Czytelnia

Mateusz Pawłowski SJ 23 lutego 2021, 17:14 źródło: https://deon.pl/

23 lutego obchodzimy Międzynarodowy Dzień Walki z Depresją. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia, depresja jest czwartą najpoważniejszą chorobą na świecie i jedną z głównych przyczyn samobójstw (według danych statystycznych WHO choruje na nią 350 milionów osób).
Grupa, która, z wielu względów i powodów, jest najbardziej narażona na pojawienie się depresji i związanych z nią dramatycznych konsekwencji, to dzieci oraz młodzież.
Szara strefa samobójstw
Według jednego z ogólnopolskich, reprezentatywnych badań, przeprowadzonych wśród osób w wieku 13–17 lat, aż 7 procent badanych miało doświadczenia z próbami samobójczymi. Jeśliby te wyniki rozszerzyć na całą populację, okazałoby się, że ćwierć miliona dzieci w Polsce ma doświadczenie co najmniej jednej próby samobójczej.
Inne badanie pokazało, że każdego roku nawet 125 tys. polskich dzieci może próbować się zabić.
Jeszcze bardziej dramatyczne dane płyną z analizy rozmów, jakie przez ostatnie 11 lat zebrali psychologowie pracujący w Telefonie Zaufania dla Dzieci i Młodzieży 116 111. Przez ten czas skorzystało z niego 1,2 mln dzieci. Podczas rozmów konsultanci dowiedzieli się o ogromnej liczbie prób samobójczych, o których nikt z otoczenia ich rozmówców nie miał bladego pojęcia. To wręcz kluczowa rzecz, która powinna być na bieżąco monitorowna, ponieważ próba samobójcza w młodym wieku jest najbardziej istotnych czynnikiem prognozującym podobną próbę w przyszłości.
Zapaść psychiatrii dziecięcej
We wrześniu 2020 r. pojawił się raport UNICEF analizujący jakość życia dzieci i młodzieży w bogatych krajach, w tym w Polsce. Na 38 badanych krajów Unii Europejskiej i OECD – czyli klubu najbogatszych państw świata – Polska zajmuje 31 miejsce w ogólnym rankingu jakości życia dzieci, a w najbardziej interesującej nas kategorii “Zdrowie psychiczne oraz dobrostan psychiczny” znaleźliśmy się na 30 pozycji.
We wszystkich trzech szerokich kategoriach rankingu (pozostałe to zdrowie fizyczne oraz kompetencje edukacyjne i społeczne) jesteśmy poniżej średniej, ale wskaźnik dobrostanu psychicznego wypadł w Polsce zdecydowanie najgorzej.
UNICEF wskazuje na związek między samobójstwami wśród nastolatków a złym stanem polskiej psychiatrii dziecięcej. „Odsetek samobójstw wśród dzieci jest wysoki, a jeżeli chodzi o stan opieki psychologicznej i psychiatrycznej polskich dzieci (…) od wielu lat obserwujemy ich zapaść i niestety musimy się liczyć z dramatycznymi dla młodych ludzi skutkami tego stanu rzeczy” – tak komentowała wyniki raportu w radiu TOK FM Ewa Falkowska z UNICEF Polska.
Z kolei, według niezależnych badań Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego oraz Najwyższej Izby Kontroli, istnieje silna korelacja między zachowaniami samobójczymi młodzieży a występowaniem zaburzeń psychicznych. Jak piszą naukowcy, u ok. 50–98 procent młodych osób, które podejmują próbę samobójstwa, występują zaburzenia psychiczne, z których najczęstszymi są zaburzenia depresyjne (60–80 procent) i zaburzenia zachowania (50–80 procent). Niemal co piąta próba samobójcza małoletniego w Polsce wynika z zaburzeń psychicznych, a prawie co trzecia z choroby psychicznej. Z analizy obydwu raportów można wysnuć wniosek, że dużą część winy za wysoki wskaźnik samobójstw wśród młodzieży w Polsce ponosi fatalny system leczenia.
Ucieczka od niemożliwego
Co najczęściej popycha młode osoby do prób samobójczych, oraz co my, dorośli, możemy i powinniśmy w związku z tym zrobić?
Według dostępnych nam badań zarówno WUM, jak i NIK, najczęstszymi przyczynami podejmowania prób samobójczych przez młode osoby są najbardziej prozaiczne problemy, które nastolatkowie postrzegają, jako niemożliwe do rozwiązania w inny sposób, niż odebranie sobie życia. Zasadniczym celem nie jest tutaj „nieistnienie”, ale ucieczka od stanu niemożliwego do udźwignięcia przez młodą osobę bezmiaru cierpienia.
Światowa Organizacja Zdrowia zwraca uwagę, że u większości osób, podejmujących próbę samobójczą, próg odporności na stres jest bardzo niski. Oznacza to, że nawet błahe zdarzenie może u nich wywołać cierpienie związane z urażoną godnością, co w konsekwencji może zakończyć się próbą samobójczą. Według danych polskiej policji, głównymi przyczynami samobójstw w Polsce w 2019 roku były: zaburzenia psychiczne, nieporozumienia rodzinne i zawód miłosny. Co istotne, w większości przypadków policja nie ustaliła rzeczywistej przyczyny samobójstwa.
Z różnych dostępnych badań wynika, że rodzina stanowi najwyższą wartość dla wielu osób (w tym najmłodszych), a wszystko, co wiąże się z jej funkcjonowaniem, dezorganizacją czy dezintegracją wpływa znacząco i dramatycznie na stan psychiczny jej członków. Efektywna komunikacja w rodzinie jest jednym z najważniejszych uwarunkowań jej prawidłowego funkcjonowania, a niezbędnym, z kolei, warunkiem dobrej komunikacji jest łatwość prowadzenia rozmów.
