Czytelnia

dodane 14.06.2012 22:40 źródło: https://liturgia.wiara.pl/

Kościół rzymskokatolicki widzi w tym nabożeństwie symbol miłości Boga ku ludziom. Chciałby także rozbudzić w sercach ludzkich wzajemną miłość ku Bogu poprzez to nabożeństwo. Nadto sam Chrystus nadał temu nabożeństwu wybitnie kierunek ekspiacyjny: ma nas ono uwrażliwiać na grzech, mobilizować w imię miłości Chrystusa do walki z nim oraz do wynagradzania za tych, którzy najwięcej ranią Boże Serce.

Jest więc to nabożeństwo znakiem czasu, ponieważ wzywa do odpowiedzialności zbiorowej za losy Królestwa Bożego na ziemi i wyzwala najszlachetniejsze wysiłki apostolstwa.
W jednej z grot na pograniczu Francji i Hiszpanii znaleziono wśród głośnych rysunków pierwotnego człowieka sprzed ok. 40 000 lat szkic serca przeszytego grotem kamiennym. A więc już człowiek z epoki kamienia wiedział, że serce jest najważniejszym organem ciała ludzkiego, że trafić w serce, to znaczy pozbawić istotę życia.

W literaturze starożytnej serce ma o wiele szerszy zakres symboliki: uchodzi bowiem za symbol całego człowieka i to także jego strony wewnętrznej, odnoszącej się do ducha i charakteru. Takie przekonanie pozostało do dnia dzisiejszego. Ileż to razy słyszymy: "Ten człowiek ma złote serce", "kamienne serce", itp.
Także i w Piśmie świętym znajdziemy sporo wyrażeń, w których serce jest brane jako uosobienie całego człowieka i to przede wszystkim jego strony moralnej. Potwierdza to sam Jezus Chrystus, kiedy mówi: "Przecież z obfitości serca usta mówią" (Mt 12,34).

"Do każdego, kto słucha słowa o królestwie, a nie rozumie go, przychodzi Zły i porywa to, co zasiane w jego sercu" (Mi 13,19; Mk 4,15 i Łk 8,12). Kiedy indziej Pan Jezus mówi wprost o sercu szlachetnym i dobrym (Łk 8,15).

Poleca swoim uczniom, aby stawieni przed sędziów nie obmyślali w sercu obrony (Łk 21,14). Chrystus Pan idzie nawet tak daleko, że serce człowieka uważa za źródło zła i dobra: "Nie rozumiecie, że wszystko, co wchodzi do ust, do żołądka idzie i wydala się na zewnątrz. Lecz to, co z ust wychodzi, pochodzi z serca, i to czyni człowieka nieczystym. Z serca bowiem pochodzą złe myśli, zabójstwa, cudzołóstwa, nierząd, kradzieże, fałszywe świadectwo, przekleństwa. To właśnie czyni człowieka nieczystym" (Mi 15,17—19). Co więcej Pan Jezus własne Serce daje za wzór do naśladowania, kiedy do uczniów powiedział: "Uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem" (Mi 11,29).

Poezja uważa serce człowieka jako wyraz jego miłości. Tak w wysublimowanej literaturze jak i wśród dzikich ludów, serce jest powszechnie uważane za symbol miłości. Zapewne dlatego, że każdy odruch żywszej miłości powoduje reakcję serca.

Kiedy więc Pan Jezus objawi swoje Serce jako symbol najwyższej miłości ku ludziom, nie ogłosi jakiejś prawdy zupełnie nowej i nieznanej. Posłuży się symboliką powszechnie stosowaną i przyjętą, dlatego tak powszechnie zrozumiałą i wymowną.

Dwie fazy kultu
W nabożeństwie do Serca Jezusowego odróżniamy dwie wyraźne fazy: kultu prywatnego, zastrzeżonego dla wybranych oraz masowego, który stał się udziałem całych społeczności i warstw. Kult pierwszy spotykamy w wiekach średnich, kult masowy od wieku XVII.

Mistyka średniowiecza łączyła kult Serca Jezusowego w bardzo żywym nabożeństwem do Najśw. Rany boku Jezusa. Do pierwszych, którzy w Ranie boku, otwartej włócznią żołnierza, odnaleźli Serce Boże należy nieznany autor poetyckiego utworu "Winny Szczep Mistyczny". Mówi w nim, że właśnie w tej Ranie odnalazł Serce Boże, że spocznie przy Nim, że się już z Nim nie rozstanie: "Przebili zatem i przeszyli nie tylko Jego ręce i nogi, ale również bok, aby nam włócznia mogła otworzyć Serce. Skoro przeto przyszliśmy do Najsłodszego Serca Jezusa, skoro tak dobrze nam tu być, nie oddalajmy się łatwo od Niego. (...)

