Czytelnia

Paweł Kosiński SJ 15 maja 2022, 08:00 źródło: https://deon.pl/

Szukamy inspiracji w naszym życiu. Potrzebujemy światła. Jak być uważnym na znaki czasów, w których żyjemy? Jak nie przegapić opatrznościowych ‘przypadków’? Jak nie zaniedbać i nie tłumić pragnień, które rodzą się w naszych sercach? Dziesięcioro nowych świętych jest nam danych jako pomoc.
Znamy doskonale to przysłowie: „verba docent, exempla trahunt” – słowa uczą, przykłady pociągają. I wielokrotnie mogliśmy się sami przekonać o tym, jak ta starożytna łacińska maksyma realizuje się w naszym codziennym życiu.
Idea bycia pociąganym, brania przykładu z kogoś jest bardzo bliska ludziom wierzącym, także chrześcijanom, bo przecież całe nasze życie wiary jest jakąś formą naśladowania, pójścia za Chrystusem.
Inspirowanie się czyimś przykładem nie funkcjonuje tylko w przestrzeni religijnej. Ludzie w każdym czasie, w każdej kulturze odwoływali się do jakichś autorytetów, do tych, którzy mieli mądrość czy władzę, narzucali pewne trendy i mody, szukając wzorców.
Dlatego też nie bez znaczenia dla naszego życia jest to, na kim się wzoruję, kto jest moim idolem, gdzie szukam inspiracji do przeżywania w pełni swojego człowieczeństwa. Nie ma jednego rozwiązania dla wszystkich.
Św. Ignacy Loyola wiedział o tym bardzo dobrze, bo w jego zawróceniu z pogoni za „marnościami” tego świata wielką rolę odegrali św. Franciszek z Asyżu czy św. Dominik. Nawet jeśli jego ‘święte’ współzawodnictwo z nimi nosiło jeszcze znamiona myślenia w kategoriach światowych, to jednak zmieniło jego życie na dobre. Powtarzał sobie: skoro święty Franciszek np. tak pościł i pokutował… to ja mogę jeszcze więcej.
Każdy z nas musi przejść tę drogę. Poszukujemy wzorców, rozglądamy się za tym, co inspiruje. Świat podsuwa nam niezliczone ilości takich bodźców. Muszę wybierać.
Niewątpliwie, spośród wszystkich takich inspiracji, dla nas, katolików osoby wynoszone na ołtarze, święci są takim wzorcem, punktem odniesienia, dającym nową perspektywę i bodziec do rozwoju.
Właśnie dzisiaj mamy do tego szczególną okazję, bo po dwuletniej przerwie, spowodowanej przede wszystkim pandemią, w Watykanie będzie przeprowadzona zbiorowa kanonizacja dziesięciorga błogosławionych. To cztery kobiety, założycielki zgromadzeń zakonnych oraz sześciu mężczyzn – pięciu księży oraz jeden świecki.
Żyli w różnych czasach i okolicznościach, ale wyróżniali się zaangażowaniem w to, co było największym problemem ich czasów, w biedy ludzkie: ubóstwo, choroby, zagubienie czy biedy społeczne: brak dostępnej edukacji, prześladowania po rewolucji francuskiej czy w czasie II wojnie światowej. Z dwóch męczenników jeden zginął w obozie koncentracyjnym w Dachau, inny został męczennikiem za wiarę w Indiach.
Dziesięciu nowych świętych, dziesięć postaci, które mogą być dla nas wielką inspiracją. Niewątpliwie, najbarwniejszą i chyba też najbardziej znaną z nich jest św. Karol de Foucauld, pochodzący z bogatej francuskiej rodziny, niesforny i zawadiacki oraz rozrzutny.
Karol przez dwa lata uczęszczał do szkoły prowadzonej przez jezuitów w Paryżu i wtedy (o ironio!) stracił wiarę. Nawrócił się kilkanaście lat później. Poczuł kiedyś pragnienie odwiedzania paryskich kościołów. Pewnego razu wszedł do jednego z nich i wysłuchał głoszonego tam kazania. Nie planował tego, ale to był dla niego moment zwrotny, wyspowiadał się i przyjął Komunię św. Jego największym pragnieniem od tego czasu było „żyć jak Jezus”, a podjął tę myśl w trakcie pielgrzymki do Ziemi Świętej i pobytu w Nazarecie. Poprzez swoją obecność chciał być znakiem bliskości Jezusa. I to właśnie „duszpasterstwo obecności” stanie się jego dewizą w samotnym, pustelniczym życiu pośród afrykańskich Tuaregów.
Przykłady świętych są dla nas inspiracją. Wszyscy z kanonizowanych dzisiaj świętych, mogliby nas wiele nauczyć. Nie powtórzymy ich drogi, ale pośród wyzwań, którym sami musimy stawić czoło, możemy szukać światła. Na ich przykładzie widzimy, jak potrzebna jest uważność na znaki czasów, w których żyjemy. Nie możemy też zamykać oczu na pozorne ‘przypadki’, które często mogą być opatrznościowym wezwaniem do działania. Nie powinniśmy także zaniedbywać i tłumić pragnień, które rodzą się w naszych sercach.
Paradoksalnie, nie jest nam łatwiej ani trudniej niż im. Zawsze bowiem stajemy przed osobistym wyborem, jak św. Ignacy. Skoro oni [święci] tak postąpili, to co ja bym teraz chciał zrobić?
Autor: Paweł Kosiński SJ

