Czytelnia

Monika Odrobińska źródło: https://www.katolik.pl/

Z prof. Krzysztofem Wojcieszkiem, współorganizatorem Narodowego Kongresu Trzeźwości, rozmawia Monika Odrobińska.

Na czym polega problem polskiego picia?
Mamy do czynienia z dwiema Polskami: 83 proc. to abstynenci lub osoby pijące umiarkowanie, reszta to osoby pijące ryzykownie lub szkodliwie, albo uzależnione. Mimo że osób niemających problemów z alkoholem jest w Polsce przeważająca większość, jest to większość milcząca. A normy nadużywających alkoholu urosły u nas do rangi symbolu. „Na zdrowie!”, „Nie pijesz, nie żyjesz”, „Z nami się nie napijesz?” – hasła te świadczą o błędnym pojmowaniu roli napojów alkoholowych.

Polski problem alkoholowy leży nie tylko w samym zjawisku uzależnienia wielu osób, ale w rozpowszechnionym pijaństwie, czyli nieumiarkowaniu w piciu. Uzależnionych w stopniu ciężkim jest około 600-700 tys., a pijących szkodliwie aż 3 mln. Badania pokazują, że jest kilkunastoprocentowa grupa Polaków, którzy piją, by się upić, lub w niedobrych okolicznościach. W jakich sytuacjach picie jest wykluczone, gdyż bardzo szkodliwe? W przypadku dzieci i młodzieży, matek ciężarnych i karmiących, kierujących pojazdem, w przypadku niektórych chorób, podczas opiekowania się dzieckiem, w pracy, w trakcie uprawiania niektórych sportów i turystyki. Wtedy abstynencja to obowiązek nawet tych, którzy umiarkowanie używają alkoholu.

Mówi Pan nie o ilości, ale o konkretnych okolicznościach.
Właśnie! Najpierw rozstrzyga sytuacja, a następnie ilość i częstość picia. Bo trzeźwość zależy nie tylko od ilości – od niej oczywiście też! – ale szczególnie od okoliczności picia. Jeśli nie zauważamy, że w wymienionych sytuacjach abstynencja jest wymogiem, jesteśmy o krok od naruszenia granicy pijaństwa.

Ilościowo natomiast o pijaństwie mówimy w przypadku przyjęcia dawki czystego alkoholu powyżej 60 mg – to dla mężczyzny dawka o działaniu narkotycznym. Dla kobiety to 40 g. Brak umiaru jest również wtedy, gdy pije się mimo indywidualnego ryzyka uzależnienia. Pod tym względem się różnimy nawet genetycznie; aż 25 proc. dzieci powtarza los uzależnionych rodziców z powodów czysto biologicznych.

Ubolewam, że w kontekście szkód alkoholowych pisze się niemal wyłącznie o uzależnieniach. Tymczasem skala strat w społeczeństwie najbardziej zależy od aktualnej liczby nadużywających alkoholu. Pijących ryzykownie i szkodliwie jest przynajmniej trzy do pięciu razy więcej niż uzależnionych, i to oni generują najwięcej strat. Oczywiście uzależnienie samo w sobie jest strasznym dramatem, ale gdy pytamy o różne straty zdrowotne czy wypadki, to zaczynają przeważać nieuzależnieni „pijacy”. Najnowsze klasyfikacje o tyle ułatwiają zrozumienie tego paradoksu, że uwzględniają uzależnienie w stopniu lekkim i średnim, i to są właśnie owi „pijacy”. My zwracamy uwagę na „ciężko uzależnionych”, bo to łatwiej uchwycić.

Dziś, w czasie gdy rozmawiamy, z powodu alkoholu 33 osoby będą hospitalizowane, cztery umrą z powodu zatrucia alkoholowego, sześć zginie w wypadku drogowym z powodu nietrzeźwego kierowcy, nie mniej niż jedna osoba zginie z ręki pijanego przestępcy, osiem popełni samobójstwo pod wpływem alkoholu, 140 dozna z jego powodu przemocy domowej, pięć urodzi się z zespołem FAS, 27 zachoruje na marskość wątroby, 16 umrze na raka, do którego doszło z przyczyny alkoholu, itd. W sumie alkohol zabija blisko 60 ofiar dziennie.

Alkohol silnie uzależnia – ma 80 proc. siły heroiny – i otwiera drogę do innych uzależnień. A uzależnieni żyją 15-20 lat krócej. Jest to wymierna strata i w sensie rodzinnym, i społecznym. To trzeci czynnik utraty zdrowia w skali światowej, odpowiedzialny za sto różnych chorób, w tym… nowotwory. Szacunkowo co dziesiąty nowotwór jest „odalkoholowy”.