Jak słodką, jak dobrą jest rzeczą zamieszkać w tym Sercu! Skarbem najdroższym, perłą najcenniejszą jest Twoje Serce, o dobry Jezu! I któż by tą perłą pogardzał? Owszem, w zamian za nią oddam wszystko inne, oddam wszystkie moje myśli, wszystkie uczucia duszy mojej i wrzucę je do Serca dobrego Jezusa. (...)
Pójdę modlić się w tej świątyni, w tym »świętym świętych«, obok tej arki Przymierza. Dawid powiedział: »0dnalazłem serce moje, bym modlił się do Pana mojego«. Ja również znalazłem Serce Zbawcy, Króla mojego, mego Brata i Przyjaciela".

Wierzyć się nie chce, że słowa te zostały napisane 800 lat temu!

Cały zakon św. Dominika bardzo wcześnie przyswoił sobie nabożeństwo do zranionego boku i Serca Pana Jezusa. W piątek po oktawie Bożego Ciała, a więc w dzień, który sobie Chrystus wybrał na święto Jego Serca, odmawiali dominikanie oficjum o Ranie boku Pana Jezusa.

Twemu Sercu cześć składamy...
W przekazie biblijnym niewiele znajdujemy o Sercu Zbawiciela. A jednak kult Bożego Serca jest żywy. Serce jest pierwszym symbolem miłości. Jeżeli więc św. Jan Apostoł twierdzi, że "Bóg jest miłością" (1J 4,8), to oddawanie czci Sercu Boga jest kontemplacją Jego miłości. Polega ona na naśladowaniu Chrystusa: "Uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem..." (Mt 11,29).

Kiedy Syn Boży umierał na krzyżu, jeden z żołnierzy przebił bok, z którego wypłynęły krew i woda (por. J 19,34). Liturgia przypomina to wydarzenie wskazując, że "tam wzięły początek sakramenty Kościoła, aby wszyscy ludzie, pociągnięci do otwartego Serca Zbawiciela, z radością czerpali ze źródeł zbawienia" (z prefacji o Najświętszym Sercu Pana Jezusa). Tak więc cześć dla Serca Jezusowego jest wychwalaniem Boga za dar zbawienia, którego zadatkiem w Kościele są sakramenty. Nieprzypadkowo więc uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa obchodzona jest w piątek po dawnej oktawie Bożego Ciała. Jej związek z Eucharystią jest jednoznaczny: Eucharystia to uczta miłości i pokarm na życie wieczne.

Początki publicznego kultu Najświętszego Serca Pana Jezusa sięgają XVII wieku i są związane z objawieniami, których doświadczyła francuska zakonnica (wizytka) Małgorzata Maria Alacoque w klasztorze w Paray-le-Monial (w Burgundii). 16 czerwca 1675 roku miało miejsce tzw. wielkie objawienie. Wtedy Pan Jezus zażądał m. in. ustanowienia specjalnego święta ku czci Jego Serca, wyznaczając piątek po oktawie Bożego Ciała. Od tego momentu pojawiają się różne formy czci oddawanej Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Wiele z nich rozszerzyło się na cały świat, inne pozostały tylko we wspólnotach zakonnych czy całkowicie zanikły.

Czerwiec jest w Kościele czasem szczególnej czci Najświętszego Serca Pana Jezusa. Prawdopodobnie dlatego, że najważniejsze objawienie św. Małgorzacie miało miejsce właśnie w czerwcu. Wtedy też przypada uroczystość Serca Jezusowego. Jan Paweł II w Elblągu w 1999 r., podczas nabożeństwa czerwcowego, powiedział: "Cieszę się, że ta pobożna praktyka, aby codziennie w czerwcu odmawiać albo śpiewać Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa, jest w Polsce taka żywa i ciągle podtrzymywana".

Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa ułożyła wizytka s. Joanna Magdalena Joly (z klasztoru w Dijon we Francji). Najpierw odmawiano ją w Marsylii, dlatego nazwano ją marsylską. W roku 1899 Stolica Apostolska zezwoliła na odmawianie jej w całym Kościele, traktując jako formę modlitwy już nie prywatnej, ale publicznej. Składa się z 33 wezwań dla upamiętnienia tradycyjnie przyjmowanych 33 lat życia Chrystusa. Ich treść wyraża zbawczy plan miłości Boga do człowieka.

W czasie trzeciego objawienia Pan Jezus polecił św. Małgorzacie, by w pierwsze piątki miesiąca przyjmowała Komunię św. w duchu wynagrodzenia za wszelkie niewdzięczności okazywane Zbawicielowi, a zwłaszcza za zniewagi Najświętszego Sakramentu. Z przyjmowaniem Komunii św. przez dziewięć kolejnych pierwszych piątków miesiąca Chrystus związał obietnicę: kto wypełni to polecenie, w chwili śmierci otrzyma łaskę pojednania się z Bogiem i nie umrze bez sakramentów. Jest to jedna z tzw. dwunastu obietnic Serca Jezusowego.

Cześć oddawana obrazowi Bożego Serca jest kolejną formą kultu. Jest on jednym z najbardziej znanych wizerunków Chrystusa. Przedstawia Zbawiciela wskazującego na swoje Serce. Druga ręka Jezusa podniesiona jest w geście błogosławieństwa.