 

"Szpiedzy Watykanu". Dlaczego prawosławny metropolita z Rosji zmarł na spotkaniu z papieżem

10 maja 2022, 15:30 źródło: https://deon.pl/

Ta historia zdarzyła się naprawdę. Podczas spotkania z Janem Pawłem I zmarł metropolita Nikodem, który przyjechał do Watykanu z Leningradu. Kilka tygodni później Kościół opłakiwał śmierć nowo wybranego papieża. Czy między tymi zdarzenia mógł zachodzić jakiś związek? Przczytaj co na ten temat pisze Ulrich Nersinger w książce "Szpiedzy Watykanu. Tajne służby w Kościele".
W czasie zimnej wojny Collegium Russicum budzi szczególne zainteresowanie. Niewiele jest osób, które w jakiś sposób nie kojarzą go ze szpiegostwem. Politycznie Russicum jest wystawione na zmienne koleje losu w dziejach Kościoła. Coraz to nowe konsekracje tajnych biskupów, próby koegzystencji w specyficznym otoczeniu i powtarzające się niepowodzenia są częścią tego życia. Ale w stosunkach Watykanu z krajami bloku wschodniego panuje ruch. Widoczne są sukcesy dyplomatyczne, a papieskie studium przygotowawcze zyskuje coraz większe znaczenie w promowanym przez papieży dialogu ekumenicznym. Wtedy zaczyna się nawet mówić o „sowiecko-watykańskiej odwilży” (Hansjakob Stehle).
Russicum może teraz przyjmować jako oficjalnych gości studium – są to lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte – młodych teologów prawosławnych z Akademii Duchownej w Leningradzie. Ojcowie jezuici mogą pracować naukowo w Moskwie i wygłaszać tam wykłady. Metropolita Nikodem33 z Leningradu, wieloletni szef Wydziału Zewnętrznych Stosunków Cerkiewnych Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego w Rosji, jest w Rzymie częstym gościem i przebywa wtedy w papieskim kolegium. Nikodem staje się jedną z najważniejszych postaci ruchu ekumenicznego, przede wszystkim obiecującego dialogu z Kościołem rzymskokatolickim.
Przyjeżdża do Wiecznego Miasta na pogrzeb papieża Pawła VI w sierpniu i bierze udział w intronizacji Jana Pawła I we wrześniu 1978 roku. Rankiem 5 września czterdziestodziewięcioletniego metropolitę dopadnie szczególne przeznaczenie, które do dzisiaj spowija tajemnica. Jezuita Miguel Arranz – prorektor Russicum – pełni rolę tłumacza na spotkaniu metropolity Nikodema z nowym papieżem. 5 września wyznaczono audiencję dla delegacji Kościołów Wschodu. Nikodem niespodziewanie prosi prałata Agostina Casarolego, przewodniczącego papieskiej Komisji ds. Rosji, o oficjalną rozmowę z papieżem poza protokołem. Daje do zrozumienia Casarolemu, że ma ku temu istotne powody. Potwierdzenie tego spotkania metropolita otrzymuje 4 września, następnego dnia po objęciu tronu papieskiego przez Albina Lucianiego. Nikodem udaje się do Russicum i tam nocuje. Ma zamiar wyjść z Kolegium na audiencję u papieża o godzinie ósmej dwadzieścia.
Kiedy wczesnym rankiem ojciec Arranz odwiedza metropolitę w Kolegium, zastaje Nikodema wyraźnie wzburzonego. Duchowny mówi mu, że w nocy nawet nie zmrużył oka. Było nieznośnie gorąco, ledwie mógł oddychać. Jego sekretarz, archimandryta Lew, o siódmej rano zmierzył mu ciśnienie krwi. Nikodem miał problemy z sercem, dlatego natychmiast wziął nitroglicerynę. Ale to nie wszystko: samochód, który miał go zawieźć do Watykanu, nocą został skradziony, co wyraźnie denerwuje Nikodema.
Z Russicum jedzie do Casa del Clero34, gdzie mają się zebrać delegacje kościelne zaproszone na audiencję u papieża. O godzinie dziewiątej wszyscy zostaną poinformowani o kolejności, w jakiej samochody będą wjeżdżać do Watykanu. Nikodem, archimandryta Lew i ojciec Arranz idą razem do przeznaczonego dla nich samochodu. Ponieważ zaczyna padać ulewny deszcz, robi się chaos i w końcu siedzą w trzech różnych samochodach. Nikodem trafia do delegacji bułgarskiej, co bardzo go irytuje.