Czy pojedynczy akt pijaństwa to już problem?
To on jest podstawowym źródłem strat – tym bardziej, jeśli jest powtarzany często i zaczyna jawić się jako styl życia. Zauważmy, że co trzeci młody człowiek traci życie właśnie z powodu alkoholu. U nich nie można mówić o uzależnieniu, tylko o epizodzie pijaństwa. Dwunastoletnia dziewczynka, która po pijanemu zamarzła pod Kielcami, nie była uzależniona. Sześcioro młodych ludzi wracających z zabawy w stanie upojenia też raczej nie było uzależnionych. A zginęli…

Czy Polacy zawsze byli narodem rozpitym?
Nie, to nie jest nasza „cecha wrodzona”. Trzeźwość zaczęliśmy tracić w XV w. Kraj był zasobny gospodarczo; „Stać nas na węgrzyna” – mówiono, rozluźniły się obyczaje. Kolejna fala pijaństwa przyszła wraz z potopem szwedzkim. Wtedy 50 proc. reeksportu zboża docierało do nas w postaci wódki. XVIII w. to rozpowszechnienie taniej produkcji destylatów i upadek obyczajowości w epoce saskiej. W XIX w. z kolei rozpite społeczeństwo leżało w interesie zaborców. A wiek XX to wiek trzech totalitaryzmów. Najpierw faszyzm i II wojna światowa, podczas której niemieccy okupanci stosowali alkohol jako walutę, a Polacy jako podludzie mieli pić. Później dewizą komunizmu było hasło: „Tam ojczyzna nasza, gdzie wódka i kiełbasa”. A obecnie mamy kapitalizm i liberalizm, w których można dowolnie eksploatować drugiego człowieka. Co siódmy użytkownik alkoholu to ofiara towarzyskiego przymusu picia. To potężny dylemat moralny: czy można poświęcić jednego, by reszta czuła się dobrze?

Kto dziś nas rozpija?
Ci, którzy promują nietrzeźwość. Mamy nadmiar punktów sprzedaży alkoholu – co roku wydawanych jest 300 tys. zezwoleń stałych lub okresowych. Nie cofa się ich za łamanie prawa, np. sprzedawanie alkoholu nieletnim. A powinno się, bo to hańba. Alkohol dostępny jest 24 godziny na dobę, jak towar pierwszej potrzeby. Kwitnie u nas jego reklama – w mediach elektronicznych, na bilbordach. To oznacza potężne dochody koncernów przy jeszcze większych stratach społecznych. Od pijaństwa nie są wolne nasze elity, żeby wspomnieć choćby „chorobę filipińską”. A nie mogą ratować z topieli ci, którzy sami toną.

Czy alkohol jest zły sam w sobie?
Oczywiście, że nie, i mówię to jako dobrowolny abstynent z 40-letnim stażem! Ale można tak go używać, że przekreśli się wszystkie jego zalety. Włosi piją 2/3 tego, co my, a mają dziesięciokrotnie mniej uzależnionych. Nie mamy kompetencji picia. Dowodem tego jest fakt, że spożywamy dwa razy więcej niż średnia światowa. Ci, którzy piją, piją za dużo i za mocno – średnio 31,5 litra na rok. Dla porównania: Litwini piją 33,3 litra, Łotysze – 26,5, Białorusini – 30, a Włosi – 11,9. To picie niszczące. Najważniejszy w tej kwestii jest umiar. Nie musi to oznaczać prohibicji.

Nasze picie plasuje się w „północnym stylu picia” – jest on bardziej destrukcyjny niż „styl południowy”. Nie ma bezpiecznej dawki alkoholu, ale bezpieczniejsze są te społeczności, które stosują delikatne „drinkowanie” zamiast upijania się i bazują na mniej stężonych napojach; nie tolerują publicznego, ostentacyjnego upijania się; dają przyzwolenie na niepicie w towarzystwie i szanują abstynencję.

Co więc z tym zrobić?
Ograniczyć dostępność: prawną, ekonomiczną i geograficzną, dotyczącą liczby punktów sprzedaży, a także kulturowe przyzwolenie na picie. Zachęcać do treningu abstynenckiego (zwłaszcza w młodości). Trzeźwość polega na całkowitej abstynencji lub radykalnym umiarze w piciu. Tę granicę łatwo przekroczyć w stronę nietrzeźwości.

Czynnikami chroniącymi przed pijaństwem młodzieży jest więź z rodzicami, sukcesy szkolne, praktyki religijne, szacunek dla norm i autorytetów społecznych, konstruktywna grupa rówieśnicza. Najskuteczniejszą strategią edukacyjną dla wszystkich jest zmiana dewizy: „pije się” na: „piją nie wszyscy i nie zawsze, nie z tym samym skutkiem”. Ja stawiam na triadę: „Nie upijaj się” – bo dziś, niestety, upijanie się uchodzi za cnotę towarzyską. „Mniej jest lepiej” – są narody, które to opanowały. „A najlepiej wcale” – należy zdobyć przestrzeń dla dobrowolnej abstynencji.

W Polsce abstynencja jest uważana za wyjątek (wbrew temu, że abstynenci to bardzo pokaźna grupa). Paradoksalnie normą powinna być abstynencja, a godziwym wyjątkiem – używanie alkoholu z umiarem. Chociażby z tego powodu, że jeśli podsumujemy wspomniane sytuacje, które jej wymagają, to zajmują one większość czasu życia ludzkiego. Im mniej i rzadziej pijemy, tym jesteśmy bezpieczniejsi.

