Czytelnia

Boję się świętych, którzy nie grzeszą. Nie mówią prawdy

Marcin Jakimowicz Piątek, 16:00 Wydawnictwo Esprit źródło: https://www.deon.pl/

Sam byłem w takiej sytuacji, klęczałem i mówiłem: „Boże, jesteś taki zarąbisty, to życie jest tak wspaniałe, że ja z Tobą już nie będę grzeszył”. Byłem zachwycony sobą - opowiada Bogdan "Kryzys" Krzak.

Marcin Jakimowicz: Trafiłeś do wspólnoty charyzmatycznej. Jako neofita zachwyciłeś się tymi darami? Zobaczyłeś „Boga w akcji”? Widziałeś Jego spektakularne działanie?
Bogdan "Kryzys" Krzak: Moi bracia ze wspólnoty „Miasto na Górze” byli w różnych sytuacjach, opowiadali mi, że po niektórych modlitwach ktoś wstawał z wózka. Oni to widzieli, ja nie. Mnie od początku zachwyciły we wspólnocie pokój i relacja. To było coś spektakularnego. Niesamowite dla mnie było też to, że ludzie mimo trudów czy nieporozumień w tej wspólnocie trwali. Kiedyś myślałem, że każdy chrześcijanin jest abstynentem, bo w czasie, gdy przyszedłem do wspólnoty, 90% członków było niepijących. To był dla mnie największy charyzmat, którego nie rozumiałem, i to mnie zachwycało.

Widziałeś, jak Duch Święty dotykał ludzi w czasie Seminarium Odnowy Wiary? Albo padały słowa proroctw, obietnic, które do dzisiaj pamiętasz, które ratowały ci życie?
Miałem doświadczenie działania Ducha Świętego na ulicy, w ludziach, których nie tyle dotykało moje świadectwo, ile słowo Boże. Do dziś pamiętam słowa oddania życia Jezusowi, które wypowiedziałem. To było moje najmocniejsze doświadczenie życia. Jest też napisane, że jeśli ja się nawrócę, to nawróci się cały mój dom (por. Dz 16, 31). Osobiście nie doświadczyłem charyzmatów, jak choćby modlitwy językami, ale jednocześnie byłem zachwycony mężczyznami śpiewającymi w kościele, bo męskie głosy podobały mi się jeszcze ze stadionu.

Twa neoficka ewangelizacja była prosta jak schemat linii warszawskiego metra: „katolicyzm albo śmierć”, „nawróć się albo giń”. (śmiech) A potem? Gdy doświadczyłeś kryzysu, rozgoryczenia, zwątpienia?
Ja przeżywałem swoje trudne chwile we wspólnocie, w Kościele, w Bogu, w czasie poważnego kryzysu małżeńskiego ze swoją żoną. Byłem blisko Boga, głosiłem, świadczyłem we wspólnocie tak, jak było to potrzebne. Pomagałem, gdzie się dało. Jeśli brakowało animatorów, to byłem animatorem. Dobrze, że nie powiedzieli mi, żebym grał na gitarze, bo tego akurat nie potrafiłem. Wydaje mi się, że to się wzięło z tego, że kiedy doświadczaliśmy w domu dużej biedy i słyszałem, że muszę znaleźć dodatkową pracę, to jej szukałem. W tamtym czasie sporo słyszałem o tym, co mam robić. Wiesz… rada jest najtańsza. Potem bardzo często opierałem się na tym, co mówili mi ludzie. Wszędzie chodziłem, wszystko robiłem. Żona mówiła mi, że nie ma mnie w domu, a ja jej odpowiadałem, że trzeba budować królestwo niebieskie, samemu zapominając przy tym o rodzinie. Pogubiłem się i nie wsłuchiwałem się w Boga ani w siebie. Kiedy przyszedł czas tego kryzysu małżeńskiego, znowu zacząłem myśleć o tym, że zawiodłem się na Bogu, zwątpiłem, czy On naprawdę jest, bo przecież nie tak to miało wyglądać, przecież nie tak to sobie wyobrażałem. Automatycznie pojawiło się we mnie myślenie, że będziemy musieli się rozwieść. To koniec. W tamtym czasie to dzieci wyciągały nas na spotkania. Pamiętam słowa córki: „Odwieź mnie, tato, na spotkanie wspólnoty”. Ja mówię: „Teraz? Nie!”. Usłyszałem od niej: „Jak nas tam pierwszy raz zaprowadziłeś, to nas tam teraz zawieź, bo to nasza wspólnota”. Więc wsiadłem do auta i ich zawiozłem, a jak już tam byłem, to zostałem.

Byłeś kiedyś zgorszony Kościołem?
Swoje przeżyłem i trudne słowa usłyszałem. Z tym, że ja nie gorszę się, widząc słabość innych. Bardziej wkurzał mnie brak reakcji Kościoła na różne rzeczy, ale nie rozpamiętuję tego, nie rozdrabniam tematu. Dlaczego? Dlatego, że Kościół mnie zachwycił. Kiedyś stanąłem przed wyborem, czy zostać w Kościele katolickim, czy iść do zielonoświątkowców. Zostałem, bo ktoś mi opowiedział o dwóch świętych – Piotrze i Pawle, na których jest zbudowany Kościół. Usłyszałem: „Popatrz na ich życie”. Jeden zdrajca, drugi morderca. Pomyślałem, że już lepiej być nie może. (śmiech) Wtedy postanowiłem zostać, bo zobaczyłem, że ten Kościół przyjmuje takich jak ja, takich jak oni. Z wszystkimi rozterkami i błędami. Pewnie, że słyszę – nawet o znajomych – księżach, o ich dzieciach czy rodzinach, jakichś różnych sytuacjach i mi się to nie podoba, ale nie skupiam się na tym, nie chcę tego robić. Jeśli znalazłbym się w sytuacji, w której musiałbym reagować, pewnie bym reagował, decydował. Chwała Bogu, że tak nie jest, więc nie chcę się na tym skupiać w Kościele. Bardziej przerażają mnie ludzie, którzy gaszą lub osądzają innych. Przekreślili mnie przez moje postępowanie.
Kiedyś stanąłem przed wyborem, czy zostać w Kościele katolickim, czy iść do zielonoświątkowców. Zostałem, bo ktoś mi opowiedział o dwóch świętych – Piotrze i Pawle, na których jest zbudowany Kościół. Usłyszałem: „Popatrz na ich życie”. Jeden zdrajca, drugi morderca. Pomyślałem, że już lepiej być nie może.

Znając ciebie, wywalałeś wszystkim prawdę w cztery oczy. Bolało. Bracia ze wspólnoty byli przyzwyczajeni do tak szczerych rozmów?
Na początku mojej przemiany bardzo wszedłem w postawę „Alleluja i do przodu”. Może nawet za bardzo. Wszystkich kochałem, nie mówiłem raniących słów, bo uważałem, że taka jest miłość Chrystusa. Trochę się w tym pogubiłem, bo zapomniałem o prawdach. Dziś jest inaczej. Nadal nie chcę nikogo krzywdzić i ranić, ale chcę mówić prawdę – nawet jeśli niełatwą – bo tak jest uczciwie. Pan Jezus też mówił wprost.