W Watykanie przed wejściem do sali, w której ma się odbyć audiencja, metropolita daje Arranzowi fiolkę z nitrogliceryną i mówi: „Niech będzie w pogotowiu, mogę jej potrzebować”.
Wchodzi Jan Paweł I i z uśmiechem kieruje się do Nikodema. Po nadzwyczaj serdecznym powitaniu siadają do prywatnej rozmowy, która trwa piętnaście minut. Ojciec Arranz stwierdza w wywiadzie kilkadziesiąt lat później, że Nikodem „mówił do papieża Lucianiego przyciszonym głosem; tak że czasami jego głos stawał się jeszcze cichszy, jakby bał się niedyskretnych uszu. Nie chciał, żeby ktokolwiek go słyszał”.
Po rozmowie zostaje zaproszony archimandryta Lew. Nikodem przedstawia go papieżowi. Wtedy papież, który już wstał, zaczyna rozmawiać z archimandrytą. Wstaje również Nikodem – ale nagle znowu siada bez słowa, pochyla się i pada przed papieżem. Wszystko dzieje się tak szybko, że Jan Paweł I nie od razu zdaje sobie sprawę z tego, co się stało. Arranz informuje go, że Nikodem ma słabe serce. Tymczasem archimandryta Lew wybiega po apteczkę i wstrzykuje mu środek wzmacniający serce, ale bez powodzenia. Nikodem ma przez cały czas otwarte oczy. Arranz szepcze do papieża: „Trzeba mu udzielić rozgrzeszenia, Wasza Świątobliwość”. Papież klęka i udziela mu po łacinie absolucji. Lekarz, który przychodzi nieco później, może jedynie potwierdzić śmierć metropolity.
Natychmiast po tym tragicznym zdarzeniu pojawiają się różne podejrzenia. Na przykład to, że metropolita omyłkowo wypił zatrutą kawę przeznaczoną w rzeczywistości dla Jana Pawła I. Miguel Arranz opowiada, że krążyły pogłoski, jakoby prawosławny biskup powiedział nowemu papieżowi rzeczy, których nie powinien był mówić. A w kurii się przebąkuje, że mieli do niego strzelać agenci KGB z willi Abamelek, rezydencji ambasady rosyjskiej, skąd widać pokoje papieskich apartamentów.
Wbrew wielu krążącym plotkom dla uczestników jest jasne i nie do zakwestionowania, że stan zdrowia Nikodema był bardzo zły, i to już od dłuższego czasu. Przeszedł łącznie pięć zawałów serca, jego śmierć wydaje się więc naturalna. Ale niektóre sprawy związane z wizytą rosyjskiego metropolity w Watykanie pozostają niejasne i zachęcają do spekulacji. Śmierć Jana Pawła I niedługo później i okoliczności jej towarzyszące również robią swoje. Papież umiera bowiem po zaledwie trzydziestotrzydniowym okresie posługi. Niezbyt fortunna polityka medialna Watykanu – niejasne opowieści o szczegółach dotyczących znalezienia ciała – powoduje, że rzymski młyn plotek pracuje na pełnych obrotach i prowadzi do szalonych hipotez, które dostarczają materiału „literaturze faktu”, powieściom i adaptacjom filmowym.
W 1978 roku po wyborze Karola Wojtyły na następcę papieża Lucianiego, „karuzela szpiegów” znów się rozkręciła. Czasami prowadziło to również do uszczerbku wizerunku działających „służb”. W złożonej grze wywiadów aż do upadku żelaznej kurtyny i jeszcze nieco później stale obecne było Collegium Russicum. I tak na przykład włoska służba wywiadowcza SSI (Servizi Segreti Italiani) szczyciła się w mediach ujawnieniem wschodniego szpiega pracującego w Watykanie, który mieszkał w Russicum. Stało się to ku irytacji Amerykanów, ponieważ tego rzekomo „głównego agenta Wschodu” w istocie opłacała CIA, służba wywiadu zagranicznego Stanów Zjednoczonych.
Dziś wokół papieskiego Kolegium zrobiło się cicho, wręcz śmiertelnie cicho. Daje ono schronienie zaledwie kilku osobom. Przygasł pierwotny splendor liturgii Kościoła wschodniego, rzadko już sprawowanej w jego świątyniach. Uczelnia nie emanuje tą charyzmatyczną siłą przyciągania, która stanowiła niegdyś o jej atrakcyjności. Wydaje się, że w życiu Kościoła Russicum nie ma już żadnego znaczenia. „Na jego ścianach chciałoby się zawiesić tablicę pamiątkową poświęconą zmarłym” – komentuje obecny stan Kolegium głos z Watykanu.

