszenia uważamy za najważniejsze, czyli możliwości zaproszenia Pana Jezusa do wszystkich sfer naszego życia – wyjaśnia A. Michalczyk.

Modlitwa na torze motocrossowym
– Pomysł na ewangelizację zrodził się z doświadczenia bywania na zawodach w różnych miejscach w Polsce i za granicą – opowiada M. Gotkowski. Zazwyczaj imprezy motocrossowe to zmagania rozciągnięte na dwa weekendowe dni. – Zarówno w sobotę, jak i w niedzielę zawodnik jest zajęty od 8 do 18. Przebywamy często w miejscach nam kompletnie nieznanych, więc znalezienie wieczornej, sobotniej Mszy Świętej jest dla nas ogromnym wyzwaniem. A przecież wśród zawodników jest wiele osób, które mają takie pragnienie – wspomina. – W takim sporcie jak nasz nie ma zbyt wielu zawodników, którzy nie modlą się przed startem. Nie oszukujmy się, jest to sport ekstremalny – prędkości są duże, skoki wysokie – ocenia mistrz Polski. – Każdy w sercu prosi o błogosławieństwo szczęśliwego ukończenia zmagań, bo występuje w nim tak wiele niezależnych od człowieka zdarzeń, że nie można na trasie zawierzać tylko sobie.
Dlatego Mieszko postanowił, że Elbląg będzie pierwszym miejscem, gdzie tuż po zakończeniu zawodów startujący w nich oraz widzowie będą mieli szansę na spotkanie z Jezusem w Eucharystii. – Mam więc nadzieję, że elbląskie zawody nie tylko będą pierwszymi rozgrywkami z elementem ewangelizacyjnym, ale że tę praktykę będzie można wprowadzić podczas innych rund – dodaje.
– Chcemy wychodzić z Ewangelią nawet w najtrudniejsze miejsca – mówi Andrzej. – Nawet tam, gdzie nas, chrześcijan, katolików, ludzi wierzących, postrzega się jako „nawiedzonych” – uśmiecha się zawodnik. – Kiedy inni zobaczą, że ludzie się modlą, że Pan Bóg działa, że niekoniecznie muszą to robić w przestrzeni kościoła, ale np. w lesie czy na torze motocrossowym, może się zastanowią. Może przyjdzie refleksja, że Pan Bóg jest wszędzie i że to, co robimy, nie jest czymś dziwnym czy niezrozumiałym, ale realizacją najważniejszej potrzeby każdego człowieka, czyli spotkania z Bogiem.

 

NABOŻEŃSTWA

ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU - CODZIENNIE 16:30 - 18:00

NOWENNA DO MATKI BOŻEJ OGNISTEJ - W KAŻDĄ ŚRODĘ 17:40

DO ŚW. JÓZEFA: KAŻDY CZWARTEK 17:40

DROGA KRZYŻOWA: PIĄTEK - 7:00 I 17:30 - DLA WSZYSTKICH, 16:30 - DLA DZIECI

GORZKIE ŻALE: NIEDZIELE WIELKIEGO POSTU 15:00, 17:00

NABOŻEŃSTWIE DO MIŁOSIERDZIA BOŻEGO I ŚW. JANA PAWŁA II: każdy poniedziałek o 17.40

PORZĄDEK MSZY ŚWIĘTYCH

MSZE ŚWIĘTE W NIEDZIELE
6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:15
(Msza św. w intemcji parafian), 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W NIEKTÓRE UROCZYSTOŚCI I ŚWIĘTA:
6:30, 9:30, 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W DNI POWSZEDNIE
6:30, 16:00 - W KAPLICY MATKI BOŻEJ, 18:00