Co ma picie do patriotyzmu?
Nawiązuje pani zapewne do słów bł. Bronisława Markiewicza: „Albo Polska będzie trzeźwa, albo nie będzie jej wcale”. Ja uważam, że pijaństwo jest wręcz sprzeczne z polską racją stanu. To przeciwdziałanie dobru wspólnemu narodu. Od trzeźwości narodu zależy trwałość i jakość państwa. Na naszych oczach giną fizycznie niektóre narody z powodu nadużywania alkoholu: Indianie w Ameryce Północnej, Inuici na Grenlandii, Aborygeni w Australii. A bliżej nas też jest kilka narodów mających kolosalne kłopoty. Czy mamy do nich dołączyć? Dla mnie symbolem takiej sytuacji jest wydarzenie historycznie zwane bitwą pod Budziszynem z udziałem II Armii WP. Przeczytałem, że nasze ogromne straty w ludziach były spowodowane pijaństwem gen. Świerczewskiego, który, zamiast dowodzić, kilka dni pił i trzeźwiał. To naprawdę kosztuje życie ludzkie. Ale też drenuje gospodarczo. Straty kilka razy przewyższają dochody.

Co zakłada Narodowy Program Trzeźwości?
To na razie obszerny i szczegółowo przygotowany projekt – dyskutowaliśmy go podczas Narodowego Kongresu Trzeźwości. Przez następne pół roku będą trwać nad nim prace redakcyjne. Jednak wedle mojej optymistycznej oceny aż 95 proc. treści jest gotowe. Dokument ten ma dotknąć najistotniejszych przeszkód na drodze do trzeźwości indywidualnej i społecznej oraz ma posłużyć na następne 25 lat – na wzór tego, który sprawdził się np. w Szwecji czy Islandii. W krótszym czasie niż długość pokolenia nie cofnie się trzechsetletniej tradycji pijaństwa uwarunkowanego historycznie.

Zależy nam, aby program stał się znany i akceptowany nie tylko przez grono ekspertów, ale przez wszystkich Polaków. Jego istotą jest uruchomienie wszelkich możliwych środków pomagających Polakom w osiągnięciu cnoty trzeźwości. Ma ona dwie postacie: abstynencji i umiarkowanego używania napojów alkoholowych. Jednak wszelkie te środki nie wystarczą: człowiek musi chcieć wypracować tę sprawność. Niebawem upublicznimy program w całości.

Rozmawiała Monika Odrobińska
Idziemy nr 40/2017

Marcin Jakimowicz GN 28/2019 dodane 10.08.2019 06:00 źródło: https://kosciol.wiara.pl/

Czy to możliwe, by wszechmocny Pan Zastępów, przy którym narody „są jak kropla wody u wiadra”, działał przez kawałeczek płótna? I dlaczego to, co zawsze działało, czasem przestaje działać?
Góra Karmel. To tu prorok Eliasz ściągnął z nieba ogień, zawstydzając proroków Baala.

Nazywany był prorokiem jak ogień. Nic dziwnego. Dokonał najbardziej spektakularnego cudu, jaki można sobie wyobrazić. Trudno o większe fajerwerki.
Ktoś jeszcze zabiera się ze mną na szczyt, z którego prorok Eliasz wołał o ogień? Może być gorąco, ale uspokajam: nie trzeba wchodzić wysoko. Góra Karmel (dosł. Winnica Boga) to nadmorskie pasmo górskie rozciągające się nad Morzem Śródziemnym na wysokości jedynie 546 m n.p.m. Ruszamy!
To będzie tekst o Eliaszu, czyli o Karmelu, czyli o szkaplerzu.

Rozpłaszczony
Czy to możliwe, by wszechmocny Pan Zastępów, przy którym narody „są jak kropla wody u wiadra”, działał przez kawałeczek płótna, a nawet, jak zawołałby rozbawiony świat – „szmatki”? Czy samo noszenie szkaplerza przez osobę, która nie wierzy w tę niebiańską ochronę, ma jakikolwiek sens? Zanim przyjrzymy się maleńkim brązowym skrawkom materiału połączonym tasiemkami, zerknijmy na troszkę większe płótno.
Wprawdzie sami karmelici bosi żartują, że fundamentem ich duchowości jest fragment Pierwszej Księgi Królewskiej: „Eliasz podniósł się, zjadł i wypił, i znowu się położył”, twierdząc, że od wieków starają się być wierni tej regule, my przyjrzyjmy się innej scenie z życia ognistego proroka.
Gdy stojący na brzegu prorok Eliasz uderzył płaszczem wody, te „rozdzieliły w obydwie strony”. Wow! Kolejny spektakularny cud, na troszkę mniejszą skalę niż to, czego dokonał Bóg przez Mojżesza. Chwilkę później Eliasz poczuł się (dosłownie!) wniebowzięty. Nawiasem mówiąc, czytając o pojeździe, który zabrał proroka do nieba, nie mogę zrozumieć, dlaczego ludziom ogień kojarzy się jedynie z piekłem...
Gdy po ognistym rydwanie pozostał unoszący się w powietrzu zapach spalin, Elizeusz – pilny uczeń Eliasza – podniósł płaszcz mistrza i wedle komputerowej zasady „kopiuj, wklej” powtórzył manewr proroka. „Uderzył wody, lecz… one się nie rozdzieliły”.
Jak to? Co zawiodło? Przecież dotąd wszystko idealnie działało – musiał zachodzić w głowę. Po chwili zrozumiał swój błąd: skupił się na „gadżecie” (skądinąd bardzo pobożnym), na formie, a nie na Tym, który te rzeczywistości pobłogosławił. Gdy stojący nad brzegiem zdesperowany Elizeusz krzyknął: „Gdzie jest Pan, Bóg Eliasza?” i ponownie uderzył płaszczem wody, te „rozdzieliły się w obydwie strony”.
Oto najkrótsza „instrukcja działania szkaplerza”.