Opublikowany fragment pochodzi z książki Ulricha Nersingera "Szpiedzy Watykanu".

 

Ks. Tomasz Blicharz 16 maja źródło: https://www.niedziela.pl/

Nauki w szkole
Andrzej urodził się 30 listopada 1591 r. w Strachocinie k. Sanoka. Pochodził ze szlacheckiej rodziny, przywiązanej do religii katolickiej. Nauki humanistyczne pobierał w jednej ze szkół jezuickich, prawdopodobnie w Wilnie w latach 1606-11. To tu zdobył sztukę wymowy i doskonałą znajomość języka greckiego.

Młody jezuita
31 lipca 1611 r. wstąpił do jezuitów w Wilnie. Po dwóch latach nowicjatu złożył śluby proste. W latach 1613-16 studiował filozofię na Akademii Wileńskiej. Ówczesnym zwyczajem jako kleryk został przeznaczony do jednego z kolegiów, do pracy pedagogicznej. Po dwóch latach nauczania młodzieży, najpierw w Braniewie, a potem w Pułtusku, wrócił na Akademię na dalsze studia teologiczne, które ukończył święceniami 12 marca 1622 r. W latach 1623-24 był rektorem kościoła, kaznodzieją, spowiednikiem, misjonarzem ludowym i prefektem bursy dla ubogiej młodzieży w Nieświeżu. Jako misjonarz Andrzej obchodził zaniedbane wioski, chrzcił, łączył pary małżeńskie, wielu grzeszników skłaniał do spowiedzi.

Apostoł prawosławnych
W 1642 r. wyjechał do Pińska, gdzie gorliwie pracował nad pojednaniem prawosławnych z Kościołem rzymsko-katolickim, przez co nazywano go „duszochwatem”. Jego działalność wzbudziła wielki sprzeciw zarówno wśród prawosławnych, jak i wśród Kozaków wrogo nastawionych do jezuitów, a w szczególności do Polaków.

Śmierć
W maju 1657 r. grupa Kozaków napadła na Janów Poleski i dokonała rzezi katolików i żydów. Odszukali oni także o. Andrzeja i w okrutny sposób przywlekli do Janowa. Na rynku bestialsko zamordowali jezuitę, poddając go najokrutniejszym torturom. Wleczono go końmi po ziemi, odcięto palec wskazujący lewej dłoni i końce dwu innych palców, wydłubano prawe oko. Kiedy stale wzywał imienia Jezusa, wycięto mu język, wreszcie powieszono u powały za nogi. Dwukrotne cięcie szablą w szyję zakończyło życie Andrzeja Boboli.

