Czytelnia


Beata Zajączkowska dodane 19.09.2017 09:40 źródło: http://ekumenizm.wiara.pl/


– Chrystus był przy mnie, a ja modliłem się za Kościół i za porywaczy – tak 18 miesięcy w niewoli islamskiego gangu podsumowuje ks. Tom Uzhunnalil. 

Szczegóły oswobodzenia pochodzącego z Indii salezjanina owiane są tajemnicą. Wiadomo jedynie, że przez swych ludzi mocno zaangażował się w to papież Franciszek, a kluczową rolę odegrali muzułmanie z Omanu. Przełożony generalny zgromadzenia salezjanów, wyznał, że nie wie, czy został zapłacony jakiś okup oraz że uwolnienie współbrata właśnie teraz było dla wszystkich ogromną niespodzianką.


Nie straciłem nadziei
Po porwaniu w marcu 2016 roku po ks. Tomie zaginął wszelki słuch. Co jakiś czas wypływały niesprawdzone informacje, m.in. ta, że został ukrzyżowany w Wielki Piątek. Sam misjonarz pojawił się na dwóch filmikach, które porywacze zamieścili w internecie domagając się okupu. Porywacze przedstawiali się, jako bojownicy Kalifatu Państwa Islamskiego w Jemenie, jednak wiele wskazuje na to, że byli to zwykli kryminaliści należący do gangu działającego nie z przyczyn ideologicznych tylko w celach rabunkowych. – Dwa dni przed oswobodzeniem mówiący trochę po angielsku mężczyzna zajrzał do mego pokoju, kazał mi się umyć i przebrać. Dostałem z powrotem moje spodnie. Potem zawiązali mi oczy i gdzieś pojechaliśmy. Byli wyraźnie podenerwowani. Długo czekaliśmy, ale nikt się nie pojawił. Wróciliśmy do bazy. Po kilkunastu godzinach kazali mi ubrać burkę, tak że byłem zakryty od stóp do głowy i znów wyruszyliśmy. Gdy się zatrzymaliśmy, jakiś mężczyzna podszedł i upewnił się, że to na pewno ja, a gdy się przesiadłem do innego samochodu, jechaliśmy bezdrożami wiele godzin, aż zdałem sobie sprawę, że opuściliśmy Jemen i jesteśmy w Omanie – wspominał po dotarciu do Rzymu ks. Tom. O tym, że ich współbrat odzyskał wolność, salezjanie dowiedzieli się dopiero, gdy ks. Tom był już w drodze do Włoch. Z pokładu samolotu Oman Air ktoś zadzwonił do generała zakonu mówiąc, że za kilka godzin mają przyjechać po uwolnionego brata na lotnisko. I głos ks. Toma w słuchawce zapewniający, że ma się dobrze i naprawdę jest wolny.
Pierwsze świadectwa o tym, co przeszedł w niewoli, mamy od współbraci, którzy przyjęli go w domu salezjanów leżącym na terenie Watykanu. Ks. Tom poprosił od razu, by mógł wejść do kaplicy i pomodlić się przed Najświętszym Sakramentem. Natychmiast chciał też odprawić mszę. Gdy mu jednak wytłumaczono, że najpierw musi przejść podstawowe badania, zgodził się. Wcześniej tylko chciał się wyspowiadać. Wyznał, że tego sakramentu mu bardzo brakowało w niewoli. - Nigdy nie czułem się sam. Wiedziałem, że Chrystus jest ze mną. Doświadczyłem mocno, że nic mi się nie może stać, jeśli Bóg tego nie chce. Nawet włos z głowy mi nie spadnie. To dawało mi siłę. Dlatego nie straciłem nadziei. Nie obawiałem się śmierci - dodał.