W ostatnich latach młodzież postrzega swój kontakt z rodzicami coraz bardziej negatywnie. Z badania HBSC (Health Behaviour in School-aged Children) wynika, że odsetek młodzieży, oceniającej swoje rozmowy z matką i ojcem, o niepokojących sprawach, jako łatwe lub bardzo łatwe, istotnie zmniejsza się w starszych grupach wiekowych i to drastycznie.
Stereotypy i pułapka dobrych intencji
Depresja jest groźną chorobą psychiczną o skomplikowanej etiopatogenezie (niepodobna, w tym miejscu, nawet naszkicować tego problemu – zainteresowanych odsyłam do bogatej literatury przedmiotu), dynamicznym przebiegu oraz wielotorowej i wielowymiarowej terapii (najczęściej farmakologię łączy się z ukierunkowaną psychoterapią). Niemniej można wskazać kilka osiowych objawów, które, gdy łącznie zaobserwowane u młodocianej osoby, powinny natychmiast wzmóc naszą uwagę. Są to, przede wszystkim:
- nasilenie zachowań agresywnych i buntowniczych,
- samookaleczenia,
- zaburzenia koncentracji uwagi i problemy z zapamiętywaniem,
- objawy somatyczne (bóle brzucha, głowy, napięcie mięśniowe),
- drastyczne obniżenie nastroju,
- silne reakcje emocjonalne,
- wycofanie z kontaktów społecznych,
- nasilone objawy lękowe.
U dzieci i młodzieży, wiele zależy od dopasowania właściwości dziecka do właściwości środowiska (lub środowiska do dziecka – jest to zależność dwukierunkowa). Dziecko wysoko wrażliwe i wysoko reaktywne, o tzw. temperamencie łatwo pobudliwym, może doskonale rozwijać się w jednej rodzinie („dobre dopasowanie”), podczas gdy w innej może doświadczać frustracji swoich potrzeb i być źródłem frustracji rodziców („słabe dopasowanie”).
Dopasowanie dziecka do środowiska jest czynnikiem wpływającym na jego rozwój oraz funkcjonowanie na poziomie myśli, emocji i zachowań. Jednym z elementów niewłaściwego dopasowania jest „unieważnienie”, tzn. niewłaściwe reakcje na komunikaty dziecka o jego osobistych przeżyciach – myślach, emocjach i potrzebach. W „unieważniającym środowisku” rodzinnym takie komunikaty dziecka są lekceważone, a czasami nawet karane. Np. gdy dziecko płacze, smuci się, boi – negujemy dziecięce/nastoletnie przeżywanie, mówiąc „Nie płacz”, „Nie smuć się”, „Nie bój się”.
Taka reakcja prowadzi do rozregulowania dziecięcego systemu rozpoznawania, nazywania i zarządzania własnymi przeżyciami. Powtarzający się wzorzec unieważniających relacji może prowadzić nawet do rozwoju zaburzenia osobowości „borderline” (tzw. zaburzenie osobowości z pogranicza), któremu często towarzyszy depresja. Nie można w takich sytuacjach przypisywać rodzicom złych intencji, wręcz przeciwnie – chcą dla dziecka zapewne dobrze. Często sami w podobny sposób byli wychowywani i nie znają innego modelu relacji, nie potrafią zastosować umiejętności rodzicielskich. Dobrą wiadomością jest to, że można nauczyć się innego sposobu komunikacji z dzieckiem, który pomoże mu w zdrowej regulacji emocji.
Tylko nie mów: „weź się w garść”
W jaki sposób nie należy postępować, a co robić, gdy zaobserwujemy u nastolatka objawy skutkujące depresją? Przede wszystkim, uznawanie depresji za przejaw „słabości” dziecka jest podobnie bezzasadne, jak ocenianie osób z chorobami nowotworowymi lub z chorobami serca jako słabych. Takie stereotypy sprawiają, iż chorzy na depresję boją się, że zostaną ocenieni jako „słabi”, sami sobie zarzucają „słabość”, co nasila ich i tak już silne przygnębienie, jest im dodatkowo trudniej otworzyć się i sięgnąć po odpowiednią pomoc, a niekiedy w żaden sposób nie można ich nakłonić, żeby chociaż porozmawiali z psychiatrą lub szkolnym psychologiem.
Po drugie, depresja jest chorobą, która w wysokim stopniu utrudnia chorym funkcjonowanie. Z samej swej natury depresja sprawia, że chorzy często nie są w stanie samodzielnie radzić sobie z wieloma codziennymi sytuacjami, a tym trudniej byłoby im bez pomocy z zewnątrz przezwyciężyć objawy chorobowe. Wymaganie od chorego (a szczególnie od nastolatka), aby „wziął się w garść”, można porównać do nakłaniania przeziębionej osoby, aby przestała gorączkować i kasłać – jest to zupełnie bezcelowe postępowanie. Co więcej, wymuszanie na chorym podejmowania bezowocnych prób „wzięcia się w garść” sprawia, że narasta w nim frustracja, poczucie rozczarowania swoimi staraniami, wstyd lub poczucie niezrozumienia. Aby skutecznie poradzić sobie z depresją, potrzebne są pomoc lekarska (najlepiej psychiatryczna), pomoc psychologiczna, wsparcie ze strony środowiska społecznego, w którym na co dzień przebywa chory nastolatek oraz podstawowa, rzetelna wiedza na temat postępowania z depresją… Innymi słowy warto się edukować…
Żyjemy w XXI wieku i z użyciem naszej najlepszej wiedzy musimy się mierzyć z naszymi problemami. Używając wiedzy warto z troską i miłością pochylić się nad młodymi ludźmi, których „tak dojeżdża życie, że aż wyją z bólu” i, parafrazując Almodovara, wreszcie ich wysłuchać, zrozumieć ich świat i starać się po ludzku, bez zadęcia, z nimi porozmawiać… Taka postawa z pewnością sprzyja zdrowiu psychicznemu zarówno ich, jak i nas samych.