Patron
W 2002 r. na wniosek Episkopatu Polski św. Andrzej Bobola został ogłoszony drugorzędnym patronem Polski. Święty jest także patronem metropolii warszawskiej, archidiecezji białostockiej i warmińskiej, diecezji drohiczyńskiej, łomżyńskiej, pińskiej i płockiej. Jest czczony także jako patron kolejarzy.

 

Ks. Tomasz Horak dodane 21.05.2022 09:00 źródło: https://opole.gosc.pl/

Nie rozmieniajmy tajemnicy Boga obecnego wśród nas na drobne naszych wzruszeń.

Tajemnica – czym jest? Niedostępną prawdą? Skrytym skarbem? Niezrozumiałym pewnikiem? Niepojętym znaczeniem? Jak wobec tajemnicy zachowa się człowiek? Będzie starał się odkryć jej sens? Czy zdobyć ją dla siebie? Zrozumieć, ile będzie w stanie? A może tajemnicy się podporządkować? Pozwolić się jej prowadzić? Ale dokąd? Czy raczej ku czemuś? A może ku komuś? Czy można samemu tajemnicę odszyfrować? Czy raczej zostać przez kogoś wtajemniczonym? A może jesteśmy w stanie tajemnicę wydrzeć? Albo inaczej – czy jesteśmy gotowi nawet życiem ją osłonić?
Są tajemnice osobiste, są państwowe, są tajemnice świata przyrody, są tajemnice ustanowione przez kogoś, są tajemnice będące cząstką bądź odblaskiem jakiegoś innego, zaledwie przeczuwanego świata. Te można nazwać Bożymi.
Nad tajemnicą Eucharystii się zastanawiam. Duża litera w tym określeniu wynika stąd, że to nie jakaś rzecz, jakieś tajemne słowo, tą tajemnicą jest Ktoś. Albo inaczej – jest to słowo określające obecność Kogoś. Podpowiadać nie trzeba, każdy z czytelników wie, że chodzi o Jezusa – historyczną postać sprzed dwóch tysięcy lat wciąż obecną w świadomości pokoleń. I budzącą skrajne reakcje. Dla jednych jest bliski, wielki, piękny, dobry. Dla innych jest daleki, wrogi, budzi niechęć i lęk. Jedni za związanie się z nim płacili życiem. Inni mordowali Jego wyznawców. Tak skrajne postawy już są tajemnicą. On sam jawi się jako Tajemnica.
Czy możemy Go poznać? Możemy, drogą tego poznania jest wtajemniczenie. A jest ono nie tyle przekazaniem jakiejś treści – krótkiej formuły bądź długiego wywodu – ale najpierw przygotowaniem umysłu, uczuć, woli, duchowego wnętrza, bogactwa ludzkich reakcji wtajemniczanego. To złożony, trudny, zwykle długotrwały proces. Czasem dokonujący się indywidualnie, twarzą w twarz. Czasem w jakiejś grupie. Wielkie zespoły biorące udział we wtajemniczeniu mogą być pomocne, ale bywają również przeszkodą. Dlaczego? Bo zacierają potrzebną człowiekowi intymność słów, gestów, nawet milczenia. Słowa są potrzebne, ale nie one stanowią o istocie wtajemniczenia. Potrzeba osobowego kontaktu człowieka z człowiekiem.