Bandycki napad
Ks. Tom został porwany w czasie ataku na dom opieki prowadzony przez Misjonarki Miłości w Adenie. Oprawcy bestialsko zamordowali cztery pracujące tam siostry oraz dwunastu ich pracowników i podopiecznych. Atak nie był przypadkowy. Dobrze wiedzieli, na co napadają i kogo zastaną na miejscu. Mówi o tym świadectwo jedynej ocalałej misjonarki, której przez kilka godzin po napadzie napastnicy bezskutecznie poszukiwali przetrząsając wszystkie budynki. - W czasie wojny w Jemenie siostry mogły zginąć wielokrotnie, Bóg jednak chciał, by było jasne, że zostały zabite za wiarę – podkreśla ocalona siostra Sally. Twierdzi, że islamiści znali dobrze ich rozkład dnia i zaatakowali dokładnie w czasie, kiedy misjonarki po porannej Eucharystii i modlitwie poszły do codziennych zajęć. Wspomina, że ich kapelan, którym był ks. Tom, każdego dnia powtarzał: „Bądźmy gotowi na męczeństwo”. Siostra Sally powiedziała, że ich muzułmańscy podopieczni prosili nartników, by oszczędzili zakonnice. - Jedyną odpowiedzią na te słowa były serie z karabinów – wspomina. Ona schroniła się w chłodni i choć terroryści tam zajrzeli, nie znaleźli jej.
Mieszkańcy ośrodka opowiedzieli o tym, jak ks. Toma wywleczono z kaplicy i wrzucono do samochodu wywożąc w nieznanym kierunku. Schwytano go w kaplicy w momencie, gdy spożywał konsekrowane hostie, by nie dopuścić do świętokradztwa. Napastnicy splądrowali kaplicę klasztorną, zniszczyli figurę Matki Bożej, krzyż oraz Biblie. Rozkradli praktycznie wszystko, co się dało. Uprowadzonego księdza wrzucili do bagażnika razem z pustym tabernakulum. – Wśród zrabowanych przez porywaczy rzeczy znalazłem kilka hostii. Dlatego na początku udało mi się odprawić Eucharystię. Potem z pamięci odmawiałem modlitwy mszalne i przypominałem sobie fragmenty Liturgii słowa. Wspominałem również historie prześladowanych księży – wyznaje hinduski ksiądz.


Zabić raczej nie chcieli
W czasie spotkania w Rzymie z dziennikarzami mówił o swej niewoli. Zapewnił, że codziennie modlił się za swych porywaczy i podziękował im, że się nad nim nie znęcali. - Traktowali mnie dobrze, jedynie gdy nagrywali filmy do umieszczenia w sieci, udawali, że zachowują się brutalnie. Mówili mi, że tak muszą. Dostawałem żywość, a nawet z czasem zapewnili mi leki na cukrzycę, co w ogarniętym wojną Jemenie nie było łatwe – wspominał. Pytany, czy zmuszano go do przejścia na islam wyznał, że od swych oprawców otrzymał Koran po angielsku i go czytał. Usłyszał od nich, że jest jeden Bóg, jednak nikt nie nakazywał mu wyrzeczenia się wiary. Dodał, że generalnie kontakt z nimi był utrudniony, ponieważ porywacze rozmawiali wyłącznie po arabsku, tylko jeden trochę znał angielski. Mężczyźni nosili czarne stroje, ale nie zakrywali twarzy. – Zasłaniali mi oczy tylko wówczas, gdy kilka razy przewozili mnie z miejsca na miejsce. Trudne było to, że wciąż nosiłem te same ubrania, ale zawsze miałem jedzenie i wodę – wspomina salezjanin.
Pytany, dlaczego właśnie jego oszczędzono w czasie napadu na misję, wyznał, że nie wie. - Zobaczyli Hindusa, cudzoziemca, może liczyli na pieniądze. Wydaje mi się, że byli to zwykli kryminaliści, a nie islamscy fundamentaliści – zastanawia się. Po porwaniu pytali, kto się będzie starał go uratować - władze Indii, skąd pochodzi, księża, rodzina. Dopytywali, kogo zna w Jemenie i czy ma jakichś znajomych w wojsku rządowym. – Odpowiedziałem, że jako misjonarz podlegałem w tym kraju bp. Paulowi Hinderowi, wikariuszowi apostolskiemu Arabii Południowej, ale nie wiem, czy się z nim kontaktowali. Nie mam pojęcia komu zawdzięczam wolność – wyznaje.