Po nawróceniu Zły upominał się o ciebie? Wchodziłeś znów w klimaty z piekła rodem? Jak wychodziłeś z tych opresji?
Bywały takie momenty, kiedy się bałem i miałem nawroty zła, i chociaż nie spędzam wiele czasu na modlitwie różańcowej, to lubię różaniec. Nie noszę go jako rodzaju amuletu, ale odczuwam dzięki niemu bliskość Boga.

Włączała ci się agresja?
Mocna agresja i chęć robienia krzywdy ludziom.

Da się nad tym pracować? Znasz ludzi, którzy przeszli terapię i stali się łagodni jak baranki?
Pracując jako terapeuta, wiem, że to zależy od tego, na ile otwartości się zdecydujesz. Sam wielokrotnie przechodziłem terapię w grupach dzielenia, opowiadając o sobie, mówiąc o swojej grzeszności. Najgorszą rzeczą jest zamiatanie problemu pod dywan i udawanie, że nic się nie stało. Uważam tak dlatego, że sam mam takie doświadczenie. Zdarzyły się rzeczy w moim życiu, które chciałem przykryć, a jak je przykrywałem, to one we mnie buzowały jeszcze bardziej.

Wielu ludziom wspólnoty chrześcijańskie kojarzą się z tym, że wszyscy poklepują się familiarnie po plecach i nikt nie mówi prawdy w cztery oczy. Nikt tak naprawdę nie chce się przyznać do swojej słabości. A przecież dopiero w chwili, gdy odkryjesz, że ktoś jest słaby, mówisz: „Wow, on jest taki sam jak ja!”. Bliźni to ten, kto jest nam bliski przez blizny, a nie, że ktoś kto zgrywa supermena.
Mam to samo doświadczenie. Powiedziałem kiedyś mojej żonie, że boję się ludzi świętych, którzy nie grzeszą. Dlatego, że nie mówią prawdy i przedstawiają się tak, jakby szli cały czas do przodu. Sam byłem w takiej sytuacji, klęczałem i mówiłem: „Boże, jesteś taki zarąbisty, to życie jest tak wspaniałe, że ja z Tobą już nie będę grzeszył”.

Kiedy zaryłeś twarzą w glebę?
Rok później. Zaliczyłem wtedy twarde lądowanie. Jest taki utwór Hansa z 52 Dębiec "Przychodzi przed upadkiem", który mówi, że pycha przychodzi przed upadkiem i to jest bardzo biblijne. Pamiętam taką modlitwę – pamiętam ją jak dziś – klęczałem w pokoju dziecięcym i byłem zachwycony modlitwą. To była pyszna modlitwa.

A może zachwycony sobą?
Tak! Dokładnie o to chodzi. Ja byłem zachwycony sobą, pewny tego, że już nigdy tak nie zgrzeszę. Za rok po prostu się posypało i dopadło mnie to, o czym mówiłem rok wcześniej.

To chyba jest najtrudniejsze? Często neofici, którzy żyją rok, dwa z Panem Bogiem na pełnym „haju” nagle zaliczają bolesny upadek. Jest on jeszcze bardziej upokarzający niż ten, który przeżyli przed nawróceniem.
Ten drugi upadek boli o wiele bardziej. Mój trwał trzy lata. To był czas, w którym uczyłem się wiary, rozważałem wszystko. Miałem doświadczenie dzieciństwa, nastoletniego życia, małżeństwa i to wszystko bez Boga. Potem poznałem życie z Nim, życie we wspólnocie, w Kościele, w akceptacji, miłości i miłosierdziu. Kiedy to się posypało, nie wiedziałem, co mam zrobić. To były bardzo trudne trzy lata, pełne trudnego myślenia czy pogubienia w różnych momentach, nawet zachwycenia grzechem. Pamiętam, jak poszedłem do spowiedzi do znajomego księdza. Po tym, jak wyznałem wszystkie grzechy, zapytał mnie, czy żałuję, a ja na to, że nie. „Jak to?” – zapytał. „Chcę być uczciwy, po to przyszedłem do spowiedzi”. Odpowiedział mi: „No to nie dostaniesz rozgrzeszenia”. Prawie się tam popłakałem, ale ze złości. Zapytałem tego księdza, co mam zrobić, żeby dostać rozgrzeszenie. Powiedział mi: „Wzbudź w sobie żal za grzechy”. „Jak mam go wzbudzić?” – zapytałem. I on mi wtedy powiedział piękną rzecz: „Bogdan, popatrz na swoje życie przed i po. Spójrz na to, w którym miejscu jesteś. Czy czegoś żałujesz?”. Wyszedłem. Pierwsze, o czym pomyślałem, to: „W dupie to mam. Nie to nie”.
Najgorszą rzeczą jest zamiatanie problemu pod dywan i udawanie, że nic się nie stało.

Rozgrzeszenia nie dostałeś?
Nie.

„Łaski bez” – dosłownie.
Bardzo dosłownie. (śmiech) Łaski bez. Ale jak przechodziłem przez ulicę, to się cztery razy obejrzałem, a nie dwa – w razie czego, żeby nic we mnie nie wjechało. (śmiech) Umarłbym niepojednany. Nad tym właśnie zatrzymałem się wieczorem: „Skoro mam to w dupie, to czego się boję?”. Wtedy poprosiłem Boga o pomoc we wzbudzeniu we mnie żalu. Zajęło mi to dwa tygodnie, aż w końcu wróciłem do tamtego księdza i powiedziałem: „Żałuję”. Zapytał mnie: „Czego, Bogdan, żałujesz?”. Ja mówię: „Wszystkiego, co sprawiło, że jestem w tym miejscu”.

Byłeś zły na Pana Boga, że cię oszukał?
Tak, dlatego, że ja żyłem w poczuciu grzechu pokoleniowego. Moi rodzice się rozwiedli, w domu był alkohol. Myślałem, że ja mam ten sam grzech. W Starym Testamencie jest mowa właśnie o grzechu pokoleniowym, ale już w Nowym Testamencie napisano, że Jezus to wszystko zmienia.

Nie można mówić, że ojcowie jedli winogrona, a dzieciom ścierpły zęby…
Dokładnie. Chodziłem do kościoła, siadałem tam i modliłem się, chociaż nie mogłem przyjmować Komunii Świętej, będąc w tym całym syfie swojego grzechu i tego, że on mi się podobał. Przychodziłem na studenckie Msze Święte do katedry. Kościół był przyciemniony, a ja siadałem z tyłu, żeby mnie nikt nie widział. Żadnych znajomych. Mówiłem do Boga: „Chcę tak siedzieć, żebyś w razie czego, gdybyś nie miał ochoty, nie musiał tu przychodzić. Ale ja chcę tu być”. On przychodził zawsze. Podczas tych Mszy dużo przeżywałem, a najbardziej to, że nie idę do Komunii Świętej. Rok tak miałem. Cały rok.