Przywiązanie do Serca Jezusa powinno prowadzić do adoracji Najświętszego Sakramentu. Eucharystia jest największym znakiem miłości Boga do człowieka. Kontemplowanie jej w znaku Eucharystycznego Chleba ma pobudzać człowieka do wdzięczności, a także do szczerego żalu za grzechy.

Wyrazem głębokiej czci oddawanej Sercu Pana Jezusa są także różnego rodzaju bractwa, szerzące Jego cześć i zanoszące do Bożego Serca modlitwy w różnych intencjach Kościoła i świata. Powstało także kilkanaście zgromadzeń zakonnych, których charyzmatem jest naśladowanie miłości Serca Jezusowego i rozwijanie Jego kultu. Należą do nich na przykład obecne w Polsce: Zgromadzenie Księży Najświętszego Serca Jezusowego (sercanie), Zgromadzenie Najświętszych Serc Jezusa i Maryi oraz Wieczystej Adoracji Najświętszego Sakramentu Ołtarza (sercanie biali), Siostry Urszulanki Serca Jezusa Konającego (urszulanki szare), Służebnice Najświętszego Serca Jezusowego (sercanki).

Z okazji stulecia poświęcenia ludzkości Najświętszemu Sercu Pana Jezusa, Papież Jan Paweł II napisał w specjalnym liście: "Wzywam wszystkich wiernych, aby nadal gorliwie pielęgnowali kult Najświętszego Serca Pana Jezusa, przystosowując go do naszych czasów, ażeby dzięki temu mogli nieustannie czerpać z jego niezgłębionych bogactw i umieli z radością na nie odpowiadać, miłując Boga i braci, znajdując pokój, wchodząc na drogę pojednania i umacniając swą nadzieję, że kiedyś będą żyć pełnią Boga we wspólnocie ze wszystkimi świętymi". Prawdziwy czciciel Serca Jezusowego radośnie miłuje Boga i braci. Te słowa Ojca Świętego stają się programem, nie tylko na czerwiec, ale na całe życie.

ks. Sławomir Madajewski

 

Franciszek: Nie ulegajmy wszechobecnej dynamice mediów

VATICANNEWS.VA | dodane 04.06.2018 14:34 źródło: https://papiez.wiara.pl/

Aby nie poddać się wszechobecnej dynamice mediów konieczne jest to, aby nie zapominać o peryferiach, o prawdzie i o otwieraniu okna nadziei – to zachęta, którą Papież skierował do delegacji przyznającej międzynarodową nagrodę dziennikarską imienia znanego włoskiego dziennikarza Biaggio Agnesa.
 
Zwracając się do uczestników audiencji Franciszek wskazał na dokonującą się transformację w mediach, gdzie klasyczne formy przekazu, zdobywania informacji oraz medialnego języka zostają zastąpione nowymi.
"Trudno jest wejść w ten proces transformacji, ale jest to coraz bardziej konieczne, jeżeli nadal chcemy być wychowawcami nowych pokoleń – powiedział Ojciec Święty. - Powiedziałem, że jest to trudne, dodałbym jednak, iż konieczne jest również mądre czuwanie. Wynika to z faktu, że «dynamika mediów i świata cyfrowego, gdy staje się wszechobecna, nie sprzyja rozwojowi zdolności do mądrego życia, głębokiego myślenia, wielkodusznego miłowania. Wielkim mędrcom przeszłości groziłoby w tym kontekście, że będą świadkami, jak ich mądrość jest przytłumiana pośród rozpraszającego zgiełku informacyjnego» (Laudato sí, 47)."
Jako pomoc w niepoddawaniu się złemu wpływowi dynamiki mediów Papież wskazał na potrzebę zwracania uwagi także na to, co peryferyjne. Ważne są nie tylko wielkie centra, gdzie dzieje się wiele rzeczy, ale także historie osób żyjących z dala od nich, na peryferiach. Często są to historie cierpienia i degradacji, ale także historie wielkiej solidarności i pomocy.
Franciszek podkreślił także konieczność poszukiwania prawdy, nawet jeżeli to trudne i mozolne. Rolą dziennikarza bowiem jest przedkładanie prawdy nad interes osobisty czy korporacyjny.
"Dziś, w świecie, gdzie wszystko jest szybkie i natychmiastowe ciągle potrzebny jest apel do mozolnego i trudnego prawa pogłębionego poszukiwania, porównania i, jeśli to konieczne, także bardziej milczenia niż ranienia osoby czy grupy osób, czy też dyskredytowania jakiegoś wydarzenia – stwierdził Papież. - Wiem, że to trudne, ale historię życia rozumie się u jej końca i to powinno pomóc w stawaniu się odważnymi i profetycznymi."
W przekazie informacji – stwierdził Papież – ważne jest, aby zawierała ona element nadziei. Zadaniem dziennikarza bowiem jest nie tylko opowiedzieć o tym, co się wydarzyło, zgodnie z zasadami wolności i odpowiedzialności, ale także pozostawianie otwartego miejsca na wyjaśnienie, wyjście, nadzieję.