 

Agata Puścikowska Nowy numer 49/2020 | publikacja 03.12.2020 00:00 źródło: https://info.wiara.pl

Jak w Kościele czuje się współczesna młoda kobieta? Dlaczego tak wiele z nich odchodzi z Kościoła?

Jeszcze dwadzieścia lat temu to matka była pierwszą nauczycielką wiary w rodzinie. Uczyła dzieci pacierza, prowadziła do świątyni. Współczesne kobiety rzadziej same chodzą do kościoła, a jeśli nawet dbają o religijność dzieci, to tylko do Pierwszej Komunii. Gdy ochrzczonej katoliczce zadać pytanie, czy wiara jest dla niej ważna, odpowie: „tak”. Jednak między deklaracjami a zwykłym życiem jest spory rozdźwięk. – Przestałam praktykować, bo księża mnie drażnią. Nie są dla mnie autorytetami, nie mają pojęcia o moim życiu, a próbują swoimi naukami w nie wkraczać – mówi anonimowo 35-latka z Warszawy. – Wierzę w Pana Boga. Budynek parafii omijam.
Takich kobiet jest dużo więcej… – Kobiety, które swoją rolę w Kościele postrzegają pomocniczo, trochę jak Marta z Ewangelii, odnajdują się w Nim – mówi dr Sabina Zalewska, psycholog rodziny. – Coraz szersza grupa nie identyfikuje się jednak z ideą „służenia”. To najczęściej osoby wykształcone, obyte ze światem, stawiające sobie i innym duże wymagania. Nie czują, by ich kompetencje były traktowane poważnie. Widzą też rozdźwięk pomiędzy głoszonymi przez Kościół ideami a ich realizacją. W końcu też drażni je sama „męska” struktura kościelna, z którą się nie identyfikują.