Cisza jak makiem zasiał
Bóg zdaje się podpowiadać: skup się na Mnie, a nie na samym przedmiocie, który pobłogosławiłem jako naczynie łaski. Katechizm Kościoła Katolickiego wyjaśnia: „Sakramentalia to znaki święte, które z pewnym podobieństwem do sakramentów oznaczają skutki, przede wszystkim duchowe, a osiągają je przez modlitwę Kościoła”.

Co to znaczy? Sakramenty święte działają ex opera operato, czyli bez względu na wiarę czy pobożność szafarza. W czasie Mszy św. odprawianej przez błąkającego się po ciemnej dolinie niewiary kapłana chleb rzeczywiście staje się ciałem Pańskim, a wino Jego krwią. Sakramentalia (w tym szkaplerz) działają jednak ex opera operantis – łaska jest zawsze, ale możemy z niej nie skorzystać. Gdy kapłan pobłogosławi szkaplerz, Bóg jest wierny temu błogosławieństwu, ale sporo zależy od wiary osoby, która go będzie nosiła.
Szkaplerz nie działa jak talizman i nie jest żadnym karmelitańskim amuletem! Co ciekawe, samo to słowo oznacza szatę wierzchnią, którą mnisi przywdziewali na habit zakonny w czasie pracy, by chronić go przed brudem. Jakie to symboliczne! Szkaplerz chroni nas przed brudem, który ma korzenie w grzechu. Przypomina o tym, że dostaliśmy z nieba szatę ochronną, jej moc wypływa jednak z wiary osoby, która go zakłada.
Przed laty w jednym z tekstów przywoływałem pewną scenę. Trwał obiad u znajomych. Na stole wylądowały talerze z parującym rosołem. Goście wrócili właśnie z niedzielnej Mszy św., w czasie której pewien karmelita, przekonując ludzi do noszenia szkaplerza, wspomniał o odgórnych obietnicach: „kto umrze odziany szkaplerzem świętym nie zazna ognia piekielnego”. Podczas obiadu ktoś wzruszył ramionami i rzucił z ironią: „Nie zazna ognia piekielnego? Ciekawe, kto temu księdzu takie rzeczy naobiecywał?”. I wówczas z drugiej strony stołu padła króciutka, ucinająca dyskusję, odpowiedź: „Matka Boska”. Goście zajęli się rosołem.

Pod Twój płaszcz się uciekamy
Świetne! To wiele wyjaśnia. Moc szkaplerza oparta jest na wierze, a nie na jego magicznych zdolnościach.
Pamiętacie, co skutecznie rozbrajało jad pustynnych węży śmiertelnie kąsających Izraelitów maszerujących do Ziemi Obiecanej z zepsutym GPS-em? (kto nastawił opcję: 40 lat wędrówki?). Ten, którego Syn rozbroił na krzyżu „Węża Starodawnego”, jako ratującą życie odtrutkę polecił adorowanie miedzianego gada. W 2 Księdze Królewskiej znajdujemy jednak zaskakujące słowa o tym, że król Ezechiasz, który „czynił to, co jest słuszne w oczach (…) potłukł węża miedzianego, którego sporządził Mojżesz” (2 Krl 18,4). Dlaczego? Biblia wyjaśnia: „ponieważ aż do tego czasu Izraelici składali mu ofiary kadzielne”. Uwielbili formę, a nie jej Stwórcę. To jej przypisali magiczne zdolności.
To ważna lekcja. Dopiero wciśnięcie przycisku „wiara” (czyli bezradny krzyk Elizeusza: „Gdzie jest Pan, Bóg Eliasza?”) sprawia, że widzimy interwencję Najwyższego.

Ratunku!
Mówimy „szkaplerz” – myślimy Karmel. To naturalne. Ta mnisia rodzina narodziła się na Górze Karmel na przełomie XII i XIII wieku. Gdy opuszczający Ziemię Świętą karmelici dotarli w 1215 r. do Europy Zachodniej, na Soborze Laterańskim IV wydano dekret nie tylko zabraniający zakładania nowych zgromadzeń, ale i nieuznający tych, które nie były oparte na jednej z klasycznych, zaaprobowanych przez Kościół reguł.
Co teraz? Karmelici, którzy w życiu monastycznym stawiali pierwsze nieśmiałe kroki, mieli twardy orzech do zgryzienia. Ich generał Szymon Stock w czasie modlitwy w nocy z 15 na 16 lipca miał ujrzeć Maryję, która podając mu szkaplerz, wyjaśniła: „Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania”.
Ta sytuacja zmieniła bieg wydarzeń. Stock rychło otrzymał z Watykanu listy polecające, a w Brukseli, Szkocji i na Zielonej Wyspie zaczęły powstawać karmelitańskie klasztory.
O obietnicy: „Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego” pisaliśmy w „Gościu” wielokrotnie. Wspominaliśmy również o obietnicach, które Kościół związał ze szkaplerzem („noszący go zapewnia sobie opiekę Maryi co do duszy i ciała w tym życiu i szczególną pomoc w godzinie śmierci”). Z przyjęciem szkaplerza związana jest jednak jeszcze jedna szczególna obietnica: włączenie do rodziny. Nie byle jakiej.