 

Roman Zając źródło: http://www.katolik.pl/

Bóg powołał człowieka do pracy, ale położył także nacisk na potrzebę odpoczynku. W tym kontekście rodzi się pytanie, czy po śmierci czeka nas faktycznie wieczny odpoczynek? Czy tak bardzo zmęczymy się życiem na ziemi, że będziemy musieli przez całą wieczność odpoczywać? Przez całą wieczność?!

Oferta pracy… od Boga

Niektórzy naiwnie wyobrażają sobie pierwotny stan szczęścia, który był udziałem Adama i Ewy, jako coś na kształt sielanki, bez konieczności chodzenia do pracy, bez obowiązków, bez trudu. Krótko mówiąc stan laby. Wystarczyło tylko nie zrywać zakazanego owocu i wiodłoby się gnuśną egzystencję, hasając na golasa na łonie natury. Trzeba otwarcie powiedzieć, że taka wizja Raju jest całkowicie sprzeczna z Biblią.

Bóg stworzył człowieka i osadził w ogrodzie Eden, aby tam pracował.
Pobyt w Raju nie był leniuchowaniem naturystów w pięknych okolicznościach przyrody.
„Pan Bóg zatem wziął człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden,
aby uprawiał go i doglądał” (Rdz 2,15).

Między innymi ten fragment przywołuje Zacharia Sitchin, który uważa, że ludzi stworzyła rasa istot z planety Nibiru, ponieważ potrzebowali oni na Ziemi niewolników do pracy. Jednakże, według Biblii, Bóg, choć stworzył człowieka do pracy, nie pragnął mieć niewolnika, ale zaprosił nas do partnerstwa i współpracy w dziele stworzenia. Chciał, abyśmy razem z nim panowali nad światem. Człowiek został bowiem stworzony, aby panował nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi (por. Rdz 1, 26). Panował, czyli dbał i troszczył się o cały stworzony świat!
Tak pojmowana praca jest współpracą z dziełem Stwórcy, kontynuacją tego, co On rozpoczął – wspomaganiem Bożego działania. Jest to równocześnie droga samodoskonalenia się człowieka, jego rozwoju jako indywidualnej osoby i jako wspólnoty ludzi.
Z pewnością nie wszystkich zachwyca, że według Biblii Stwórca powołał nas do pracy, do podejmowania trudu i wysiłku na wzór naszych pierwszych rodziców. Oczywiście wynika to z faktu, że pracę postrzegamy często jako źródło udręki, ale to już jest konsekwencją grzechu pierworodnego. Przed upadkiem podejmowany wysiłek nie był dla pierwszych ludzi żadną przykrością, ale raczej radością i okazją do spotkania ze Stwórcą. Człowiek czuł się szczęśliwy i spełniony, mogąc pracować i trudzić się. Praca była powołaniem człowieka, przynoszącym mu pokój i radość. Grzech pierworodny wszystko popsuł i wprowadził dysonans do istniejącej harmonii. Odtąd praca często stawała się często synonimem harówki i uciemiężenia, była elementem wykorzystywania i wyzysku człowieka przez człowieka. Grzech pierworodny zmienił okoliczności na mniej przyjemne, ale nie zmieniło się nasze fundamentalne powołanie do pracy.

Naśladuj Boga – i też odpoczywaj!

Na samym początku Pisma Świętego czytamy, że gdy Bóg ukończył w dniu szóstym swe dzieło, nad którym pracował, odpoczął dnia siódmego po całym trudzie, jaki podjął (Rdz 2, 2). Oczywiście autor Księgi Rodzaju nie pisał reportażu czy też sprawozdania z siedmiu dni stwarzania. Bogu, jako Duchowi czystemu odpoczynek nie jest potrzebny. W Księdze Izajasza czytamy: „On się nie męczy ani nie nuży” (Iz 40,28). O odpoczynku Boga napisano ze względu na człowieka, który potrzebuje odpoczynku. Bóg dał więc przykład człowiekowi, kiedy i jak należy odpoczywać.

Odpoczynek jest przewidziany przez Boga jako coś dobrego dla ludzi. A nawet boskiego, bo przecież sam Bóg odpoczywał i polecił nam, abyśmy go naśladowali (zarówno w pracy, jak i w odpoczywaniu): „Sześć dni będziesz się trudził i wykonywał swą pracę, lecz w siódmym dniu jest szabat Pana, Boga twego. Nie będziesz wykonywał żadnej pracy ani ty, ani twój syn, ani twoja córka, ani twój sługa, ani twoja służąca, ani twój wół, ani twój osioł, ani żadne twoje zwierzę, ani obcy, który przebywa w twoich bramach; aby wypoczął twój niewolnik i twoja niewolnica, jak i ty.” (Pwt 5,13-14). Można powiedzieć, że przykazanie jest tu podwójne, zawiera dwa polecenia: nakazuje odpoczynek w szabat i pracę przez sześć dni w tygodniu. To Bóg nakazał człowiekowi pracę i nakazał odpoczynek.