Trwa sezon pierwszokomunijny w parafiach. Komunia eucharystyczna. „On już miał komunię” – słyszymy. „Ona idzie do komunii” – mówimy. „Mama posłała już bliźniaków do komunii” – relacjonuje ktoś inny. Te i podobne określenia mają w tle pustkę. Bo pozbawiają Tajemnicę wtajemniczenia. Czyli są określeniami wewnętrznie sprzecznymi. I to pierwsze pytanie: jak o Komunii eucharystycznej mówić? Czy to w parafialnych ogłoszeniach, czy w kazaniu, ale także na szkolnej katechezie oraz na kościelnym przygotowaniu. Jak o niej mówić w domu – z dzieckiem, z rodziną (tu problem – jedni wierzący, drudzy nie, a jeszcze inni głowy sobie tym nie zaprzątają).
Gdzie ma się dokonywać wtajemniczenie? Wtajemniczenie dziecka do Komunii eucharystycznej, pierwszej i kolejnych? Przede wszystkim w gronie domowym – wśród rodziców, dziadków, rodzeństwa, chrzestnych. A nie w salce katechetycznej? A nie na lekcji religii w szkole? Owszem, potrzebne i to, ale katecheza czy szkolna, czy parafialna mają porządkować, wyjaśniać, nazywać to wszystko, co z kręgu domowego wyniesione. Niestety, dobrze wiemy, że pod tym względem jest coraz gorzej, a co najmniej trudniej. Próba wskazania obszarów coraz bardziej zaniedbanych przerasta ramy felietonu, a zróżnicowanie zależne od regionu i środowiska (np. wieś, miasto, ogromne blokowiska itd.) jest jak jeden do tysiąca. Na to nakładają się powszechne przemiany mentalności, obyczaju i nieobyczaju, stylu życia rodzin i kręgów społecznych. Z wielu czynników sprawy sobie nawet nie zdajemy.
Ale i bezsilni jesteśmy, bo przemiana jest nie w mocy jednostek. Skoro tak, to po co o tym mówić? Choćby tylko po to, byśmy zdawali sobie sprawę, że dawnego poziomu oddziaływania i rodzin, i parafii, i szkół na najgłębsze warstwy duszy dziecka nie odzyskamy. Zatem stracone wszystko i nie ma co mówić o wtajemniczeniu? To nie tak. Dawne schematy przestają funkcjonować, a po części nawet przestały istnieć. Ale przecież w Bożej ekonomii nie ma jakiegoś końca, który byłby ostateczny. Skoro śmierć na krzyżu nie stała się końcem ewangelii, a początkiem… Byleśmy tylko na czas, o świcie pobiegli do grobu. Jak owe niewiasty, co nie wiedziały, że grób pusty. Zatem – wszystko możliwe.
Zatem – nie posyłajmy dzieci do komunii, nie róbmy wokół początków dziecięcego wtajemniczenia ostatecznego tryumfu, nie upatrujmy w perfekcyjnej liturgii (czy to zawsze liturgia…) sprawdzianu „udanej komunii”, nie rozmieniajmy tajemnicy Boga obecnego wśród nas na drobne naszych wzruszeń. A tak naprawdę wtajemniczenie trwa całe ziemskie życie – od urodzin oznajmionych bólem i krzykiem matki i dziecka, poprzez wszystkie tajemnice stające na drodze malców i starców, aż po ostatni, często bezgłośny krzyk konającego. Ten krzyk też należy do kategorii wtajemniczeń, by w chwili ostatniego tchnienia odsłoniła się tajemnica naszej komunii z Jezusem. Już nie z krzyża, a z drogi do Emaus.