To wciąż boli
Ks. Tom poprosił dziennikarzy, by nie pytali go o zamordowane misjonarki miłości, z którymi pracował. – To wciąż zbyt boli – wyznał.
Ich współsiostry obecne były na tym spotkaniu. Przyniosły ze sobą ostatni list, jaki otrzymały przed zamordowaniem. - Kiedy bombardowania stają się ostrzejsze, klękamy przed Najświętszym Sakramentem, prosząc Jezusa Miłosiernego, by strzegł nas i naszych podopiecznych. Nieraz chronimy się pod drzewami, ufając, że Bóg nas ustrzeże, a potem biegniemy do naszych ubogich – pisały. - Bóg nie może przestać być hojnym, dopóki trwamy w Nim i przy najuboższych. Nasi podopieczni to ludzie starzy, upośledzeni fizycznie i umysłowo, niewidomi – napisały zakonnice, podkreślając, że razem z nimi żyją i razem umrą.
Ks. Tom pytany o przyszłość powiedział: „moje życie i przyszłość należą do Boga”. Badania wykazały, że jest w dobrej formie i w Rzymie oczekuje na paszport, by wrócić do rodzinnych Indii. Pochodzi z Kerali na południu tego kraju, z głęboko katolickiej rodziny, a jego stryj Matthew był również salezjaninem i to on założył misję w Jemenie, w której Tom pracował 4 lata. Żartując z dziennikarzami stwierdził, że Bóg dla każdego ma swoje drogi, bo on nigdy wcześniej nie spotkał papieża, a teraz mu się to udało. Zapewnił papieża, że wszystkie swoje cierpienia ofiarował w intencji jego pontyfikatu i Kościoła powszechnego.


Paweł Beyga źródło: http://www.katolik.pl/

Czy Bóg żąda od człowieka kultu publicznego? Czy nie wystarczy zamknąć się w izdebce, aby wołać do „Ojca który jest w ukryciu” (por. Mt 6.4)? Można podobnych postulatów doszukać się w głoszonych często hasłach typu „Bóg tak – Kościół nie”.

Jednym z głównych błędów, które wykazują bezzasadność tezy o zbędności czynności liturgicznych jest fałszywe przekonanie o konflikcie pomiędzy prywatną pobożnością a liturgią.

Zazdrość Kaina o ofiarę Abla

Ofiary widać już w czasach pierwszych ludzi. Powodem kolejnego grzechu na ziemi była zazdrość Kaina o ofiarę Abla. W wyniku tej sytuacji spotykamy się na kartach Pisma Świętego z grzechem bratobójstwa. Istnieją różne hipotezy na temat powodu nie przyjęcia przez Boga ofiary Kaina. Jednakże można wyciągnąć wniosek, iż dla praludzkości problem ofiary i przyjęcia jej przez Jahwe był jednym z najważniejszych spraw życia. Niepowodzenie w kwestii kultu doprowadza nawet do zazdrości i grzechu.

Bóg chciał zamieszkać pośród swojego ludu

Jahwe już w czasach Starego Testamentu żądał od Mojżesza określonego sposobu sprawowania kultu. Poczynając od opisu ołtarza całopalenia, poprzez olej i kadziło oraz szaty kapłańskie. Bóg chciał zamieszkać pośród swojego ludu. Dał On Mojżeszowi szczegółowe wytyczne co do liturgii Izraela. Pan mógł przecież poprzestać na realizacji swojego planu zbawienia na kontakcie z Mojżeszem, a jednak chciał aby kult miał charakter publiczny.

Jak wielkie znaczenie miał kult, który potem przeniósł się do świątyni jerozolimskiej, widać w niewoli babilońskiej. Miejsce sprawowania liturgii Izraela było zniszczone, a On sam wyprowadzony ze swojej ziemi. W tej sytuacji Naród Wybrany staje się niejako sam żertwą ofiarną i „miłą wonią dla Jahwe” ( por. Kpł. 1,9).

Wszystkie ofiary Starego Przymierza zmierzały i osiągnęły swoją pełnię w Nowym Przymierzu. Stary kult został zastąpiony przez nowy, który jest najdoskonalszy. Ewangeliści odwołują się w wielu miejscach do kultu świątynnego, szczególnie zaś w opisach Męki Pańskiej. Łukasz Ewangelista buduje ewangelię na motywie drogi Jezusa do Jerozolimy, ponieważ tam znajdowała się świątynia. To w niej składano ofiary Najwyższemu. Ten ewangelista także zaczyna i kończy swoją ewangelię w świątyni. Święty Marek biegnie w opisie podczas śmierci Chrystusa do świątyni, aby ukazać adresatom swojej ewangelii, że w tym momencie rozdarła się zasłona przybytku. Stare Przymierze przestaje obowiązywać. Posługując się słowami hymnu świętego Tomasza z Akwinu Pange lingua można powiedzieć, że „Niech przed Nowym Testamentem starych praw ustąpi czas”. Święty Jan Chryzostom mówi w jednej z katechez, że krew zwierzęcia nierozumnego może ocalić człowieka tylko dlatego, że jest to pierwowzór Krwi Chrystusa. Złotousty wyraźnie wskazuje na ofiary Starego Przymierza jako na obraz Ofiary na Golgocie.