Pamiętasz chwilę, gdy po roku poszedłeś do Komunii po raz pierwszy?
Pamiętam. To było w Ustroniu, podczas rekolekcji naszej wspólnoty. Pojechałem tam z synem, choć z żoną nie wierzyliśmy, że uda się cokolwiek zmienić. Wyjeżdżając, powiedziałem, że na pewno nic z tego nie wyjdzie i nie będziemy razem.

Rekolekcje z rozmachem: wynajmujecie zawsze kilka wielkich ośrodków wypoczynkowych…
Jako wspólnota wynajmujemy kilkanaście domów oraz domy wczasowe. Ja miałem pokój dwuosobowy z synem. To był duży trud, bo czułem się we wspólnocie potępiony, oskarżony, odrzucony. (…) To były najbardziej samotne rekolekcje, jakie przeżyłem – w tłumie ludzi, którzy wznoszą ręce. Niewiele modliłem się na głos, nie miałem charyzmatycznych uniesień. Stałem twardo przy swoim, przeżywałem swoje trudności.

Wróciłeś po siedmiu dniach. Dlaczego zaczęliście wszystko od nowa?
Wydaje mi się, że przez strach o to życie położone na szali, przez kalkulację plusów i minusów. Pamiętam, że jak w naszym małżeństwie zaczynały się trudności, to poszliśmy podczas innych rekolekcji do ojca Joachima Badeniego. Mówiliśmy: „To mistyk, on nam pomoże”. Już wtedy widzieliśmy, że coś się dzieje, a Badeniego znaliśmy wcześniej, był u nas w domu, bardzo go lubiliśmy. Więc jak poszliśmy do niego, chciałem mu opowiedzieć o wszystkich trudnościach; a on nas chwycił za ręce i mówi: „Ciii”. Zaczął się modlić, trwało to chyba piętnaście minut.

Wiele osób mi o opowiadało: przychodzili do Badeniego po radę, a on mówił: „Teraz się razem modlimy”, chwy tał ich za ręce i modlił się z nimi. Na początku byli zdumieni, bo oczekiwali jakiejś konkretnej wskazówki, a on poświęcał im kwadrans…
Dokładnie. Po modlitwie powiedział nam tylko: „To idźcie, dzieci, wszystko będzie dobrze”. Pomyślałem wtedy, że skoro on tak mówi, to na pewno będzie dobrze. Nie było. Potem mówiłem, że świetny mistyk, ale coś mu nie wyszło. Pomylił się. To wszystko wróciło do mnie podczas tych tygodniowych rekolekcji. To moje wcześniejsze życie i myślenie o tym, co się wydarzy, jeśli nie uwierzę słowu. Wtedy zerwałem ze swoim życiem w ciemnościach.
* * *
Fragmenty książki "Siema, Kryzys!" Marcina Jakimowicza i Bogdana "Kryzysa" Krzaka (Wydawnictwo Esprit)

 

Paweł Kęska 2019-10-30 źródło: https://stacja7.pl/

Hospicjum. Sądzę, że życia na metr kwadratowy jest tu więcej niż gdziekolwiek indziej. Więcej jest może tylko na oddziale położniczym. Życie, które tu jest, dojrzewa i przemienia się, czasem bardzo szybko.
Kiedy patrzymy z zewnątrz na bramę warszawskiego hospicjum Caritas, widać dziwną, bladą, szaro-żółtą szklaną mozaikę. Kiedy wejdziemy do środka i spojrzymy na nią od wewnątrz – widać taflę rozlewającego się złotego światła. Tak więc dziś wchodzę na drugą stronę, żeby zobaczyć to światło.
Sądzę, że życia na metr kwadratowy jest tu więcej niż gdziekolwiek indziej. Więcej jest może tylko na oddziale położniczym. Życie, które tu jest, dojrzewa i przemienia się, czasem bardzo szybko. Wjeżdżam windą na ostatnie piętro. Dziennikarze pojawiają się tu chyba rzadko. Jasne korytarze, blisko windy kawiarenka a w niej grający telewizor. W telewizorze amerykańska piosenka, ta sama co w 3 milionach domów i innych miejsc w tym samym czasie. Przed telewizorem siwa, starsza pani na wózku. Przy niej dziewczyna w koszulce z napisem „wolontariusz”. Po lewej stronie drzwi, za którymi trwa dyżur psychologa. Dyżuruje dziś pani Grażyna Niewiadomska.

W jaki sposób żyje to miejsce?
Grażyna Niewiadomska: Wbrew pozorom jest to miejsce, w którym tętni życie. Mówiąc o życiu, myślę też o intensywnych procesach, zachodzących we wnętrzu człowieka, bo pod koniec życia niekoniecznie jedynie czekamy na śmierć, intensywne jest też nasze życie psychiczne i duchowe. Ale życie to też ruch, hospicjum to miejsce, w którym pacjenci i ich bliscy mogą spotkać się choćby na kawie czy korzystać z terapii zajęciowej. Organizowane są koncerty, aktywizacja psychiczna. Jest też duża rotacja pacjentów, z którą wiąże się ilość odwiedzających. Są bezcenni wolontariusze.

W jakim celu przychodzą tu wolontariusze? Jaka jest ich motywacja?
Generalnie wszyscy mówią, że przychodzą po to, żeby pomóc. Ja osobiście nie wyobrażam sobie tego miejsca bez wolontariuszy, oni podnoszą jakość opieki paliatywnej; to rzesza ludzi, która wnosi w to miejsce dużo energii. Przychodzą z zewnątrz i dają swoją uwagę, radość, czas, cierpliwość. Niektórzy wchodzą w głębsze relacje z pacjentami i to jest bardzo ważne, bo nasi pacjenci często są samotni. Nie wyobrażam sobie tego miejsca bez wolontariuszy i zachęcam do wolontariatu w Hospicjum.

Co dzieje się w człowieku, który zdaje sobie sprawę z tego, że to już jego życiowa „ostatnia prosta”?
Dochodzenie do tego, że stoimy u kresu życia jest pewnym procesem. Dojrzewanie do umierania przebiega raczej na zasadzie etapów, np. zaprzeczenia, walki, dobrze, by na koniec pojawiła się akceptacja. Każdy przeżywa to indywidualnie. Istotne jest to, że pacjent ma prawo do bardzo trudnych emocji i one zwykle przewijają w różnych momentach.

Jeśli już dopuszcza się myśl, że zbliża się koniec… jakie sprawy są najważniejsze?
Jednym z pojawiających się pytań jest… co zostawiam po sobie? Bilans życia robią praktycznie wszyscy. Ja jako psycholog staram się pomoc wyłonić te rzeczy, które były ważne, które może czasami wydają się przegraną, wspólnie z pacjentem wydobywamy z życia to, co zostawia po nas jakąś wartość, co samo w sobie jest wartością.