Tym, co odróżniało ich od innych ludów i narodów, było właśnie świętowanie szabatu, ostatniego dnia tygodnia, który następował po sześciu dniach pracy. Izraelici dali wyraz przekonaniu, że w życiu ludzkim regularnie trzeba wyznaczyć czas, w którym człowiek uświadamia sobie, kim naprawdę jest oraz jaki sens mają jego życie i podejmowane wysiłki. Wzmianka o Bogu, który odpoczął siódmego dnia (Rdz 2,2), leży u podstaw ustanowienia szabatu jako dnia odpoczynku (Kpł 16,31), roku szabatowego (Kpł 25,3-6) jako roku wytchnienia dla ziemi uprawnej i roku jubileuszowego jako czasu społecznej restytucji dóbr i własności (Kpł 25,8-17).

Błędy i wypaczenia odpoczywania

To dość dziwne, ale ludzie potrafią zrobić nawet z odpoczynku udrękę. Wyznawcy judaizmu – zwłaszcza ci bardziej ortodoksyjni – do dziś traktują przykazanie nie pracowania w szabat bardzo kategorycznie. Pobożni Żydzi od zachodu słońca w piątek do zachodu słońca w sobotę nie robią nic, co choćby przypomina pracę. Pochodzący z żydowskiej rodziny słynny amerykański fizyk-noblista, Richard Feynman, wspominał w swojej autobiografii („Pan raczy żartować, panie Feynman”), że jego ojciec w szabat nie używał windy, bo w latach dwudziestych XX w., kiedy wciskało się guzik przywołujący windę, w przełączniku przeskakiwała iskra. A iskra to ogień. Tymczasem w szabat nie wolno było rozpalać ognia… Przed wojną w kursujących w sobotę pociągach można było podobno spotkać Żydów siedzących na butelkach z wodą. W szabat istniał bowiem zakaz podróżowania, chyba że płynęło się statkiem i poruszało się po wodzie. Butelka miała więc zastąpić morze czy rzekę. Izraelscy specjaliści zbudowali natomiast specjalne koszerne lodówki, w których w szabat po otwarciu drzwiczek nie zapala się światło.
Warto sobie zadać pytanie, czy gdzieś nie zagubiła się tu idea odpoczynku?

O zaletach godziwego odpoczynku

Godziwy odpoczynek nie jest udręką, ale czynnością, która przywraca człowiekowi siły, odnawia możliwość tworzenia i kreatywności. W Biblii jest bardzo wiele fragmentów, w których bezpośrednio mowa jest o ludzkim wypoczynku, choćby w Psalmach, gdzie czytamy: „Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego. Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć” (Ps 23, 1-2). Oprócz szabatu Biblia uznaje potrzebę codziennego odpoczynku dla zwierząt (Ez 34,14), a także dla ludzi (2 Sm 4,5). W przypadku człowieka szczególnie pożądany jest spokój duszy (Ps 116,7). Synonimem odpoczynku jest bowiem właśnie spokój i zadowolenie, zarówno jeśli chodzi o spokój ziemi (Iz 14,7), ludzi (Hi 3,13), czy społeczności (Jr 6,16). Brak spokoju z powodu przeciwności (Ps 22,2), cierpienia lub pracy (Koh 2,23) pozbawia człowieka odpoczynku. 2 Krn 14,5 opisuje pokojowe rządy króla jako czas odpoczynku dla królestwa. Brak zakłóceń międzynarodowych postrzegano bowiem jako czas odpoczynku dla monarchy (2 Krn 20,30). Także wyzwolenie od ucisku wrogów uważano za odpoczynek (2 Krn 32,22).
Jak wiadomo, król Saul odpoczywał, słuchając muzyki, jaka wydobywała się z harfy Dawida.

Wieczny odpoczynek racz nam dać Panie?

Obietnicę życia wiecznego Biblia nazywa się odpoczynkiem przygotowanym przez Boga (Hbr 4,1) na wzór odpoczynku obiecanego Izraelitom w czasach Mojżesza (Hbr 3,10-11). „Pan powiedział: »Moja obecność pójdzie z tobą i dam ci odpocznienie«” (Wj 33,12-14). Pisarze chrześcijańscy uznawali, że słowa te wypełniły się dla wszystkich ludzi w Chrystusie (Rz 4,16; Hbr 3,1-2), a za cel życia uważali osiągnięcie tego rodzaju odpoczynku, który jest darem Boga (Ap 14,13).