Niezła rodzinka
Ci, którzy przyjęli szkaplerz, są złączeni z zakonem karmelitańskim i mają udział w jego duchowych dobrach za życia i po śmierci. Co to znaczy? Jan Kowalski może uważać całe dziedzictwo Karmelu za swoje! Wchodzi do rodziny zakonu, który dał Kościołowi ponad 45 świętych i błogosławionych, w tym trzech doktorów Kościoła i jedną patronkę Europy. I która całą swą uwagę skupia na Głowie Rodziny.
„Na życie Pana, przed obliczem którego stoję” – wołał prorok Eliasz. Karmelici i karmelitanki, których prorok jest patronem, przejęli się tym krzykiem. To właśnie „stanie przed Bogiem” jest sednem ich powołania.
Pierwsze skojarzenie? Wierność. Cierpliwe czekanie i trwanie w obecności Tego, który przychodzi jak chce. I kiedy chce.
„Wielkim dziełem Eliasza było nie to, że uczynił cud, lecz to, że gdy spadł ogień z nieba, lud nie mówił o cudzie, tylko wszyscy wykrzyknęli: »Pan jest Bogiem! «” – nauczał cadyk Symcha Bunam, aptekarz z Przysuchy. To również opowieść o Karmelu, który stara się nie skupiać uwagi na sobie, ale rzucać światło na Tego „w którym żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”.
Geniusz Eliasza polegał również na tym, że choć ten prorok widział wszechmoc Boga objawiającego się w trzęsieniu ziemi, ogniu i tnących niebo na kawałki piorunach, doświadczając tych zjawisk po raz kolejny, przeczuł, że tym razem to nie On. Prorok, który (jak nikt dotąd!) miał doświadczenie Pana przychodzącego w ogniu („wówczas spadł ogień od Pana z nieba i strawił żertwę i drwa oraz kamienie”). Widział zjawiska, które dotąd towarzyszyły Bożej obecności, ale rozpoznał, że tym razem nie było w nich Najwyższego. Przyszedł w lekkim powiewie. Zupełnie inaczej niż dotąd.
Historia Eliasza to również opowieść o naszej ludzkiej kondycji. Ten, którego wiara zawstydziła proroków Baala, przeraził się groźby Izebel i wylądował w jaskini pogrążony w bezsilności i ciemności, karmiony padliną przez kruka, który w Starym Testamencie uważany był za ptaka nieczystego. Twarde lądowanie. Lekcja pokory. Prorok, który szedł „jak burza”, musi odkryć, że noc również jest światłem. To również opowieść o Karmelu, który „szuka Boga, gdy się pozwala znaleźć”.

KarmeLOVE
Karmel proponuje coś radykalnie przeciwnego do narracji współczesnego świata. Nie jest krzykliwy, nie jest „z pierwszych stron gazet”. Karmel to wierność, codzienna modlitwa w zamkniętej izdebce, która, jak nauczał Jezus, jest centrum Wszechświata.
„Zajmij się Mną, a Ja zajmę się tobą” – usłyszała od samego Jezusa Teresa z Ávila. To kwintesencja Karmelu. – Cel Teresy? Żyć wyłącznie dla Chrystusa. Jej zamiarem było stworzenie małego grona mniszek, które będą zajmowały się wyłącznie Oblubieńcem – opowiada o. Marian Zawada, autor czterdziestu książek z dziedziny duchowości. W 1562 r. Teresa założyła pierwszy klasztor karmelitanek bosych, a już 6 lat później przy współudziale Jana doprowadziła do fundacji męskiego klasztoru.
– Bóg rozbrajał ją swą dobrocią. W chwili, gdy doświadczała ogromnej słabości, grzechu, Bóg okazywał jej największą czułość. Nie była w stanie tego wytrzymać. Była to dla niej najgorsza kara – opowiadały mi karmelitanki w Gnieźnie.
„Z Bogiem sprawiedliwym można ubijać interesy. Można z Nim kupczyć i próbować pozyskać Jego względy. Ale przeciw Bogu, który jest miłością i tylko miłością, nie mamy broni” – wyjaśniał karmelita o. Wilfrid Stinissen.