A pytania dotyczące miejsca do którego idę? Zawsze jest lęk przed odchodzeniem?
Tak. Każdy myśli o tym co się z nim stanie, co go czeka, czy jest coś jeszcze przed nim. Nie mam prawa do dawania pewników, nawet jeśli jestem pytana wprost. Jako człowiek mam też własne znaki zapytania. O nieśmiertelności, o duszy, rozmawiają też hospicyjni kapelani. Ja mogę zapewnić człowieka o tym, że postaram się pomóc mu obniżyć lęk przed śmiercią, którego się do końca pewnie obniżyć się nie da, staje się mniej dokuczliwy, jeżeli bliżej mu się przyjrzymy. Na przykład lęk przed śmiercią może się wiązać ze strachem przed cierpieniem fizycznym, a z tym już mogą powalczyć lekarze. Dużą wagę ma po prostu bycie, towarzyszenie, współodczuwanie, ludzka, akceptująca, nie oceniająca obecność…

Emilia
Wchodzę do jednej z sal. Łóżko, na łóżku starsza pani, drobna, siwa. Uśmiecha się życzliwie i zaprasza bliżej…

Witam Panią. Jestem dziennikarzem… nie wiem nawet jakie mam Pani zadać pytanie.. jakie to jest miejsce – to hospicjum?
Hospicjum… to wspaniały dom, który daje ludziom życie bez bólu. Ja już się tak przyzwyczaiłam, bo już od stycznia leżę, to 10 miesięcy… Dla mnie wszystko tu jest dobre.

O czym Pani najczęściej myśli?
Bo tutaj, wie pan, są już takie moje ostatnie kroki więc raczej myślę o śmierci, żeby mi Pan Bóg pomógł dobić już do mety. To jest ciężkie… Tutaj, koło mnie już tle osób zmarło.

Nie boi się Pani?
Jeżeli ktoś mówi, że się nie boi śmierci to nieprawda, bo się każdy boi… Teraz wciąż myślę o mojej mamie. Bardzo dbałam o nią przed jej śmiercią. Ale kiedy już umierała, to ją zabrali do szpitala i nie byłam przy niej bo był wieczór i nie pozwolili mi z nią zostać. A rano jak zadzwoniłam, to mama już nie żyła. Tego żałuję, bo to jest jednak straszne, że się w takim momencie nie jest z najbliższą osobą. A jakbym spała to bym przeszła sobie tak na tą druga stronę spokojnie.

Myśli Pani, że zawsze jest ten lęk?
Pamiętam tylko jedna sprawę z umierania naszego papieża, jak pokazywali jak on umierał, jak cierpiał i jak złapał tego kardynała Stasia, tego przyjaciela swojego za rękę. On też się bał chyba. Dlaczego złapał go za rękę? Każdy się czegoś chwyta.

Co w życiu jest najważniejsze?
Miłość… Ale moje życie nie było łatwe. Moje małżeństwo się nie udało. Córka miała 12 lat jak nas zostawił i sobie poszedł. Nie obchodziłyśmy go. Ale on życie przegrał a ja swojego życia nie przegrałam, bo mam ukochaną córkę, wspaniałego wnuka, to jest dla mnie życie, to jest najważniejsze, a nie tam takie byle co.
Proszę pana, kiedy będzie puszczana ta rozmowa?
Myślę, że za około miesiąc…
Oooo to ja już pewnie nie będę żyła… (szeroki uśmiech)

Zofia
Podchodzę do pani na wózku inwalidzkim, którą widziałem na korytarzu. Szeroko się uśmiecha i zagaduje wszystkich wkoło. Szukamy jakiegoś miejsca na krótką rozmowę, znajdujemy je w pokoju lekarskim.
Ja jestem na tyle sprawna, że mogę się poruszać… widzi pan.. ciągle jeszcze w ruchu.

Co dobrego Panią tu spotkało?
Wszystko tu jest dobre proszę pana. Cieszę się z tego pokoiku, który mam… bo przychodzi do mnie mąż. Mąż też jest już w hospicjum. Odwiedza mnie też mój ukochany brat. Ja nie muszę być karmiona, bo jestem sprawna, ale tutaj są pacjenci, którzy muszą być karmieni, bo przychodzą tutaj często na swoje ostatnie dni i chyba są bardzo zadowoleni, że się tu znaleźli. Jak ja się tutaj znalazłam, to leżałam plackiem na łóżku, a teraz się poruszam. To nie jest szpital rejonowy, to jest rzeczywiście doskonała opieka nad ludźmi bardzo chorymi.

Co Pani z tej perspektywy myśli o życiu?
To życie, które tam się teraz toczy, jest po prostu za szybkie. Ludzie powinni wiedzieć, że ważna jest nie tylko polityka, różne sprawy, ważne jest to, żeby człowiek był dobry dla innych. To jest takie ważne! Sama całe życie zawodowe byłam lekarzem, jednak dopiero z tej perspektywy widzę więcej…

Halina, Teresa
Kolejny pokój. Pod respiratorem leży starsza pani. W telewizorze wiszącym na ścianie migają kadry z przyrodniczego filmu…

Witam Panią… piękny ten świat prawda?
Wie pan, wszechświat mnie zachwyca. Chciałabym dużo, dużo więcej wiedzieć. Wielu rzeczy nie można pojąć. Na przykład jak to stało, że z takiego małego ziarenka rośnie takie ogromne drzewo?

No i jak to jest?
Tak jest, bo jest Bóg. Ale ludzie chcieliby Boga oglądać, żeby uwierzyć… Człowiek ma za dużo pychy, trzeba mieć więcej pokory, nie udawać, że jest się kimś większym niż się rzeczywiście jest. To tylko Bóg może stworzyć taki świat. Kocham świat, kocham Boga, kocham Matkę Najświętszą, Pana Jezusa, kocham bardzo. Modlę się, i to mi bardzo pomaga. Tak bardzo wierzę w Boga…

Co by Pani chciała powiedzieć ludziom, którzy są na zewnątrz?
Chciałabym, żeby ludzie bardziej dbali o zdrowie i żeby tak nie pędzili za groszem.

A miłość?
Miłość… miłości nie można kupić, po prostu ona jest w człowieku tylko trzeba pielęgnować tą miłość. Trzeba mówić dzieciom „kocham ciebie”, żeby dzieci były pewne, że są kochane. Dopiero z perspektywy czasu zrozumiałam, że też robiłam błędy i traciłam cierpliwość, ale myślę, że żadne to mądrości, każdy o tym wie…

A co w życiu można przegapić?
Och, dużo można przegapić, naprawdę, i wiele rzeczy nam umyka, i życie jest za krótkie i potem człowiek żałuje wszystkiego: tego nie zrobiłem, tak mogłam zrobić, a nie zrobiłam, żałuję no… Człowiek jest istotą myślącą i nie ma takiej chwili żeby, jak nie śpi, żeby nie myśleć, ciągły natłok myśli, myśli, myśli…

A z czego jest Pani dumna?
Z rodziny. Ja też byłam zapędzona, jak każdy, zabieganiem o życie, o zarobki, ale później stwierdziłam, że to naprawdę nie ma sensu, bo nie było czasu dla dzieci i byłam zła na siebie… i starałam się to zmienić.