Na „nie”!
Wielu obserwatorów winą za uczestnictwo młodych kobiet w ulicznych protestach obarcza Kościół. Publiczne „wyznanie wiary” w aborcję i negacja dotychczasowych wartości to faktycznie porażka Kościoła?
Ks. prof. Piotr Kieniewicz MIC: – Nie patrzyłbym na to w kategoriach porażki Kościoła, choć niewątpliwie mamy do czynienia z poważnym problemem rozejścia się deklarowanej wiary z przyjmowaną moralnością. Podejmowane praktyki religijne przestały dotykać życia. Wiara w Boga, a nawet uczestnictwo w życiu sakramentalnym nie przekłada się na podejmowane wybory moralne. Gdzieś u źródeł stoi apoteoza wolności, postawienie jej jako najważniejszej wartości, podczas gdy jest ona tylko drogą dla prawdy, dobra i miłości.
– Młodzi stawiają na niezależność. Słyszą, że Kościół zabiera im wolność – tłumaczy s. Mirona Turzyńska, przełożona prowincjalna franciszkanek od Pokuty i Miłości Chrześcijańskiej. – Młoda osoba, która jeszcze nie wie, że wolność polega na wyborze dobra, nie dokona wyboru zgodnie z Ewangelią. Bo wiary na razie naprawdę nie zna i coraz częściej nie ma szansy poznać…
Doktor Elżbieta Wiater, historyk i teolog: – Kobiety mają większe wyczulenie na oczekiwania otoczenia, więc często mają poglądy takie, jakie dominują w ich środowisku. Współcześnie przekaz kultury popularnej jest liberalny, podobny sposób myślenia „sprzedaje” też większość celebrytów. W takim kontekście kulturowym, bez wsparcia w sensownej wspólnocie, nawet małżeńskiej, niektóre kobiety płyną z nurtem. Dochodzi też kwestia tego, że jednak jesteśmy jako społeczeństwo poharatani aborcjami z czasów komuny, co przechodzi z pokolenia na pokolenie: jeśli babka i matka usuwały ciąże, córka nie widzi w tym problemu. Jednocześnie będzie to dla niej kwestia drażliwa.
Na to wszystko składa się również kryzys autorytetów i brak mądrego, męskiego wsparcia. Młode kobiety nie przyjmują też braku spójności między głoszonymi wartościami a życiem. – Brak transparentności powoduje, że buntują się – tłumaczy dr Zalewska.
Stracona kobiecość?
Według dr Agnieszki Sochal z UW, która naukowo zajmuje się problematyką emancypacji i feminizmu, panikować jednak nie należy. – Wyjście młodych kobiet na ulice to rodzaj lontu, który się zapalił. Wybuchł bunt przeciwko prawu, wartościom, również Kościołowi. To także forma poszukiwania… kobiecości. Nikt tym młodym kobietom najwyraźniej nie pokazał prawdziwej kobiecości, nie zafascynował jej pięknem. Szukają po omacku. Z osiągnięć feminizmu nie chcą brać edukacji, możliwości rozwoju, łączenia macierzyństwa z pracą zawodową, lecz wybierają antywartość, jaką jest aborcja. Znalazły też wsparcie, grupę innych kobiet, które mówią: „jestem katoliczką i jestem za aborcją”. Wspólnie łatwiej myśleć, że to się nie wyklucza. Paradoksalnie bywa, że chcą „reformować” Kościół, zupełnie go nie znając. Walczą, bo być może nikt nie zawalczył o ich serca i dusze. Młodym kobietom, radykalnym a ochrzczonym, dotychczasowy przekaz i forma kościelnego nauczania nie wystarczą. Tym bardziej że w Kościele dominuje ideał kobiecości skupiony na wychowaniu dzieci, prowadzeniu domu. Ale i kobiety „środka”, które nie wyjdą na ulice, ale też nie wstąpią do kół Żywego Różańca, tej narracji już nie przyjmują. – Parsknęłam śmiechem, gdy proboszcz mówił na kazaniu, jak to Maryja z pokorą prała ubranka Jezuska ręcznie, więc muszę z Niej brać przykład. Naprawdę mam pralkę! Ale jednocześnie pracuję zdalnie, pomagam w zdalnej nauce trójce dzieci i próbuję nie zwariować. Dostaję zero wsparcia w Kościele – podsumowuje prosząca o anonimowość pani Maria. – Po co ja mam tam chodzić?

Drogi powrotu
Niewątpliwie istnieje też duża grupa kobiet głęboko wierzących, blisko związanych z Kościołem. – W moim przekonaniu jest to owoc z jednej strony wiary, rozumianej jako wewnętrzne uformowanie, zdolne odczytać, przyjąć i wypełnić powołanie otrzymane od Pana, z drugiej zaś – postawy duszpasterzy, którzy stwarzają warunki do tej formacji, do wzrostu i do posługi – twierdzi ks. prof. Kieniewicz.
By wejść na tę drogę, czasem wystarczy poznanie jednej osoby, oddanego kapłana czy osoby głęboko wierzącej. – Tak bardzo więc potrzeba prostego nauczania, człowieka, który by konkretnej kobiecie przybliżył prawdziwe nauczanie Kościoła na temat kobiecości i godności, ich świętości życia, pięknej miłości i ofiarności na wzór Maryi – mówi s. Mirona. – Prawdą jest, że składanie siebie w ofierze dokonuje się podczas Eucharystii. Ale przecież wiele kobiet nie rozumie sensu Eucharystii i nie wie, że jest mocą na trudy życia codziennego.
Potrzeba również zmiany języka i narracji. – Najpiękniejszą nawet ideę można spłaszczyć i ośmieszyć, używając nieodpowiedniego nośnika i języka – uważa dr Zalewska. – Potrzebne jest zrozumienie konkretnego pokolenia, a te z kolei szybko się zmieniają. Obecnie wystarczy ledwie siedem lat, by mieć do czynienia z zupełnie innymi ludźmi. Za nimi trzeba nadążyć: dostosować formę przekazu do ich potrzeb. Formę, nie treść!