Nie ma jak w domu
Wielokrotnie, gdy rozmawiałem z karmelitankami, słyszałem: „Zostałyśmy uwiedzione”. Doskonale pamiętam mniszkę, która opowiadała: „Czuję się przez Boga pociągnięta. Nie narzucał się, jedynie coś proponował. Dopóki nie odpowiedziałam, wycofywał się. Gdy dałam Mu dojść do głosu i prosiłam: »Przekonaj mnie«, przyszedł i mnie przekonał”.
Gdy Maria Baouardy, zwana Małą Arabką (śpiewała hymny, unosząc się nad lipami, żyła mimo poderżniętego gardła i przebitego na wylot serca, a ilością darów, jakimi została obsypana, można by z powodzeniem obdzielić wszystkie grupy modlitewne w Europie Środkowo-Wschodniej), przekroczyła próg Karmelu, zawołała: „Nareszcie znalazłam swój dom”.
– Klauzura zewnętrznie objawia się oddzieleniem kratą i mu¬rami. Tak jest to postrzegane z ze-wnątrz, natomiast dla osoby, która jest powo¬łana i która wkracza do tej przestrzeni, pers¬¬pek-tywa jakby się odwraca – wyjaśnia Rafał Tichy, autor świetnej książki „Ukryte oblicze”. – To nie jest patrzenie na świat poprzez pryzmat krat – wręcz przeciwnie, to wejście w przestrzeń, gdzie wszystko się przed człowiekiem otwiera.
Karmel jest drogowskazem. Znakiem, który widuję często na osiedlach: „Droga wewnętrzna”. Jest jasnym przesłaniem dla pokolenia, które zapadło na chorobę Koziołka Matołka i „po szerokim szuka świecie tego, co jest bardzo blisko”. „I czemu jeszcze szukasz Go poza sobą, gdy w samej sobie masz wszystkie swe skarby, swe rozkosze, swoje zadowolenie, swoje nasycenie i swe królestwo – czyli twego Umiłowanego, którego pragniesz i szukasz?” – pytał w swej „Pieśni duchowej” św. Jan od Krzyża – „Tu Go więc pożądaj, tu Go uwielbiaj, a nie wychodź Go szukać poza sobą, gdyż wówczas rozproszysz się i zmęczysz (…) Jesteś schronieniem, gdzie On przebywa”.
Przez szkaplerz Jan Kowalski zostaje włączony do rodziny, która za Teresą z Lisieux powtarza: „Jak mogłabym obawiać się Boga, który dla mnie stał się tak mały!? Kocham Go, bo jest wyłącznie miłością i miłosierdziem!”.•

 

Wojciech Żmudziński SJ 05.08.2019 09:00 źródło: https://www.deon.pl/

Piękno przyrody nabiera w wakacje szczególnego znaczenia, ale gdy przed kilkoma miesiącami jezuici dowiedzieli się, że troska o przyrodę będzie jednym z ich najważniejszych zadań na najbliższe dziesięć lat, przyjęli to z odrobiną konsternacji.
Zgodnie z listem Ojca Generała mamy podjąć z różnymi środowiskami współpracę w trosce o wspólny dom, jakim jest dla nas wszystkich środowisko naturalne. A wcześniej mamy się "ekologicznie" nawrócić. O co chodzi z tą ekologią? - pytaliśmy przełożonych. Czym ma być ta troska o Stworzenie? Czy nie jest to tylko ideologia? Przecież temat segregacji śmieci i szanowania trawników nie ma nic wspólnego z duchowością - mówili niektórzy jezuici zawiedzeni tym, że nie wskazano w tak ważnym programowym dokumencie na istotniejsze zadania, na przykład na konieczność troski o rodzinę. Dlaczego nie wspomniano o obronie wiary katolickiej - pytają świeccy znawcy historii zakonu - i dlaczego walka z sekularyzacją nie stała się jednym z najważniejszych zadań apostolskiej działalności jezuitów?

Sekularyzacja i apostolskie zadania powierzone jezuitom
W tegorocznym dokumencie o preferencjach apostolskich jezuitów jest mowa o zsekularyzowanym świecie, ale mówi się o nim pozytywnie. Generał jezuitów, o. Arturo Sosa SJ, który odwiedził Polskę w maju tego roku, wyjaśnił nam, że "sekularyzacja nie jest dla nas zagrożeniem lecz pozytywnym wyzwaniem, które tworzy nowe szanse. A to dlatego, że bycie chrześcijaninem w zsekularyzowanym świecie zakłada osobisty wybór. Nie wypływa jedynie z faktu, że mieszka się w katolickim kraju lub wyrosło się z chrześcijańskiej kultury" (Warszawa, 16.05.2019).
W tym kontekście wskazywanie drogi do Boga (preferencja 1) i towarzyszenie ubogim (preferencja 2) oraz młodym (preferencja 3) w budowaniu przyszłości pełnej nadziei, nabiera głębszego sensu. Ta nadzieja byłaby mrzonką, gdybyśmy zostawili przyszłym pokoleniom zdewastowaną Ziemię.

Czy jezuici pomogą uratować Ziemię?
Mówiąc o czwartej, tzw. ekologicznej preferencji, o Ziemi wyniszczanej przez człowieka i o konieczności odejścia od konsumpcjonizmu jako stylu życia, zadał nam Generał pytanie: "Jak możemy wraz z innymi wypracować alternatywne modele życia?" Wspomniany dokument o preferencjach zachęca do wyjścia z indywidualizmu i bezczynności, do zmiany życiowych przyzwyczajeń, do współpracy w trosce o tych, którzy przyjdą po nas.
Troska jedynie o obecną chwilę i o własny dom przybiera nieraz formy karykaturalne. W obrębie murów, w których mieszkamy, tworzymy sobie miłe i wygodne gniazdo wyrzucając poza mur to co przeterminowane, niepotrzebne, niemodne, niepasujące do nowych mebli. Wokół nas rosną góry zbędnych rzeczy, których nikt nigdy nie będzie podziwiał.
Rzadko spowiadamy się z grzechów przeciwko przyrodzie, a przecież chcielibyśmy spędzić wakacje w miejscu, gdzie nikt nam nie śmieci, gdzie kominy nie smrodzą, a filet z kurczaka nie smakuje jakby był zrobiony z masy papierowej. Szukamy zdrowego powietrza i krajobrazów nie pociętych asfaltowymi drogami. Coraz trudniej znaleźć miejsca, które zachwycają i karmią ducha.