Boi się Pani odchodzenia?
To miejsce to jest ostatni etap życia, tu, gdzie jestem obecnie. Od tego nie ma ucieczki. Ja panu powiem… nie wiem jak tam jest, ale nie boję się, po prostu, bo wiem, że nie ma pustki, jest życie po życiu, po prostu…
Żałuję, żałuję, jestem zmęczona, że nie mogłabym powiedzieć więcej. Radzę, żeby ludzie się zastanawiali nad swoim życiem.
Wyszedłem z hospicjum przez bramę zalaną złotym światłem. Zobaczyłem ludzi idących ulicą, jesienne drzewa, szum miasta, furkoczące gołębie… zwyczajne… jednak zupełnie inne.
________________________________________
Wywiad Pawła Kęski z mieszkańcami hospicjum ukazał się na antenie Radia Warszawa.

 

Edward Kabiesz GN 40/2019 dodane 06.11.2019 06:00 źródło: https://kosciol.wiara.pl/

O swoim powrocie do Kościoła i roli, jaką w tym odegrał o. Pio, mówi José María Zavala, reżyser filmu „Tajemnica ojca Pio”.
edward kabiesz /foto gość Wizyta w sanktuarium Bożego Miłosierdzia to dla mnie wielkie przeżycie – mówi José María Zavala.

Edward Kabiesz: Jest Pan autorem kilku książek i filmowego dokumentu na temat o. Pio. Myślę, że święty musiał w Pana życiu odegrać ważną rolę.
José María Zavala: To prawda. Zmienił moje życie. Zawsze byłem człowiekiem wierzącym, rodzice wychowali mnie w duchu katolickim, z czasem jednak oddaliłem się od Kościoła. Przez 15 lat żyłem daleko od Boga. Nie chodziłem do kościoła, nie spowiadałem się, w moim życiu nie było żadnych sakramentów. Żyłem w świecie tylko dla świata. Przez 10 lat byłem dziennikarzem „El Mundo”, jednego z najpoważniejszych dzienników hiszpańskich. Później pracowałem i występowałem w telewizji. Byłem zajęty własną karierą. Tyle że żyłem w świecie kłamstw. Miałem wszystko, jeżeli chodzi o stronę materialną, ale nie byłem szczęśliwy. Bo bez Boga człowiek nie może być szczęśliwy.

Co takiego się stało, że nagle całkowicie zmienił Pan swoje życie?
To stało się w 2008 roku. Do mojego życia wkroczył o. Pio. Przyjaciele zaprosili mnie na pokaz filmu „Korzenie o. Pio”. Nie wiedziałem wówczas, kim on jest. Po pokazie zacząłem przeglądać w internecie materiały na jego temat. Natychmiast zdecydowałem, że pojadę do San Giovanni Rotondo, by napisać o nim książkę. Spotkałem się z duchowymi synami o. Pio, udało mi się zdobyć dostęp do poufnych informacji dotyczących jego kanonizacji. Chciałem napisać książkę, w której znalazłyby się żywe świadectwa nawróconych przez niego ludzi.

Co takiego zaszło w Pana życiu 5 sierpnia 2009 roku?
Widzę, że dobrze przygotował się pan do rozmowy, bo mało kto o tym wie. 5 sierpnia 2009 roku, w dniu Matki Bożej Śnieżnej, dowiedziałem się, że umiera ojciec mojego przyjaciela. Byłem wtedy w domu i kończyłem książkę, którą miałem właśnie złożyć w wydawnictwie. Paloma, moja żona, która też żyła w oddaleniu od Boga, powiedziała, że musimy iść do kościoła na Mszę św. za ojca przyjaciela. Powiedziałem jej, by poszła do kościoła sama z dziećmi, bo ja muszę zakończyć książkę. I w tym samym momencie dopadła mnie myśl, że jestem mizernym człowiekiem, skoro nie chcę pójść do kościoła. I w końcu poszedłem, a w czasie Mszy zacząłem płakać.

Czy z żalu z powodu śmierci ojca przyjaciela?
Na początku tego nie wiedziałem. Płakałem jak małe dziecko przez trzy godziny. I dopiero po tych trzech godzinach zrozumiałem dlaczego. Bo obrażałem przez wiele lat Boga i przez wiele lat byłem wobec Niego obojętny. Powiedziałem żonie, że musimy iść się wyspowiadać. 6 sierpnia 2009 roku rano odbyłem spowiedź generalną. Obiecałem Matce Bożej, która wraz z o. Pio wpłynęła na moje nawrócenie, że codziennie będę odmawiał Różaniec wraz z żoną i dziećmi. Pan Bóg pozwolił mi zrozumieć w swoim wielkim miłosierdziu, że jeżeli nie stawiając żadnych warunków, otworzę Bogu serce, On wynagrodzi mi to stokrotnie. Bóg dał mi do zrozumienia, że jeżeli będę się starał spełniać Jego wolę, nasze dzieci utrzymają wiarę. I utrzymują.

Kim jest dla Pana o. Pio dzisiaj?
Jest moim ojcem duchowym w niebie. Ojciec Pio mówił zawsze swoim duchowym synom, by żyli tak, aby nie musiał się za nich wstydzić przed Jezusem. Tymczasem za mnie przez wiele lat musiał się wstydzić. Teraz, jeżeli się pomylę, zrobię coś nie tak, to idę się spowiadać i proszę Pana Boga o przebaczenie.

Mówił Pan, że film „Tajemnica ojca Pio” reżyserował sam święty. Jaki więc był Pana udział w jego realizacji?
Byłem narzędziem o. Pio.

Film opowiada o związanych z o. Pio sprawach, które nie są powszechnie znane. O tajemnicach kryjących się w jego biografii.
W trakcie realizacji zrozumiałem, dlaczego o. Pio jest jednym z najważniejszych świętych. Ten film nie mówi, że jest on jakimś supermanem, że miał dar bilokacji, że umiał czytać w ludzkiej duszy. Poprzez film o. Pio mówi, że droga do nieba wiedzie przez cierpienie i modlitwę. Chciałem, by ludzie zrozumieli, dlaczego jest on świętym. Wszyscy wielcy święci cierpieli, byli prześladowani. Chcę podkreślić, że nie przez Kościół, ale niektórych jego ludzi.

Skąd wzięła się ta ich postawa?
Podam jeden przykład. Co miał myśleć papież Pius XI, kiedy zaprezentowano mu fałszywe informacje na temat stygmatów, dodając, że o. Pio jest psychopatą i sam zadaje sobie rany? Agostino Gemelli, który tak go nazwał, pod koniec życia przeprosił o. Pio. Nawet wyspowiadał się przed nim. Zresztą wszyscy oszczercy żałowali za to, co zrobili. Ojciec Pio mówił, że to demon miesza w umysłach mądrych ludzi. Nigdy za życia się nie bronił, zachowywał w tej sprawie milczenie. Swoje cierpienie ofiarował Panu Bogu w intencji nawrócenia swoich prześladowców.