To czyńcie na moja pamiątkę (Łk 22,19)

Jednym z ważniejszych momentów, gdy Chrystus mówi o koniczności kultu jest moment Ostatniej Wieczerzy. Była to wieczerza paschalna, której Zbawiciel nadał nowy sens. Jej przebieg był ściśle określony przez Prawo. Przy tzw. trzecim kielichu Jezus przemienia wino w swoją Krew. Kolejny kielich zaś opuszcza i wskazuje, że będzie nim jego Męka i Śmierć. O potrzebie kultu Jezus mówi w słowach: „To czyńcie na moja pamiątkę” (Łk 22,19). Chrystus wskazuje iż to co stało się w Wieczerniku nie było w Bożym planie jednorazowym wydarzeniem. Nowa Ofiara staje się na zawsze zależna od wydarzeń na Kalwarii w Wielki Piątek. Zgodnie z wolą Pana Jego słowa i gesty mają być powtarzane..

Chrystus w innym miejscu odwołuje się prawie wprost do modlitwy swojego Kościoła. „Gdzie dwóch albo trzech gromadzi się w imię moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18,20). Jezus nie tyle uzależnia wysłuchanie modlitwy od ilości członków, ale wskazuje na wspólnotowy charakter modlitwy. Zatem liturgia Kościoła, który jest posłuszny słowom i nakazom swojego Założyciela, także musi dokonywać się we wspólnocie. Każda Msza święta ma charakter publiczny. Modlitwa Kościoła podczas każdej Mszy obejmuje jego trzy stopnie: walczący tu na ziemi i pielgrzymujący do Niebieskiego Jeruzalem, cierpiący w czyśćcu oraz triumfujący w Domu Ojca.

Odrzucając liturgię odrzuca się samego Chrystusa

Czasami można słyszeć opinie, nawet wśród tych, którzy utożsamiają się z Kościołem katolickim, iż można modlić się jedynie prywatnie. Kościół wydaje się być im niepotrzebny, a oni tzw. „wierzącymi – niepraktykującymi”. Jednakże zapominają oni, że odrzucając liturgię odrzucają samego Chrystusa. Kult Kościoła jest sprawowany z polecenia samego Zbawiciela. Święty Leon Wielki mawiał, że „wszystko, co było widzialne w Chrystusie przeszło w sakramenty Kościoła”. Pan Jezus zdeponował całą prawdę w Kościele. Owa Oblubienica nigdzie nie jest sobą tak jak w liturgii.

Jeszcze inni widzą sprzeczność pomiędzy liturgią a pobożnością prywatną. Jednakże historia liturgii pokazuje, ze te dwie sfery życia Kościoła wzajemnie się dopełniają i ubogacają. Wiele elementów ludowych znajduje swoje miejsce w liturgii i są niejako jej przedłużeniem. Widać to dobrze w okresie Narodzenia Pańskiego. Kolędy, które śpiewa się w domach przy wigilijnym stole są wykonywane w świątyniach podczas czynności liturgicznych. Liturgia, a szczególnie Ofiara Mszy świętej jest najdoskonalszą formą modlitwy. Sam Chrystus ofiarowuje się Bogu Ojcu „na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata”. Zatem żaden człowiek nie może choćby najbardziej gorliwą modlitwą dorównać randze liturgii. Nie przekreśla to jednak konieczności modlitwy prywatnej. „Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca, który widzi w ukryciu” (Mt 6,6). To słowa Chrystusa, które właśnie odnoszą się do modlitwy osobistej. Zbawiciel pokazuje tutaj, że jeśli liturgia nie znajdzie swojego przedłużenia w życiu człowieka staje się wtedy właśnie zbędna, bo do niczego nie zobowiązuje i nie prowadzi.

Liturgia, przedsmakiem zbawienia

Liturgia ze swojej natury ma charakter publiczny. Najdoskonalsza liturgia niebieska gromadzi całą społeczność zbawionych oraz tych wiernych, którzy pielgrzymują do Niebieskiego Jeruzalem i walczą o życie wieczne. Zakończenie każdej prefacji przyzywa aniołów i świętych, aby wszyscy wołali do Pana „una voce”. Dzięki Męce, Śmierci i nade wszystko Zmartwychwstaniu Chrystusa jesteśmy zaproszeni do udziału w liturgii zbawionych po śmierci. Jej przedsmak to liturgia ziemska, która jest jedynie jej lichym odbiciem i zapowiedzią. Paweł Beyga Liturgia.pl

Ks. Tomasz Horak źródło: http://opole.gosc.pl/


Pytam: jaki autorytet jest potrzebny? na czym bazujący? jak się objawiający (lecz nie narzucający)? by wspólnota rosła, a ewangelizacja była możliwa i owocna?