Działania bez lęku
Związane z Kościołem panie zwracają także uwagę na potrzebę promowania rekolekcji zamkniętych dla kobiet, prowadzonych nie tylko przez księży, ale i przez inne kobiety, w tym siostry zakonne. Kobiety nie mają też zwykle dostatecznej wiedzy o tym, co mogą robić w Kościele, na co im Kodeks prawa kanonicznego pozwala. Posadzone w ławkach – mają słuchać.
Doktor Agnieszka Sochal: – Warto pozwolić im zabierać głos, tworzyć, działać. Cieszy, że wiele grup „kobiecych” działa prężnie. Z drugiej strony niewątpliwie mężczyźni niezbyt chętnie dopuszczają je do istotnych ról. I nie chodzi tu o parytety w radach parafialnych. Brak współdecydowania w sprawach zarządzania parafiami to błąd.
Prof. Bogumiła Jędrzejewska, jedna z liderek wspólnoty Matki w Modlitwie, mówi, że podstawą współpracy są dialog, szacunek i otwartość. Brak lęku we wzajemnych relacjach. – Nasi biskupi miejsca, zarówno abp Wojda, jak i bp Ciereszko, nie tylko mają czas na rozmowę, ale i życzliwie odnoszą się do naszych działań. Od lat skutecznie współpracujemy i myślę, że czasem podstawą jest zwykłe rozpoczęcie rozmowy. Potem wspólnie, na podstawie doświadczenia i wiedzy, można tworzyć dobre dzieła.

Kościół bez kobiet?
Nawet jeśli nic się w postrzeganiu roli kobiety w Kościele nie zmieni, to część kobiet w Kościele zostanie. Potrzebują sacrum, spotkania, wspólnoty, tak zostały wychowane. Ale to za mało. Zostaną też głęboko wierzące, które konsekwentnie wybrały wiarę. Ale to też za mało.
– Można z wyższością stwierdzić: „Niech zostaną te, które chcą, niech Kościół będzie mały, ale żywy”. Ale gdzie nasza chrześcijańska misja? Przecież naszym zadaniem jest ewangelizacja. Musimy młodym kobietom pokazać piękno wiary, dać im Pana Boga, tak by były szczęśliwe i to szczęście przekazały kolejnym pokoleniom. Trzeba o kobiety odchodzące z Kościoła umiejętnie zawalczyć. To jest zadanie dla nas wszystkich. Bez kobiet w Kościele pozostałaby pustka. Same mury i Jezus, który na nie czeka – mówi wprost s. Mirona. •

 

Komunia od sąsiadki? Dzięki Franciszku!