Podkreśla Pan także wielką cześć, jaką miał dla o. Pio Jan Paweł II.
Karol Wojtyła i o. Pio to jedno serce. W 1948 roku Wojtyła, który studiował teologię dogmatyczną w Rzymie, pojechał odwiedzić o. Pio, który już za życia był uważany za świętego. Pojechał tam z dwóch powodów. Aby się u niego wyspowiadać i uczestniczyć w odprawianej przez niego Mszy św.

W filmie wypowiadają się m.in. były premier Giulio Andreotti i reżyser Franco Zeffirelli, ale też wielu ludzi, którzy zostali uzdrowieni czy nawrócili się dzięki o. Pio. Czy chętnie o tym rozmawiali?
To była Opatrzność Boża, która ich do tego skłoniła. Z tym że wypowiedzi Andreottiego i Zeffirellego pochodzą z materiałów włoskiej telewizji RAI.

Nakręcił Pan kolejny film o ojcu Pio. Co będzie jego tematem?
15 listopada będzie miał premierę dokument „Zmartwychwstali”. To film, w którym znajdą się świadectwa 25 osób, które poprzez o. Pio wróciły do życia. W niektórych przypadkach dosłownie. W czasie pracy nad filmem dotarliśmy do archiwum, którego nikt wcześniej nie znał i gdzie znajdują się informacje oraz zdjęcia związane z o. Pio.

Gdzie jest to archiwum?
We Włoszech. Udało nam się sfotografować wszystkie znajdujące się w nim negatywy. W filmie są historie, które doprowadziły nas do płaczu w czasie montażu.

Rozmawiamy w sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Co Pana tu sprowadziło?
To dobre pytanie. Przyprowadził mnie tutaj o. Pio. Bardzo kocham Jana Pawła II. Jakieś dwa czy trzy miesiące temu powiedziałem do żony, że musimy jechać do Polski. Nigdy tu nie byliśmy. W tym samym czasie otrzymaliśmy zaproszenie od dystrybutora filmu. To była ręka Opatrzności i prezent od świętego. Dla mnie to coś niezwykłego, że 23 września, czyli w dniu jego śmierci, mogę dać poprzez niego świadectwo o Bogu. I dać świadectwo mojego życia.

 

Marcin Zieliński: modliłem się o przywrócenie zmarłego do życia

Marcin Zieliński / Mocni w Duchu Sobota, 09:10 źródło: https://www.deon.pl/

Masz dwie opcje. Albo powiedzieć „Bardzo mi przykro”, albo uwierzyć, że Bóg ma moc nie tylko uzdrawiać chorych, ale i… wskrzeszać umarłych.
W mojej książce Rozpal wiarę, a będą działy się cuda przyglądałem się kilku powodom, dla których uzdrowienie nie następuje. Możemy szukać przyczyn w braku wiary osoby modlącej się, braku wiary osoby szukającej pomocy – choć w tym miejscu trzeba być bardzo ostrożnym, gdyż może to doprowadzić do poczucia winy u tego, komu posługujemy. Istnieje ryzyko, że poczuje się winny temu, iż uzdrowienie nie przyszło. Jeśli już mamy szukać gdzieś niewiary, to najlepiej znaleźć ją u siebie. Przeszkodą bywa również nieprzebaczenie bądź przekleństwo. O przeszkodach w przyjęciu uzdrowienia piszę w dalszej części książki. Co jednak robić, gdy wyczerpią się nasze pomysły, a uzdrowienie nie przychodzi?
Czy możemy wtedy mówić, że Bóg go nie chciał, że taka widocznie jest Jego wola? Moim zdaniem, jeśli Bóg jasno i wyraźnie tego nie powiedział, to absolutnie nie. Nie możemy – a nawet nie mamy prawa! – zabijać w nikim wiary ani nadziei w to, że Bóg chce to uczynić. Czy zatem mamy obiecywać komuś „gruszki na wierzbie”?
Bądź zawsze w gotowości, by uczynić to, do czego wzywa cię Boże Słowo. Nie do nas należy uzdrowić lub wskrzesić – to suwerenna decyzja Boga. Do nas jednak należy głosić i stawać w pełnej dyspozycyjności dla Boga, by – jeśli chce – mógł posłużyć się tobą jako przedłużeniem Jego ręki.
To pytanie pojawia się często podczas warsztatów posługi uzdrowienia dla wspólnot, jakie dla nich prowadzę. Odpowiedź jest jasna: oczywiście, że nie. Jednak warto zobaczyć różnicę pomiędzy budowaniem czyjejś wiary, a składaniem obietnic bez pokrycia. Ja osobiście, czy to podczas dużych spotkań modlitewnych, czy kiedy modlę się za kogoś sam na sam – opowiadam świadectwa tego, co uczynił Pan. Robię to, aby rozbudzić w sobie samym, ale i w osobach, za które się modlę, wiarę w to, że Jezus jest wczoraj, dzisiaj i na wieki ten sam. Wtedy podczas modlitwy dużo bardziej oczekujemy i wierzymy, że Pan uczyni to, o co prosimy. Pisze o tym św. Paweł w Liście do Rzymian (12,2):
„Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe”.
Oryginalny grecki tekst mówi o przemienianiu umysłu troszkę w inny sposób. Jest tam użyte sformułowanie: „Bądźcie przemieniani przez odnawianie umysłu”. Tłumaczenie Biblii Tysiąclecia wskazuje bardziej na nasz trud i wysiłek, który niewątpliwie musimy podejmować, by nasz umysł był trzymany w ryzach. Jednak oryginalny fragment zwraca uwagę na to, że nie przemieniamy się my sami, własnymi wysiłkami i staraniami, lecz „zostajemy przemieniani” przez moc i działanie Ducha Świętego. To właśnie Duch Święty sprawia, że nasze myśli stają się myślami Chrystusa i zaczynamy myśleć po Bożemu, a nie nadal po ludzku.
Doświadczyłem tego jakiś czas temu podczas posługi na Litwie. Był to już jeden z ostatnich dni, podczas których dość intensywnie, dzień po dniu, posługiwałem w wielu miastach całego kraju. Tego wieczora dzieliłem się doświadczeniem wiary i modliłem się za chorych w Kłajpedzie. Po całodniowej podróży oraz wieczorze modlitwy, czułem się już zmęczony, ale jak to zwykle bywa – do zakrystii przyprowadzono kilka poważnie chorych osób, które pragnęły indywidualnej modlitwy. Kiedy okazało się, że została już tylko jedna osoba, byłem naprawdę szczęśliwy, bo padałem z nóg. Nie ukrywam, że liczyłem na dość lekki przypadek i powiedziałem sobie w myślach: „Chwilkę się pomodlę i w końcu pójdę spać”. Taki ze mnie bohater wiary. Jednak, gdy podeszły do mnie dwie kobiety, dowiedziałem się, że nie jest tak kolorowo. Była to matka z córką. Okazało się, że mama ma guza mózgu powodującego ucisk, co z kolei sprawia, że nie słyszy na jedno ucho od dwóch lat. Pomyślałem: „No to pięknie… Panie, ja nie mam siły!”. Moje myśli były daleko od właściwego poziomu wiary i ufności Bogu. Nie liczyłem zupełnie na nic. Jednak nagle stało się coś dziwnego. Kiedy zaczęliśmy się modlić i przyzywać Ducha Świętego, mój umysł został zalany wielkim oczekiwaniem i silną wiarą w to, że uzdrowienie jest możliwe! Pamiętam jak dziś, że powiedziałem sobie w sercu: „Ale byłby numer, gdyby to się stało!”. Zacząłem modlić się z przekonaniem i bez wątpliwości. Po pierwszej modlitwie kobieta doświadczyła miłości Jezusa. Wiedziałem, że musimy kontynuować nasze wstawiennictwo, skoro Bóg zaczął działać. Po kolejnej, na moją prośbę kobieta zatkała swoje zdrowe ucho i, słuchając jedynie na to niesłyszące, powtarzała za mną wszystko, co mówiłem! Chwała Panu! Nie wiem, co stało się z guzem, ale wiem, że zaczęła słyszeć. Jej córka była w szoku, gdy zobaczyła, że zakrywam sobie dłonią usta, a mama z zatkanym zdrowym uchem wyraźnie mnie słyszy.
W tej sytuacji Bóg sam wkroczył do akcji i zainterweniował. To On zostawił nam obietnicę, że będzie uzdrawiał chorych!