„Jaka jest nasza największa słabość? Czeka na nas wiele zakamuflowanych pułapek tylko ...dlaczego inni na nas je zastawiają. Dlaczego my tych pułapek nie zastawiamy?” Pyta przed tygodniem w swoim poście czytelnik – a to w kontekście ważkiego stwierdzenia abpa Nossola: „nie bójmy się silnego islamu ale słabego chrześcijaństwa”. I pada próba odpowiedzi. Trudnej odpowiedzi, może nawet nieco prowokującej: „oni mają plan walki z Kościołem a my nie mamy planu ewangelizacji. Dla nas ewangelizacja jest wtedy kiedy ktoś coś mówi o Chrystusie ...to mało, to stanowczo za mało”. Tak, racja. Owszem, mówienie o Chrystusie, przedkładanie słów i treści ewangelii jest jądrem ewangelizacji. Posłużę się (w stylu Jezusowej ewangelii) porównaniem. Jest orzech. Widać twardą skorupę, nie tylko widać – można dotknąć tej twardości. Ktoś odrzuci. Ktoś spróbuje zębami. Ktoś przyłoży kamieniem... Ten ostatni ma rację. Skorupa do odrzucenia. A w środku – pyszności! Ewangelizacja, by mogła zaistnieć, musi najpierw dotrzeć do tych przeróżnych skorup, które człowieka od Jezusa (i od drugiego człowieka) oddzielają. Dotrzeć, jakoś je skruszyć i pomóc odrzucić.
Ewangelizacja, by skuteczną była w ludzkiej warstwie, musi opierać się na relacji człowieka do człowieka. Trzeba zaufać facetowi, który mówi: wal kamieniem śmiało, tam jest coś! Zaufać – to jeden z elementów wspólnoty (o czym czytelnicy też napisali). No i tu mógłby być cały wykład na temat wspólnoty. Ale wykład jest do kitu. Wspólnoty trzeba doświadczyć i w nią się zanurzyć. Sam doświadczyłem tego – w dwóch odsłonach. Pierwsza to górskie, czasem trudne wyprawy. Nie taternickie, a turystyczne. Albo się ktoś we wspólnotę wbuduje, albo wraca do domu na własne życzenie. Druga odsłona to oazy ruchu, który z jakimś moim współudziałem przyjął nazwę „Światło – Życie”. Ojciec Blachnicki był geniuszem ewangelizacji, a to na dwóch płaszczyznach: praktyczno – pedagogicznej i teoretyczno – teologicznej. Temat rozległy, nie na felieton.
Wracam do uwag czytelnika Hammurabiego. Cytuję: „Tam gdzie jest jedynie instytucja i terminy nabożeństw nie mamy do czynienia z kościołem rozumianym jako wspólnota tylko... punktem usług liturgicznych”. Ta diagnoza jest takim zdroworozsądkowym streszczeniem części wywodów papieża Franciszka w adhortacji "Evangelii Gaudium". Dygresja: po co mam smartfona? Żeby także mieć pod ręką ważne teksty, między innymi tę właśnie adhortację. Polecam tę funkcję, którą ma każdy współczesny telefon. Mniej zdjęć, więcej rzeczy do poczytania. A wspomnianą adhortację w pliku 161 kB, bez zbędnych formatowań a z hierarchicznym układem tekstu można znaleźć tutaj.
(http://www.tohorak.opole.opoka.org.pl/Ev-Gaudium.docx)
Powtórzę słowa czytelnika: „Oni mają plan walki z Kościołem a my nie mamy planu ewangelizacji”. Nawet nie jest istotne, kim są ci „oni”. Ważne, żebyśmy, właśnie my sami mieli plan ewangelizacji. I choć powiedziano, napisano, przekonferowano, nadrukowano wiele, wydaje mi się, że klarownego, prostego – a przez to przystępnego i możliwego do zrealizowania planu brakuje. Zaś tym istniejącym niedostaje właśnie prostoty i klarowności. Tej, której uczyłem się od ojca Blachnickiego. Czy nie warto sięgnąć do jego wiedzy i ogromnego doświadczenia?
A w sprawie budowania wspólnoty można też od facebooka się uczyć. My go czasem jako kanału, nawet nie jako narzędzia ewangelizacyjnego używamy. A choćby taki facebookowy chwyt – w ogłoszeniach (by nie stały się elementem li tylko instytucjonalnym) zmieścić jeszcze takie okienko: „W tym tygodniu urodziny obchodzą... Złóż im także twoje osobiste życzenia”. Pewnie niektórzy już na to wpadli. A może jeszcze coś jest do wymyślenia?
Na koniec myśl obudzona postem czytelniczki (Nika). Wspomina ona scenę z samolotu, gdy grupa nastolatków skupiona wokół opiekuna prowadziła intensywną rozmowę. I cytat: „sposób rozmowy wskazywał na duży autorytet, jakim ta osoba się wśród nich cieszyła”. Pytam: jaki autorytet jest potrzebny? na czym bazujący? jak się objawiający (lecz nie narzucający)? by wspólnota rosła, a ewangelizacja była możliwa i owocna? Oczywiście odpadają proboszczowie w stylu dyktatorów, a wikarzy w stylu kumpli. To na „nie”. A na „tak” – wiele podpowiedzi jest we wspomnianej adhortacji papieża Franciszka.