 

Paweł Kosiński SJ 18 maja 2022, 06:00 źródło: https://deon.pl/

18 maja Kościół wspomina św. Stanisława Papczyńskiego. Już jako dziecko zdradzał ukierunkowanie na sprawy duchowe. Sporządzał ‘ołtarzyki’, organizował procesje na wzór kościelnych. Od młodości miał wielkie nabożeństwo do Bożej Opatrzności, do Męki Pańskiej, do Najświętszego Sakramentu, czy do Najświętszej Maryi Panny.
Urodził się 18 maja 1631 roku w Podegrodziu, niedaleko Nowego Sącza. Jego ojciec, Tomasz Papka, był kowalem, ponadto był sołtysem i zarządcą dóbr parafialnych. Na chrzcie otrzymał imię Jan. Miał siedmioro rodzeństwa.
Do szkoły chodził w rodzinnym Podegrodziu, potem w Nowym Sączu. Pobierał nauki w kilku kolegiach jezuickich, między innymi w Jarosławiu, we Lwowie i w Rawie Mazowieckiej. Uczył się też w kolegium pijarów w Podolińcu.
Zapadł na ciężką chorobę, z której został cudownie uzdrowiony w 1649 roku.
W roku 1654 postanowił wstąpić do zakonu pijarów. Dwa lata później złożył śluby zakonne i przyjął imię Stanisław od Jezusa i Maryi. W marcu 1661 roku przyjął święcenia kapłańskie.
Przez kilka lat pracował w Warszawie. Był kaznodzieją, moderatorem bractwa Matki Bożej Łaskawej, prefektem w kolegium. Był zastępcą rektora w domu zakonnym. Ceniono go jako spowiednika. Spowiadał między innymi nuncjusza apostolskiego w Polsce Antonio Pignatellego, który potem został papieżem Innocentym XII.
W tych latach zaczął narastać konflikt między o. Stanisławem a władzami zakonnymi. Uważał bowiem, że przełożeni w Zgromadzeniu nadużywają swoich uprawnień wobec współbraci.
W 1667 roku o. Papczyński wyjechał do Rzymu, wezwany przez generała zakonu w celu wyjaśnienia konfliktu z przełożonymi. W następnym roku został wysłany do Nikolsburga w Czechach. Za pozwoleniem niemieckiego prowincjała wrócił do Warszawy, a następnie przeniósł się do placówki pijarów na krakowskim Kazimierzu.
Ponieważ konflikt nie został zażegnany, dla swojego dobra i dobra zakonu postanowił opuścić zgromadzenie. Po uzyskaniu niezbędnych pozwoleń wystąpił od pijarów i stał się księdzem diecezjalnym.
Przez dwa lata był kapelanem rodziny Karskich w Luboczy. Miał trudności w zgromadzeniu zakonników do swojego nowego zgromadzenia. We wrześniu 1673 roku udał się do Puszczy Korabiewskiej, niedaleko od Warszawy i tam został przełożonym wspólnoty pustelników.
Biskup Jacek Święcicki, po wizytacji w październiku 1673 roku, zobowiązał zakonników do ścisłej reguły. Wydał dekret zatwierdzający pierwszy klasztor Marianów. To się uważa za początek Zgromadzenia Księży Marianów.
Surowa reguła stała się jednak powodem nowych konfliktów. Kryzys personalny był na tyle poważny, że o. Stanisław prosił nawet o ponowne przyjęcie go do pijarów, ale prośba została odrzucona.
Pojawili się też inni kandydaci do nowego Zgromadzenia i wkrótce pustelnia korabiewska stała się słynna i przyciągała kolejnych.
W 1677 roku Sejm Rzeczypospolitej zaaprobował fundację Księży Eremitów Marianów. Biskup Stefan Wierzbowski zaprosił marianów do tworzonego sanktuarium Nowa Jerozolima. Dzisiaj miejsce nazywa się Góra Kalwaria. Stanisław Papczyński wraz ze swoją wspólnotą zajął się duszpasterstwem pielgrzymów.
W 1684 roku odbyła się pierwsza kapituła generalna instytutu mariańskiego. Zakon został zatwierdzony przez Stolicę Apostolską w 1699 roku.
O. Stanisław Papczyński złożył śluby na ręce nuncjusza apostolskiego Franciszka Pignatellego w czerwcu 1701 roku. Wkrótce się rozchorował i zmarł we wrześniu tego roku w klasztorze w Górze Kalwarii. Został pochowany w tamtejszym kościele.
O. Stanisław Papczyński został beatyfikowany w Licheniu przez legata papieża Benedykta XVI. Kanonizował go w czerwcu 2016 roku papież Franciszek.

Autor: Paweł Kosiński SJ
DEON.PL

 

NABOŻEŃSTWA

ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU - CODZIENNIE 16:30 - 18:00

NOWENNA DO MATKI BOŻEJ OGNISTEJ - W KAŻDĄ ŚRODĘ 17:40

DO ŚW. JÓZEFA: KAŻDY CZWARTEK 17:40

DROGA KRZYŻOWA: PIĄTEK - 7:00 I 17:30 - DLA WSZYSTKICH, 15:30 - DLA DZIECI

GORZKIE ŻALE: NIEDZIELE WIELKIEGO POSTU 15:00, 17:00

NABOŻEŃSTWIE DO MIŁOSIERDZIA BOŻEGO I ŚW. JANA PAWŁA II: każdy poniedziałek o 17.40

PORZĄDEK MSZY ŚWIĘTYCH

MSZE ŚWIĘTE W NIEDZIELE
6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:15
(Msza św. w intemcji parafian), 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W NIEKTÓRE UROCZYSTOŚCI I ŚWIĘTA:
6:30, 9:30, 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W DNI POWSZEDNIE
6:30, 16:00 - W KAPLICY MATKI BOŻEJ, 18:00