Nieraz pracoholicy mówią, że odpoczną sobie po śmierci. Ba! Utrwala się taki obraz poprzez zwrot „wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie!”. Tak jakbyśmy w tym zabieganym świecie, głównie marzyli o odpoczynku… Odpoczynek, obiecany i przygotowany przez Boga, spełni się, gdy spotkamy Go twarzą w twarz w królestwie niebieskim. Można powiedzieć, że to będą nasze wakacje. Ale przecież odpoczynek to niekoniecznie bezczynność. Nawet tu na ziemi, często odpoczywamy przez rozwijanie zainteresowań czy realizację pasji.

Peter Kreeft w książce „Wszystko co chciałbyś wiedzieć o Niebie, ale nie śniło ci się zapytać“ (Wyd. Znak, Kraków 2010) dokonał interesującego spostrzeżenia, że niektórzy być może świadomie lub nieświadomie, boją się Nieba, ponieważ boją się nudy. Śmierć jest dla nich straszna, gdyż oferuje tylko dwie alternatywy: niebiańską nudę lub piekielne męki. Wiele amerykańskich filmów wyobraża sobie mieszkańców Nieba na podobieństwo ubranego w białe szaty chóru Gospel. Taki wiejący nudą ocean bieli. I tak przez całą wieczność – możemy zapytać ze zgrozą? Będziemy chodzić w powłóczystych szatach, uśmiechać się błogo, leżeć „na zielonych pastwiskach”, grać na harfach i śpiewać w chórach anielskich? Kto by chciał w ten sposób spędzić całą wieczność? W końcu człowiek zanudziłby się na śmierć w takim Niebie. Jest to konsekwencja poglądu, że w Niebie nie ma nic do roboty, bo cóż można robić w doskonałym świecie? Czy jednak moglibyśmy być szczęśliwi bez twórczej pracy?

Peter Kreeft objaśnia, że Nieba potrzebujemy przede wszystkim po to, żebyśmy mogli się spełnić, dokończyć, a zadanie to zaczynamy tu – na ziemi. Nikt nie umiera w formie skończonej. Nigdy nie ma dość czasu, żeby zrobić wszystko, co moglibyśmy i powinniśmy zrobić, aby być tym wszystkim, czym moglibyśmy i powinniśmy być. Pierwsze i fundamentalne przykazanie Boga skierowane do człowieka, wzywa go, aby czynił sobie Ziemię poddaną, czyli twórczo uczestniczył w Bożym dziele stwarzania świata. Być może nakaz ten nie straci na aktualności także po przyszłej Paruzji. Niebo jest pełne kreacji. Będziemy w nim mieli szansę na pełną realizację swoich kreatywnych możliwości. Wszystko, co nas ogranicza na ziemi i utrudnia realizowanie siebie, w Niebie zostanie usunięte. Niebo nie będzie tylko oglądaniem Boga i odpoczynkiem rozumianym jako nicnierobienie. Będzie czymś dokładnie przeciwnym. Bóg jest przecież tryskającym źródłem życia i działania, a my powołani jesteśmy, by panować i zasiąść wraz z Panem na Jego tronie oraz aby panować nad wszechświatem (por. Ap 3, 21; 22, 5; Łk 22, 28-30; 2 Tm 2, 12; Mt 25, 34). Wieczny odpoczynek będzie tak naprawdę wieczną pracą… ale taką, która nie przynosi zmęczenia, tylko satysfakcję i radość.

Roman Zając
stacja7.pl

 