Edyta Drozdowska 17 lutego 2021, 08:00 źródło: https://deon.pl/

Jezus upomni się jeszcze o swoje dziewczyny! – usłyszałam. Pomyślałam, że może właśnie to zrobił, kiedy papież wprowadził zmianę w Kodeksie Prawa Kanonicznego – kobiety w czasie liturgii mogą być nadzwyczajnymi szafarkami komunii św. Czy dzieje się to już choć w jednej polskiej parafii?
Bóg zaprasza do konkretnych zadań
Św. Paweł w liście do Efezjan pisze: „On też uczynił jednych apostołami, drugich prorokami, innych ewangelistami, jeszcze innych duszpasterzami i i nauczycielami. Uczynił to po to, by wyposażyć świętych do spełniania właściwych im zadań, do budowania ciała Chrystusa”, (Ef 4, 11-12).
Ten fragment wyraźnie podpowiada, że Bóg od dawna zaprasza ludzi do konkretnych zadań. Rolą zarówno chrześcijanina, jak i chrześcijanki jest odpowiedzieć na Jego zaproszenie i wziąć odpowiedzialność za swój fragment świata i Kościoła – Ciała Jezusa.
Mój sąsiad: chrześcijanin, ojciec, alkoholik, szafarz nadzwyczajny...
Magda Urbańska wspomina, że czuła szok i niesmak, kiedy w czasie oglądania transmisji mszy zza granicy, pojawiły się kobiety udzielające komunię. Zastanawia się też, jak zareaguje, kiedy zobaczy w tej roli sąsiadkę z osiedla. Jej refleksje przypomniały mi sytuację sprzed lat. W mojej parafii komunię rozdawał sąsiad, o którym wiedziałam, że jest uzależniony od alkoholu. Siwe włosy, siwa broda, za długie spodnie i za duża marynarka, łagodny wyraz twarzy. Ojciec, mąż, pomocny człowiek (raz pomagał mi z naprawą lodówki) – takiego go pamiętam. Jego widok przy ołtarzu bardzo mnie wtedy wzruszył.
Pojawiły się głosy, że taki szafarz powinien mieć dobrą opinię i być osobą nienaganną. Rozumiem, że mamy nie gorszyć innych, tylko tak to już jest od wieków, że jedne grzechy widać, a innych nie, że łatwiej nam dostrzec cudze drzazgi niż swoje belki, a przecież każdy ma coś przez co czasem nie może spać, każdy zmaga się z czymś osobiście trudnym.
Komunia od kobiety to inny Pan Jezus?
Czy komunia od kobiety lub od sąsiada-alkoholika to inny Pan Jezus? Czy skoro On przychodzi do naszych nieświętych serc i nieświętego życia, to dotyk ludzkiej, kobiecej, nieświętej dłoni można uważać za zniewagę? Przecież w przyjmowaniu komunii najważniejszy jest On – Jezus. Tajemnica, którą trudno ogarnąć rozumem. Fakt jak nisko postanowił uniżyć się Bóg.
Jeśli ktoś czuje się zaproszony do służby nadzwyczajnego szafarza, to chciałabym być we wspólnocie Kościoła, która potrafi się z tego ucieszyć i kibicuje takiej osobie, niezależnie od jej płci i zmagań. Przeczytałam, że zawsze tak było, więc po co coś zmieniać? Myślę, że to argument blokada w niejednej życiowej sytuacji. Nie zliczę, ile razy to słyszałam, kiedy sama albo ktoś obok chciał zrobić coś trochę inaczej? Ile było okoliczności, w których ten motyw coś skutecznie zablokowal? W życiu. W pracy. W sercu.
Życiodajne prawo do innego zdania
„Nie zgadzam się z Twoimi poglądami, ale do końca świata będę bronić Twojego prawa do ich głoszenia” – przeczytałam mimochodem na Instagramie. Cudowne i życiodajne. Dlatego pozdrawiam wyżej wspomnianą Magdę Urbańską i każdego, kto myśli inaczej niż ja.
Dodam na koniec, że czytałam świadectwa o tym, jak pierwsi chrześcijanie po Eucharystii zabierali komunię do domów dla starszych lub chorych współlokatorów, a także na wypadek konieczności przyjęcia jej w chwili męczeńskiej śmierci. Poza tym udzielanie komunii przez świeckie kobiety nie jest nowością w kościołach na świecie, a pewnie sporo wody upłynie w Wiśle, zanim wejdzie w życie w większej liczby polskich parafii.
Choć covid zadomowił się u nas (mam nadzieję, że nie na dobre!), w wielu miastach nadal są proboszczowie, którzy wbrew prośbom i odgórnym ustaleniom, nie dają wyboru i nie zgadzają się na przyjmowanie komunii na rękę. Na szczęście i w każdym z tych przypadków (i wtedy kiedy ktoś nie chce przyjmować komunii do ust, i wtedy, gdy nie wyobraża sobie komunii od kobiety) – prawie zawsze można zmienić parafię.
Choć decyzja papieża to w moim odczuciu dobry, a jednocześnie drobny gest, czekam na moment, w którym takie transformacje będą wzbudzać więcej radości niż lęku. Poza tym po raz kolejny chciałabym powiedzieć – dzięki Franciszku!
PS: Zdanie: Jezus upomni się jeszcze o swoje dziewczyny – usłyszałam w jednym z podcastów „Girls just wanna...”. Można je znaleźć i posłuchać tutaj. =>>

https://www.youtube.com/channel/UCttXEF0s-y-GIlzAH5dsTFQ

Autor: Edyta Drozdowska z wykształcenia polonistka i pedagog, z pasji dziennikarka i trenerka. Ma w sercu jedność chrześcijan. Lubi życie w rytmie "magis", czyli dawanie z siebie więcej niż trzeba

 

Obchody Wielkiego Tygodnia znów pod znakiem zmian z powodu pandemii

PAP / pk 17 lutego 2021, 15:43 źródło: https://deon.pl/

Również w tym roku restrykcje z powodu pandemii Covid-19 zmienią w Kościele obrzędy Wielkiego Tygodnia. Znów nie będzie umycia nóg w Wielki Czwartek. Watykan wyjaśnił w środę, że nadal obowiązują zalecenia Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów z 2020 roku.
"Stoimy nadal w obliczu dramatu pandemii Covid-19, która przyniosła wiele zmian także w tradycyjnym sposobie celebrowania liturgii" - napisał prefekt watykańskiej kongregacji kardynał Robert Sarah w nocie wysłanej do przewodniczących Episkopatów.
Zmiany dotyczą przede wszystkim odwołania procesji na zewnątrz kościołów w Niedzielę Palmową, przełożenia na późniejszy termin mszy Krzyżma świętego odprawianej w Wielki Czwartek, rezygnacji z obrzędu umycia nóg podczas mszy Wieczerzy Paschalnej i ucałowania krzyża w Wielki Piątek.
W komunikacie podkreślono, że uroczystości muszą odbywać się przy poszanowaniu zasad sanitarnych wyznaczonych przez lokalne władze.
Ponadto kongregacja zaleciła rezygnację z wydarzeń, będących wyrazem pobożności ludowej, czyli głównie licznych procesji organizowanych w Wielkim Tygodniu w wielu krajach.
W zeszłym roku, na początku pandemii istotne zmiany wprowadzono w watykańskich uroczystościach Wielkiego Tygodnia pod przewodnictwem papieża Franciszka. Najważniejszą było przeniesienie nabożeństwa Drogi Krzyżowej w Wielki Piątek z rzymskiego Koloseum na plac Świętego Piotra. Program tegorocznych obchodów nie jest jeszcze znany.
Źródło: PAP / pk