Przyzwyczailiśmy się brać
Duchowy wymiar ekologii możemy lepiej zrozumieć, gdy odwołamy się do naszych zmysłów: wzroku, węchu, dotyku, słuchu i smaku. To one pozwalają nam doświadczyć radości płynącej z kontaktu ze światem, który Bóg stworzył specjalnie dla nas. W soczystej zieleni drzew, w zapachu kwiatów i w szumie strumyka, w smaku świeżych owoców i w miłym podmuchu wiatru w ciepły letni wieczór, odkrywamy hojność kochającego nas Stwórcy. Zmysły są pomostem łączącym nasz umysł z Bogiem ukrytym w harmonii natury. Gdy tę harmonię niszczymy, nasze zmysły dostarczają nam dawkę zgiełku, smrodu i brzydoty. Otaczający nas świat traci wówczas smak. Całe nasze życie staje się niestrawne. Jeśli nie zatroszczymy się o naturę, nie będziemy mieli dokąd uciec, gdzie schronić się przed konsekwencjami naszego grzechu przeciw naturze.
Przyroda jest miejscem, z którego przyzwyczailiśmy się brać i nic w zamian nie dawać. To że nie kosztuje nas świeże powietrze, że nie musimy płacić za bajeczny widok i bać się, że ktoś nas ścignie za nielegalne słuchanie śpiewu ptaków, nie oznacza, że przyrodzie nic się od nas nie należy. Jeśli poświęcamy w tygodniu jakiś czas dla zdrowia korzystając z dobrodziejstw natury, poświęćmy choćby kilka godzin w miesiącu na troskę o środowisko naturalne, zmieńmy nasze nawyki, nie plądrujmy i nie niszczmy, przekonani w swojej zuchwałości, że możemy wyprodukować lepszą wersję Stworzenia.

Wojciech Żmudziński SJ - przez 21 lat kierował placówką doskonalenia nauczycieli Centrum Arrupe, a w latach 2002-2007 był dyrektorem Gimnazjum i Liceum Jezuitów w Gdyni. Obecnie pracuje w Kurii Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego

 

ca, aw / Warszawa (KAI) 2018-08-06 09:58 źródło: https://www.niedziela.pl/

6 sierpnia Kościół obchodzi Święto Przemienienia Pańskiego zwane także epifanią lub teofanią. Liturgia tego dnia wspomina opisane w ewangeliach wydarzenie, przez które Chrystus objawił swoje bóstwo.
Czytany w liturgii ewangeliczny opis Przemienienia Pańskiego pełen jest znaczeń symbolicznych: góra, światło i obłok są w Biblii charakterystyczne dla objawień Boga. "Jezus wziął ze sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich" (Mt 17,1). Twarz Jezusa zajaśniała jak słońce, szata była biała jak światło, ukazali się też Mojżesz i Eliasz a z obłoku dobiegł głos Boga.
Są oni świadkami, którzy potwierdzają widzenie Apostołów i wskazują, że całe objawienie prowadzi do Jezusa. Dodatkowym i niepodważalnym uwierzytelnieniem jest głos Ojca, Który mówi: "To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!" (Mt 17,5).
Przemienienie Jezusa miało umocnić wiarę Apostołów oraz przygotować ich na przeżycie męki i śmierci Jezusa. Przemienienie ukazuje też, że do chwały objawionej przez Jezusa dochodzi się przez cierpienie i śmierć. Tak jak każda teofania (czyli objawienie bóstwa) Przemienienie Pańskie budzi fascynację i zachwyt ale zarazem lęk, dlatego św. Piotr powiedział najpierw: "dobrze, że tu jesteśmy" a w chwilę później uczniowie "upadli na twarz i bardzo się zlękli". W religioznawstwie mówi się, że Bóg jest "mysterium fascinosum et tremendum", czyli tajemnicą fascynującą i przerażającą.
W chrześcijaństwie wschodnim święto Przemienienia obchodzone było już w V wieku. Do dziś zajmuje ono w liturgicznym kalendarzu chrześcijańskiego Wschodu jedno z najważniejszych miejsc. Przemienienie jest też bardzo częstym motywem ikonografii wschodniej.
Na Zachodzie pierwsze wzmianki o tym święcie pochodzą z VII i VIII wieku. Bardziej upowszechniło się ono w okresie wypraw krzyżowych, kiedy bardzo popularne były pielgrzymki do Ziemi Świętej, w tym także na Górę Tabor, uznawaną za Górę Przemienienia.
W 1457 r. papież Kalikst III, jako wyraz wdzięczności za zwycięstwo nad Turkami odniesione 6 sierpnia 1456 r. pod Belgradem, wprowadził je do liturgii całego Kościoła katolickiego. W 1964 r. Górę Tabor odwiedził papież Paweł VI, który jako pielgrzym przemierzał Ziemię Świętą.

 

ks. Tomasz Horak dodane 03.08.2019 09:00 źródło: https://opole.gosc.pl/

Czy jednak współczesne synody naprawdę służą odnajdywaniu wspólnej drogi? W jakiejś mierze tak. Mimo to życie Kościoła zamiera, przynajmniej w Europie. W Polsce także.