ks. Tomasz Horak dodane 02.06.2018 09:00 źródło: https://opole.gosc.pl/

W ciągu pięciu już dziesięcioleci mojego bycia w strukturach Kościoła napatrzyłem się na niejedno.
W liceum miałem kolegę z Ciska, sporej nadodrzańskiej wsi. On został dominikaninem, ja diecezjalnym. Ale nie o nas chodzi. O proboszcza z tamtych, naszych licealnych, czasów. Dożył 92. roku życia, proboszczem w Cisku był lat 43. W historii Śląska, w historii Polski, w historii Kościoła to kilka epok. W naszym dekanacie mieliśmy kolegę, który trwał na parafii przez 42 lata od przyjścia (dosłownie przyjścia, na piechotę). Jest wielu takich długodystansowych. Czy zapomnieli o nich w kurii biskupiej? A jeśli nawet, to jest tu jakaś inna podstawa – parafianie nie jeżdżą, ani nie piszą do biskupa. O czym? No właśnie, widocznie nie ma o czym. Wszystko w parafii układa się normalnie – cokolwiek by to słowo znaczyło. Zwykle jest świadectwem tej dobrej, pozytywnej normalności.
Ale znam także parafie typu „tramwaj”. Co przystanek – to ktoś wysiada, ktoś wsiada. Znaczy proboszcz. A raczej kolejni, w krótkich odstępach czasu. Skrajną sytuację widziałem w pewnej parafii poza moją diecezją, nie pytajcie o lokalizację. Otóż interwały zmian w pewnym okresie wynosiły 18 miesięcy do 8 miesięcy. Dramat parafii, ale też dramat księży. Bo co by nie rzec, gdzieś tam w głębi serca każdy proboszcz pragnie być tym duchowym ojcem, wytworzyć i pozostawić w parafii jakieś zwyczaje, powołać do życia jakieś wspólnoty, zadbać o świątynię z jej wyposażeniem. Doprowadzić bo bierzmowania tych, których ochrzcił. A może i ślubu udzielić...
Rozmawiałem kiedyś z bacą na Kominiarskiej Hali. Pytał mnie o kadencyjność proboszczów, taki był kiedyś pomysł. Tłumaczę, on kiwa głową, zniecierpliwiony mi przerwał: „Jegomości, jak mi sie juhasi dwa razy w sezonie zmienią, to owiecki do cna głupieją”. Trudno się nie zgodzić. Żal mi tych parafii i proboszczów typu tramwajowego. Więcej powiem. I kadencyjność, i tramwajowość są zaprzeczeniem teologicznej wagi tego małego Kościoła, jakim jest parafia. Bo na nic wszystkie nasze teorie o gromadzeniu się Kościoła wokół Chrystusa, jeśli nie potrafimy stworzyć czytelnego obrazu tego zgromadzenia.
W ciągu pięciu już dziesięcioleci mojego bycia w strukturach Kościoła napatrzyłem się na niejedno. Kiedyś obserwowałem parafię typu tramwajowego. Niewielka, zwarta, żywa społeczność. Co kilka lat nowy proboszcz. Czasem sam prosił o przeniesienie, czasem parafianie prosili. Nie wiem, czy można powiedzieć, że „każdy był zły” – to zbytnie uproszczenie. Ale za każdym razem coś nie pasowało. I to za każdym razem powody były z innej zupełnie beczki. Trafiłem potem w inne strony, nie wiem, co tam się dzieje dalej. Ale jakiś znak zapytania został w mej pamięci. Żadna odpowiedź nie była adekwatna do sytuacji – przynajmniej według mojej wiedzy i w moim odczuciu.
Kto może przeciąć taką sytuację? Pierwsza odpowiedź brzmi: biskup. Ale to nie takie proste. Biskup musi dysponować konkretną i obiektywną wiedzą na temat danej sytuacji. Sam jej nie posiądzie i sam nie jest w stanie zinterpretować wydarzeń. Potrzebny cały, nazwałbym to, aparat socjologiczno-pastoralny, by przedstawić biskupowi stosowny raport. Potrzeba do tego ludzi przygotowanych i teoretycznie, i praktycznie, bezstronnych, darzonych powszechnym zaufaniem, sięgających do modlitwy jako fundamentalnego narzędzia. W braku takich zespołów upatruję niedostatki kolejnych decyzji podejmowanych na zasadzie wyczucia i takiej trochę gry: może tym razem się uda. Tyle, że stawka wizerunku Kościoła jest zbyty wysoka.
Inny wątek personalnych spraw każdej diecezji to obsada nowo wyświęconych księży. Za „moich czasów”, gdy nasz rocznik był właśnie do rozdysponowania, sprawę załatwiono kolejnością opróżniających się posad wikariuszowskich oraz kolejnością alfabetyczną naszych nazwisk. Czyli przypadkowo. Albo inaczej: wszystko z zaufaniem do Bożej opatrzności. Byłem zaskoczony, gdy w tej kolejce zostałem pominięty. Nie zastanawiałem się, dlaczego. Z perspektywy czasu cieszę się z tego, bo trafiłem do parafii i do proboszcza, gdzie mogłem się wiele nauczyć i gdzie nabrałem duszpasterskiego rozpędu. Chwała Panu!
Wtedy taki „system” działał. Ale dzisiejsi młodzi księża są inni. Widzę to choćby na dniach skupienia, jakie prowadzę dla poszczególnych roczników od trzydziestu prawie lat. W słowie „inni” nie zawieram żadnego wartościowania. Oni nie są ani lepsi, ani gorsi – w ogóle o to nie chodzi. Są inni pod wieloma względami. Bo czasy inne, bo ich dzieciństwo inne, bo szkoły, jakie kończyli (po uniwersytet włącznie), też są inne. Z powodu tej inności tamten system – alfabetyczno-losowy z uwzględnieniem Bożej opatrzności – może nie funkcjonować.
Dlatego nie jest stosowany. Ale w tym skomplikowanym świecie nie jest łatwo podjąć personalną decyzję. Powiesz, że to sprawa biskupa. Tak, ale z całej tej otoczki trzeba zdawać sobie sprawę. Trzeba wiedzieć, że mimo wszystkich decyzyjnych niedostatków nie brakuje namysłu, argumentów, znajomości osób i parafii.
Warto i trzeba wskazać na jeszcze jeden motyw. Sam jestem „na wylocie” emerytalnym. Powtarzam parafianom od jakiegoś czasu, by się modlili o dobrego mojego następcę i by modlili się za niego – wszak Bóg już zna jego imię. Przywitanie nowego proboszcza nie kwiatami, a uprzedzającą modlitwą jest bez wątpienia ważniejsze.