Ks. Andrzej Persidok 2021-02-4 źródło: https://stacja7.pl/

Jezus „na moją miarę” może współtworzyć mój świat wewnętrzny, na równi ze wspomnieniami z wakacji, ulubionymi piosenkami, słonecznikami van Gogha, zdjęciami kotów czy cytatami o przyjaźni i sile marzeń. Czy jednak na pewno będzie to Jezus bardziej prawdziwy od Tego, o którym pamięć Kościół zachowuje nieprzerwanie od dwóch tysiącleci?
W listopadzie media obiegła wiadomość o sondażu, zgodnie z którym w Polsce w ostatnich latach spadł poziom zaufania społecznego do Kościoła. Do Kościoła – czyli do kogo? Jestem przekonany, że większość osób, które odpowiadały na sondażowe pytania, miały po prostu na myśli biskupów, księży, siostry zakonne i zakonników. To skojarzenie nie jest błędne. Nie oddaje jednak całej prawdy.
Kościół to przecież także inni ludzie ochrzczeni, którzy ani nie przyjęli święceń, ani nie żyją według zakonnej reguły. Św. Paweł wielokrotnie przypomina, że Kościół to wspólna sprawa wszystkich ochrzczonych. Są wzajemnie dla siebie niezbędni jak poszczególne części jednego Ciała; św. Piotr dodaje, że są jak żywe kamienie w jednej budowli, która wspiera się na Chrystusie. Uświadomienie sobie tego wydaje się ważne, nim przystąpimy do szukania odpowiedzi na postawione w tytule pytanie. Jezus – tak, Kościół – nie? Czy to ma sens?
Podstawowe argumenty za tym, że Kościół jest w życiu wiary niezbędny, są znane: jedynie w Kościele odpuszcza się grzechy, jedynie w Kościele można nakarmić nie tylko ciało, ale i duszę, wreszcie – jedynie w Kościele można się przygotować na ostatnią drogę z mocną nadzieją, że wiedzie ona nie w kosmiczną pustkę, ale do domu Ojca. Te argumenty narzucają się jako pierwsze i są najważniejsze. Są jednak zarazem na tyle oczywiste, że pozwolę sobie dłużej się nad nimi nie zatrzymywać i poszukać innych.
Gdyby nie Kościół, Ewangelie byłyby co najwyżej jakąś muzealną pamiątką, w najlepszym razie ich urywki czytalibyśmy na lekcjach historii jako świadectwo istnienia dawnych i obcych nam wierzeń

Do Chrystusa prowadzi wspólnota
Pierwszy z brzegu jest taki: tylko dzięki Kościołowi znamy Jezusa. Gdyby nie Kościół, Ewangelie byłyby co najwyżej jakąś muzealną pamiątką, w najlepszym razie ich urywki czytalibyśmy na lekcjach historii jako świadectwo istnienia dawnych i obcych nam wierzeń – tak jak dzisiaj czytamy fragmenty eposów babilońskich albo rekonstruujemy religię dawnych Słowian. Z Jezusem jest inaczej: Jego słowa nie są dla nas obce, mamy żywy obraz Jego samego, choć od czasu, kiedy ostatni raz widziano Go na ziemi, minęło już niemal dwa tysiące lat.
Jeśli tak jest, to zawdzięczamy to konkretnym ludziom: tym, którzy w pierwszych wiekach naszej ery z narażeniem życia gromadzili się potajemnie, żeby z ust do ust podawać sobie Dobrą Nowinę; tym, którzy później przepisywali i zgłębiali Pismo, podczas gdy większość mieszkańców naszego kontynentu zajęta była toczeniem wojen albo walką o przetrwanie; tym, którzy ruszali na nieznane lądy, żeby zanieść tam wiadomość o Ukrzyżowanym, który zmartwychwstał; tym wreszcie, którzy w czasach, gdy ludzkość zaczęła już żyć innymi sprawami, podtrzymywali i uparcie podtrzymują pamięć o Nim, chroniąc ją jak największy skarb, który trzeba przechować i przekazać dalej.
Ci wszyscy ludzie – „z każdego pokolenia, języka, ludu i narodu” (Ap 5,9) – to właśnie Kościół. Nie jest tak, że do prawdziwego Jezusa możemy dotrzeć wykonując skok ponad ich głowami. Przeciwnie, to właśnie w tym ogromnym chórze głosów, szeptów, śpiewów i okrzyków wyznających Jego imię możemy Go spotkać, przekazywanego z rąk do rąk, z ust do ust, z serca do serca.
W punkcie 166 Katechizmu czytamy: „Nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam. Nikt nie dał wiary samemu sobie, tak jak nikt nie dał sam sobie życia”. I dalej „Każdy wierzący jest jakby ogniwem w wielkim łańcuchu wierzących. Nie mogę wierzyć, jeśli nie będzie mnie prowadziła wiara innych, a przez moją wiarę przyczyniam się do prowadzenia wiary innych” (KKK 166). Te słowa są, moim zdaniem, kluczowe do zrozumienia tego, jak ważną rolę pełni Kościół w naszej wierze.
Tylko przez taką nieustanną komunikację w przestrzeni wiary mogę stać się Jezusowym uczniem, a nie tylko fanem; mogę wejść w Jego orbitę, a nie próbować wciągnąć Go w swoją.