Ostatnio w wielu miejscach internetu można znaleźć refleksje albo i gotowe recepty na naprawę i ożywienie Kościoła - przynajmniej w Polsce, jeśli nie na świecie. Bardziej lub mniej trafione, co zależy od wizji, czym Kościół jest albo czym powinien być. A tu rozmaitość jest spora. Jak to ktoś powiedział - punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Inaczej widzi Kościół biskup, inaczej proboszcz, inaczej wikary, inaczej zakonnik, a zakonnica jeszcze inaczej. A świeccy? O, tu już mnogość jest niewyobrażalna. No bo każdy sobie wyobraża na swój sposób. Po prostu tak jest. Tych wyobrażeń (a dotyczy to nie tylko Kościoła) zunifikować nie sposób.
Dobrze by było jednak skonstruować jakąś jedną, w miarę uniwersalną płaszczyznę. Co by musiało się w niej znaleźć? Najpierw oczywista oczywistość: ludzie i ich wiara. Wiara ludzi streszczająca się w... I już tu możemy mieć problem. Bo można ująć wiarę w "sześć głównych prawd wiary" albo - pomijam pośrednie formuły - także w szeroko rozbudowanym "Credo" soboru trydenckiego. I jedno, i drugie jest ważne, aktualne i wciąż obowiązujące. Ze znajomością owych formuł jest bardzo niejednakowo. "Sześć głównych prawd wiary" powinno być znane na poziomie, powiedzmy, klasy IV szkoły podstawowej. Jeśli programy to zgubiły - trzeba zmienić programy.
Należałoby wyznaczyć jakiś próg znajomości formuły wyznania zwanego apostolskim, później także nicejsko-konstantynopolitańskiego (tekst znany powszechnie z niedzielnych Mszy św.). Znajomość to nie tylko osłuchanie i opanowanie formuły. To rozumienie w zakresie co najmniej podstawowym poszczególnych tez w owych tekstach zawartych.
I tu znów mamy problem. Znaczna część ludzi przyznających się do przynależności do Kościoła ma bardzo duże braki katechizmowe. Czyżby katecheza nie funkcjonowała od dziesięcioleci? A może katecheza już dawno temu stała się tylko "religią"? I nie programy dydaktyczne, a tylko tworzenie takich czy innych "religijnych klimatów" pozostało? Gdy przed laty przygotowywałem się do sprawnościowego biegu, który miał zdecydować o przyznaniu mi harcerskiego krzyża, wkuwałem całą i wcale bogatą jego symbolikę. Ów krzyż mam do dzisiaj...
A zatem wiara - ale poziom znajomości formuł jest tylko początkiem. Bo wiara musi się stać czynem we wspólnocie. Jeśli braknie czynów, nie zrodzi się wspólnota. Jeśli nie ma wspólnoty, nie spełnią się czyny. Jedno jakby wykluczało drugie. Jest jednak to "coś", co nazywamy łaską Bożą. Bo Kościół nie jest tylko tworem socjologicznym. Jest darem Boga. A więc ta wspomniana współzależność nie jest logiczną pętlą i jest możliwa do zrealizowania. Tyle że trzeba się na ten dar otworzyć.
Można by analizować kolejne elementy konstytutywne Kościoła. Chociażby ten: ludzie i organizacja. Zakrawa to na temat socjologiczny. Ale to nie tak. Istotnym czynnikiem organizacji Kościoła są nie prawidła przyrodzone, a te z wiary wyrastające. I oba zakresy od wieków jakoś na siebie zachodzą, mało tego - mieszają się zarówno dla wiary, jak i dla organizacji. Temat rzeka, na felieton zbyt obszerny.
Na koniec wrócę do tezy początkowej: inaczej widzi Kościół biskup, inaczej proboszcz, inaczej wikary, inaczej zakonnik, a zakonnica jeszcze inaczej. No i ci, których najwięcej - świeccy. Jak te wszystkie spojrzenia na tyle scalić, by uczynić z ich wielości nie przeszkodę, a bogactwo rozumienia Kościoła? Znaleźć wspólną drogę. O, właśnie, "wspólna droga" to po grecku synodos. Takie właśnie słowo i pojęcie zadomowiło się w Kościele od wieków. Czy jednak współczesne synody (różnego szczebla) naprawdę służą odnajdywaniu wspólnej drogi? W jakiejś mierze tak. Mimo to życie Kościoła zamiera, przynajmniej w Europie. W Polsce także. Wciąż jest jednak do czego wracać i wciąż przestrzeń wiary oraz obecności Jezusa wśród nas jest otwarta.

 

NABOŻEŃSTWA

ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU - CODZIENNIE 16:30 - 18:00

NOWENNA DO MATKI BOŻEJ OGNISTEJ - W KAŻDĄ ŚRODĘ 17:40

DO ŚW. JÓZEFA: KAŻDY CZWARTEK 17:40

DROGA KRZYŻOWA: PIĄTEK - 7:00 I 17:30 - DLA WSZYSTKICH, 15:30 - DLA DZIECI

GORZKIE ŻALE: NIEDZIELE WIELKIEGO POSTU 15:00, 17:00

NABOŻEŃSTWIE DO MIŁOSIERDZIA BOŻEGO I ŚW. JANA PAWŁA II: każdy poniedziałek o 17.40

PORZĄDEK MSZY ŚWIĘTYCH

MSZE ŚWIĘTE W NIEDZIELE
6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:15
(Msza św. w intemcji parafian), 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W NIEKTÓRE UROCZYSTOŚCI I ŚWIĘTA:
6:30, 9:30, 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W DNI POWSZEDNIE
6:30, 16:00 - W KAPLICY MATKI BOŻEJ, 18:00