Modliłem się nad trumną o przywrócenie zmarłego do życia
Są jednak sytuacje, gdy trzeba być wyjątkowo delikatnym i wsłuchanym w głos Ducha Świętego, by nie zranić osoby, za którą się modlisz (lub jej rodziny). Kilka lat temu otrzymałem telefon z Niemiec od pewnej mamy, która bardzo prosiła, bym pomodlił się za jej córkę od wielu lat chorującą na raka. To była młoda dziewczyna, ale lekarze nie dawali jej żadnych szans na przeżycie. Po prostu leżała w łóżku w domu i czekała na śmierć. Dla jej rodziny był to bardzo trudny czas.
Wsiadłem w samolot i poleciałem do Niemiec. Z lotniska odebrała mnie przyjaciółka rodziny i powiedziała, że dziękuje mi za moją wiarę, ale dziewczyna kilka godzin temu umarła. Byłem w szoku. Zapytałem: „Ale jak to umarła?”. W takiej sytuacji masz dwie opcje. Albo powiedzieć „Bardzo mi przykro” i wrócić pierwszym samolotem do Polski, albo uwierzyć, że Bóg ma moc nie tylko uzdrawiać chorych, ale i… wskrzeszać umarłych. Dla niektórych to zbyt wiele, są tacy, którzy mówią, że to przesada lub zwykły wymysł charyzmatyków. Słowo Boże jest jednak bezkompromisowe – to sam Jezus przykazał nam oczekiwać nie tylko uzdrowień, ale i wskrzeszeń. To On sam jest powodem, dla którego mamy prawo patrzeć na śmierć w taki właśnie sposób. To jednak dla mnie niełatwe zadanie. Do tamtej pory byłem już na kilku pogrzebach, gdzie modliłem się nad trumną o przywrócenie zmarłego do życia. Nie robiłem tego nigdy dla sensacji, popisu albo z innych niewłaściwych pobudek. Miałem jeden powód: wierzę w Słowo Boże, w każde zdanie, które jest tam napisane! Ale do tego momentu nigdy czegoś podobnego nie widziałem. Nauczony jednak doświadczeniem z posługi modlitwą o uzdrowienie, wiedziałem, że potrzebuję wiary i cierpliwości, by zobaczyć wypełnienie się Bożej obietnicy (por. Hbr 6,12). Pamiętam moment, gdy siedziałem w samochodzie pod domem i poprosiłem, żeby dano mi chwilę czasu, bym się pomodlił i spędził czas z Bogiem. Sytuacja była niezwykła, bo dowiedziałem się, że zakład pogrzebowy z niewiadomych przyczyn opóźnił swój przyjazd. Otworzyłem Biblię na fragmencie o córce Jaira oraz nakazie Jezusa z Ewangelii Mateusza: „Idźcie i głoście: «Bliskie już jest królestwo niebieskie. Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy! Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie!»” (Mt 10,7-8). W takich okolicznościach ten fragment brzmi mocno… Dlaczego ta sytuacja była jednak niełatwa? Ponieważ wiedziałem, że za chwilę wejdę do domu, w którym znajduje się najbliższa rodzina oraz narzeczony dziewczyny, która kilka godzin temu zmarła. Wiedziałem, że część z nich nie będzie chciała mnie tam widzieć – jedynie matka, która kupiła mi bilet lotniczy. Poprosiłem o pomoc Ducha Świętego, wszedłem do mieszkania i stojąc w przedpokoju powiedziałem: „Przyleciałem z Polski tylko dlatego, że Pan Jezus zmienił moje życie. Chciałbym się pomodlić za waszą córkę, ponieważ widziałem już wiele razy, jak Pan Jezus uzdrawiał chorych, a w tej samej Biblii zostawił nam zadanie, że mamy też w Jego imię wskrzeszać umarłych. Chciałbym poprosić was o zgodę na to, że skoro już tu jestem, pomodlę się o to z wiarą. Mogę?”. To była dla mnie chwila grozy. Starałem się być jak najbardziej delikatny, z drugiej zaś strony pełen wiary, ale i otwartości na to, by Pan zrobił, co chce. Po chwili ciszy spojrzałem na rodzinę, wszyscy mieli łzy w oczach i zgodnie powiedzieli: „Tak, idź do niej”. Spędziłem godzinę, klęcząc przy łóżku, modląc się nad zmarłym ciałem dziewczyny. Modliłem się i na głos, i w sercu. Ona jednak nie wstała.
Podczas modlitwy wpadła mi do głowy myśl, by pomodlić się nad jej rodziną. Poszedłem więc do nich, opowiedziałem historię mojego spotkania z Bogiem i zapytałem, czy mogę się nad nimi pomodlić. Nawet niewierzący w podobnej sytuacji pragnęliby tego! Zgodzili się. Bóg dał nam słowo prorocze, że odnawia i odradza tę rodzinę, że zaczyna z nią nowy etap. Wielu z nich doświadczyło miłości Jezusa i atmosfera w domu przemieniła się w bardzo odczuwalny sposób. Byliśmy napełnieni radością i wielkim pokojem. Opowiadałem tę historię kilka razy i niektórzy komentują ją w ten sposób: „Marcin, widocznie Bóg nie chciał wskrzesić dziewczyny, ale chciał nawrócić jej rodzinę”. Zwykle odpowiadałem, że nie wiem, czy nie chciał – może ja miałem zbyt małą wiarę? Co stałoby się, gdyby dziewczyna została przywrócona do życia? Może nie tylko ta rodzina, ale całe miasto otworzyłoby serce dla Pana Jezusa? Tego nie wiemy. Ja jednak byłem Bogu wdzięczny za to, co uczynił dla tych kilku osób.