Osobista więź z Jezusem to za mało
Nieraz, szczególnie w naszych czasach, mamy pokusę, żeby akcentować przede wszystkim naszą osobistą więź z Jezusem. Faktycznie, jest ona bardzo ważna. Ale to za mało. Katechizm podkreśla, że my, wierzący, wzajemnie siebie potrzebujemy, bo wiara każdego z nas z osobna jest za mała, by sięgnąć nieba. Może być słaba, nie do końca przemyślana, chwiejna, zależna od nastrojów i okoliczności życia. Staje się silna, gdy jest niesiona przez coś większego: przez wiarę Kościoła. Trafne wydaje mi się katechizmowe porównanie: nikt nie ma takiej mocy, by dać samemu sobie życie – ale też i wychowanie, mowę, zdolność rozumienia świata… Fundamenty tego, kim jesteśmy, nie są owocem naszego indywidualnego wyboru, ale darem. Przyjmujemy je od rodziców, od społeczeństwa, szkoły czy rówieśników.
Z wiarą jest podobnie – nie dajemy jej sobie sami i nie w naszej mocy jest podtrzymać w sobie jej płomień. To Kościół jest środowiskiem, w którym wiara może trwać. Więcej – może też dojrzewać. Psychologia uczy, że dojrzewanie człowieka polega między innymi na tym, że konfrontuje on swoje wyobrażenia z rzeczywistością, która stawia opór. Tak też jest z wiarą: żeby mogła dojrzewać, potrzebny jest punkt odniesienia inny niż moje o niej wyobrażenie. Taki obiektywny punkt odniesienia mogę znaleźć w Kościele, gdzie moją wiarą mogę się dzielić, gdzie mogę zobaczyć ją na tle tego, jak wierzą inni ludzie, gdzie mogę zasięgnąć rady tych, którzy mają większe doświadczenie niż ja. Tylko przez taką nieustanną komunikację w przestrzeni wiary mogę stać się Jezusowym uczniem, a nie tylko fanem; mogę wejść w Jego orbitę, a nie próbować wciągnąć Go w swoją.
Oczywiście, również Jezus „na moją miarę” może współtworzyć mój świat wewnętrzny, na równi ze wspomnieniami z wakacji, ulubionymi piosenkami, słonecznikami van Gogha, zdjęciami kotów czy cytatami o przyjaźni i sile marzeń. Czy jednak na pewno będzie to Jezus bardziej prawdziwy od Tego, o którym pamięć Kościół zachowuje nieprzerwanie od dwóch tysiącleci?

Ks. Andrzej Persidok doktor teologii fundamentalnej, wykładowca Akademii Katolickiej w Warszawie.

 

NABOŻEŃSTWA

ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU - CODZIENNIE 16:30 - 18:00

NOWENNA DO MATKI BOŻEJ OGNISTEJ - W KAŻDĄ ŚRODĘ 17:40

DO ŚW. JÓZEFA: KAŻDY CZWARTEK 17:40

DROGA KRZYŻOWA: PIĄTEK - 7:00 I 17:30 - DLA WSZYSTKICH, 15:30 - DLA DZIECI

GORZKIE ŻALE: NIEDZIELE WIELKIEGO POSTU 15:00, 17:00

NABOŻEŃSTWIE DO MIŁOSIERDZIA BOŻEGO I ŚW. JANA PAWŁA II: każdy poniedziałek o 17.40

PORZĄDEK MSZY ŚWIĘTYCH

MSZE ŚWIĘTE W NIEDZIELE
6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:15
(Msza św. w intemcji parafian), 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W NIEKTÓRE UROCZYSTOŚCI I ŚWIĘTA:
6:30, 9:30, 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W DNI POWSZEDNIE
6:30, 16:00 - W KAPLICY MATKI BOŻEJ, 18:00