 

Andrzej Macura dodane 01.06.2018 13:05 źródło: https://info.wiara.pl/

Takie jest dziecko, jakie jego wychowanie. No, na szczęście też samowychowanie.
Dziś Dzień Dziecka. Gdy to sobie uzmysłowiłem chciałem krzyknąć, że wszyscy jesteśmy dziećmi. I że w związku z tym nam wszystkim należą się dziś prezenty. No bo wszyscy jesteśmy dziećmi Boga i swoich rodziców. A mężczyźni, to podobno nawet i pomijając te kwestie, zawsze są dziećmi. Albo jak dzieci. Tak przynajmniej twierdzi i traktuje swoich mężczyzn spora część kobiet. Inaczej wątek ten nie przewijałby się w sporej części kierowanych do kobiet reklam, prawda? Ale potem mój zapał w domaganiu się prezentów szybko ostygł. Bo zacząłem się zastanawiać o co właściwie chodzi z tym Dniem Dziecka? Rozumiem, okazja do życzliwości, do zabawy i do obdarowania prezentami. Czy coś więcej?
Nie wiem. A wydaje mi się, że byłby to dobry czas do dostrzeżenia w dziecku... człowieka. Nie, nie żartuję. Pewnie niejeden rodzic, dziadek czy szerzej – dorosły oburzyłby się, gdyby mu powiedziano, że nie dostrzega w dziecku człowieka. Mnie jednak wydaje się – a jako niegdysiejszy pedagog mam w tym względzie sporo obserwacji – że wcale nie jest to zjawisko rzadkie. I nawet rozumiem skąd się to bierze. Starsi po prostu nie zauważają, że dzieci.. rosną. To znaczy widzą, że rosną fizycznie. Choćby dlatego, ze trzeba im kupować ciągle większe ubrania i buty. Rzadziej jednak zauważają, że dzieci dorastają także osobowościowo. Ich odnoszenie się do dzieci często jest sposobem o parę lat spóźnionym. Stąd lekceważenie dziecka. No bo co on tam wie i czego w ogóle może chcieć? Niech się pobawi i nie rozrabia.
Tymczasem dzieci starsze już niż niemowlęta miewają z czasem coraz więcej ważnych pytań. O życie. O to w jakim kierunku pójść. Co warto, co nie warto. I wcale nie chodzi tu o wybór przyszłego zawodu, ale, szerzej, o sposób życia. O to, na jakich podstawach budować relacje z innymi. Jak się ustawić do świata: płynąć z prądem czy próbować pod prąd? Zbywanie tych dylematów nie jest dobrą metodą wychowawczą...
Dorośli w odniesieniu do dzieci często tracą z oczu to, co najważniejsze: ze celem wychowania jest przygotowanie do dorosłego życia. Zabawa, owszem, może w tym pomóc. Ale trzeba też stopniowo w dorosłość ich wprowadzać. Trzeba powierzać im coraz bardziej odpowiedzialne zadania. Prawdziwe zadania, nie takie na niby. Myślę, że tym kontekście od zabawy w sejm, z której nic tak naprawdę nie wynika, znacznie ważniejsza jest funkcja ministranta dzwoniącego w zgromadzeniu liturgicznym. Bo choć to zadanie mało istotne, to przecież dorośli na dźwięk tego dzwonka, reagują, prawda?
Celem wychowania jest dorosłość. My, już (podobno) dorośli musimy pamiętać, że to nie przychodzi samo. Że naiwnym jest myślenie, że 23 letni student, który o nic innego niż studia i zabawa nie musi się martwić, po zakończeniu nauki automatycznie stanie odpowiedzialnym mężem czy ojcem. Tak, nie powinniśmy dzieciom zabierać dzieciństwa. Ale tym bardziej nie powinniśmy nadopiekuńczością i decydowaniem za nich zabierać im dorosłości.

 

NABOŻEŃSTWA

ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU - CODZIENNIE 16:30 - 18:00

NOWENNA DO MATKI BOŻEJ OGNISTEJ - W KAŻDĄ ŚRODĘ 17:40

DO ŚW. JÓZEFA: KAŻDY CZWARTEK 17:40

DROGA KRZYŻOWA: PIĄTEK - 7:00 I 17:30 - DLA WSZYSTKICH, 16:30 - DLA DZIECI

GORZKIE ŻALE: NIEDZIELE WIELKIEGO POSTU 15:00, 17:00

NABOŻEŃSTWIE DO MIŁOSIERDZIA BOŻEGO I ŚW. JANA PAWŁA II: każdy poniedziałek o 17.40

PORZĄDEK MSZY ŚWIĘTYCH

MSZE ŚWIĘTE W NIEDZIELE
6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:15
(Msza św. w intemcji parafian), 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W NIEKTÓRE UROCZYSTOŚCI I ŚWIĘTA:
6:30, 9:30, 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W DNI POWSZEDNIE
6:30, 16:00 - W KAPLICY MATKI BOŻEJ, 18:00