Bądź gotowy podjąć Boże wezwanie
Takie historie udzielają nam ważnej lekcji: nie poddawaj się, gdy nie widzisz. Bądź zawsze w gotowości, by uczynić to, do
czego wzywa cię Boże Słowo. Nie do nas należy uzdrowić lub wskrzesić – to suwerenna decyzja Boga. Do nas jednak
należy głosić i stawać w pełnej dyspozycyjności dla Boga, by – jeśli chce – mógł posłużyć się tobą jako przedłużeniem Jego ręki. W swoim życiu podjąłem decyzję, że nie pójdę na łatwiznę i nie poddam się, nawet wtedy, gdy nie będę widział Bożej odpowiedzi, czyli tego, co On sam obiecał. Co więc robić, gdy modlisz się i nie widzisz efektów? W jaki sposób stawać się coraz lepszym naczyniem w ręku garncarza?
* * *
Fragmenty pochodzą z książki "Między cierpieniem a uzdrowieniem" Marcina Zielińskiego

 

ks. Tomasz Horak dodane 02.11.2019 09:49 źródło: https://opole.gosc.pl/

I tu jest Ewangelia, i to jest ewangelizacja. A imienia Jezusa w tym programie nie ma? Imienia zapisanego literami nie ma. Ale po co litery, skoro On sam jest?

Nasza lokalna metropolia w przebudowie. Wreszcie. Skutkuje to trudnościami komunikacyjnymi. Ni przejechać, ni zaparkować. Ale chodzić można do woli. Zatem idę, taki śródmiejski parczek - kilkanaście dostojnych drzew, alejki na krzyż, klomb, no i ławki. Na jednej siedzi starszy pan, ubrany raczej dziwnie, na dworze chłodno, nie bardzo, ale on okutany w jakieś coś, z włóczkową czapką. Z naprzeciwka młoda kobieta, prawie dziewczyna, jakby szła prosto do niego. Zdało mi się, że ją znam. Skręciłem w inną alejkę, żeby nie peszyć. Ona wyjęła z torby termosik czy coś takiego, przysiadła do owego człowieka, nalała... Rozmawiają. Nie mogłem krążyć wokół nich. Poszedłem dalej, od czasu do czasu dyskretnie się oglądając.
Za kilka dni spotkałem ją - faktycznie, znajoma - w zupełnie innym miejscu, ucieszyła się, rozmawiamy. "Skąd znasz tego bezdomnego?" - wystrzeliłem. "Aaa, tego na ławeczce? Z tej ławeczki. Wiem, że rano bywa zziębnięty, to wzięłam, co trzeba... Nie, nie znam go, to znaczy tyle, co z ławeczki. A, choć tyle mu pomogę. Już mi trochę opowiedział. Paskudne, niezawinione CV".

Życie mnie nauczyło, że pojedyncze przypadki zwykle nie są pojedyncze. Podobnych sytuacji musiało być tego dnia - a jeśli i tego, to i wczoraj, i przedwczoraj - ileś tam. Od Świnoujścia po Ustrzyki i od Suwałk po Karpacz. I nie tylko w Polsce. I nie tylko o gorącą herbatę w chłodny poranek pewnie chodziło. Świat jest wypełniony dobrymi ludźmi i ich dobrocią. I zacząłem w pamięci odtwarzać takie i podobne sytuacje, których świadkiem w życiu byłem. Tyle że felietonów i komentarzy na ten temat niewiele, filmów i filmików jeszcze mniej. Owszem, czasem coś tam w internecie się przebije, wszelako o wiele częściej znaleźć można przekopiowane piękne, nawet wzruszające hasła, dewizy, sentencje. Dobrze, że te rzeczy są, jakoś wpływają na oglądających. Jednak od sentencji więcej znaczą termosiki z gorącą herbatą.

Mijają dni Wszystkich Świętych. Że wspominamy zmarłych? Wspominamy. Ale przede wszystkim wspominamy całe dobro, jakie oni spełnili na tym świecie. Choćby to był ten termosik z gorącą herbatą. A były to sprawy nieraz ogromnej wagi i miary. I wielkiego nakładu sił, często też materialnych środków. Ci, których to kosztowało najwięcej (nie o pieniądzach myślę), ci, którzy potrafili samego/samą siebie zatracić w czynieniu dobra, w wyznawaniu wiary, w walce o sprawiedliwość - tych papieże świętymi ogłosili. Dlatego trzeba w niebo patrzyć. I Bogu dziękować, i do tych świętych się uśmiechać.
Ale dni Wszystkich Świętych to także dni rozglądania się wokół siebie, by nawet przez przypadek w chłodny poranek dostrzec scenę przy miejskiej ławce. A tak się składa, że kiedyś w tym samym mieście, chyba na sąsiedniej ulicy, grupka chłopaków, już nocą, zobaczyła śpiącego na ławce. Po jakimś czasie wrócili z rozmaitymi rzeczami, które mu miały pomóc sił nabrać i noc przetrwać. Miejski monitoring zarejestrował wszystko, jakiś "przeciek" mimo ochrony danych nastąpił. I dobrze. Byśmy wiedzieli, że święci to nie dopiero w niebie. A ci na ziemi? Mój Boże, często z grzechami na sumieniu, a jednak z sercem otwartym i rękoma gotowymi pomóc.

I tu jest Ewangelia, i to jest ewangelizacja. Z programem zwięzłym: możesz pomóc, to znaczy trzeba pomóc. A imienia Jezusa w tym programie nie ma? Imienia zapisanego literami nie ma. Ale po co litery, skoro On sam jest? Może czasem bawi się z nami w chowanego, ale wytrwałym w każdym dobrym dziele ujawni się raczej prędzej niż później. Jaka wtedy radość będzie!

 

NABOŻEŃSTWA

ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU - CODZIENNIE 16:30 - 18:00

NOWENNA DO MATKI BOŻEJ OGNISTEJ - W KAŻDĄ ŚRODĘ 17:40

DO ŚW. JÓZEFA: KAŻDY CZWARTEK 17:40

DROGA KRZYŻOWA: PIĄTEK - 7:00 I 17:30 - DLA WSZYSTKICH, 15:30 - DLA DZIECI

GORZKIE ŻALE: NIEDZIELE WIELKIEGO POSTU 15:00, 17:00

NABOŻEŃSTWIE DO MIŁOSIERDZIA BOŻEGO I ŚW. JANA PAWŁA II: każdy poniedziałek o 17.40

PORZĄDEK MSZY ŚWIĘTYCH

MSZE ŚWIĘTE W NIEDZIELE
6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:15
(Msza św. w intemcji parafian), 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W NIEKTÓRE UROCZYSTOŚCI I ŚWIĘTA:
6:30, 9:30, 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W DNI POWSZEDNIE
6:30, 16:00 - W KAPLICY MATKI BOŻEJ, 18:00