Krzysztof Osuch SJ źródło: http://www.katolik.pl/


Daj mi poznać Twoje drogi, Panie, naucz mnie chodzić Twoimi ścieżkami (Ps 25)

Piotr zbliżył się do Jezusa i zapytał: Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy? Jezus mu odrzekł: Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy. Dlatego podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał rozliczyć się ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który mu był winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego ich oddać, pan kazał sprzedać go razem z żoną, dziećmi i całym jego mieniem, aby tak dług odzyskać. Wtedy sługa upadł przed nim i prosił go: Panie, miej cierpliwość nade mną, a wszystko ci oddam. Pan ulitował się nad tym sługą, uwolnił go i dług mu darował. Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: Oddaj, coś winien! Jego współsługa upadł przed nim i prosił go: Miej cierpliwość nade mną, a oddam tobie. On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu. Współsłudzy jego widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło. Wtedy pan jego wezwał go przed siebie i rzekł mu: Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą? I uniesiony gniewem pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda. Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu.
(Mt 18,21-35)

Każdy człowiek jest wielkim dłużnikiem Boga

Przypowieść Jezusa, do której się odnosimy (Mt 18,21-35), jest dla nas jednocześnie arcypoważną przestrogą i wspaniałą ewangelią – dobrą wiadomością. Jesteśmy zachęcani do ufnego proszenia Boga o przebaczenie i do zaofiarowania go naszym bliźnim. Trzeba koniecznie nauczyć się przyjmować przebaczenie i zaofiarowywać je naszym bliźnim, by nie podpaść pod sankcję z tego zdania Jezusa: I uniesiony gniewem pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda. Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu.

Z Jezusowej przypowieści możemy wyczytać to przede wszystkim, że każdy człowiek jest wielkim dłużnikiem Boga. Mówiąc obrazowo, zaciągnęliśmy wielki dług – nie studenarowy, ale dużo większy. Sto denarów to równowartość zapłaty za sto dni pracy niewykwalifikowanego robotnika. Nasz dług wobec Boga to dziesięć tysięcy talentów! Jeden talent to, dokładnie mówiąc, 34,272 kg złota lub srebra. Łatwo policzyć: 10.000 talentów to 342720 kg złota lub srebra! W tonach to ponad 342. Taka ilość szlachetnego kruszcu musi zaintrygować i dać pewne przeczucie zarówno ogromu Bożych obdarowań jak i wielkości naszego zadłużenia wobec Boga Stwórcy. Rzeczywiście, wszystko, kim jesteśmy i co mamy na tym świecie, jest czystym darem Boga dla nas, dla mnie! Ogromne obdarowanie zamienia się w ogromne zadłużenie, gdy od Boga odchodzimy, sprzeniewierzając się Jego Miłości. Wygląda to wtedy tak, jakbyśmy (bezpowrotnie) roztrwonili wielką pożyczkę czy dzierżawę.

Sprzeniewierzamy właśnie „tysiące talentów”, gdy rezygnujemy z życia w miłosnej komunii z Bogiem, by delektować się tylko sobą, stworzeniami i w ogóle życiem na poziomie używania. Taka rezygnacja z Boga jest poważnym grzechem. Taki grzech – wraz z wpisanym weń zwątpieniem w Boga – czyni nas niewypłacalnymi dłużnikami. Bóg tak potraktowany mógłby słusznie zażądać zwrotu „wszystkiego”! A człowiek nie ma środków, by wyrównać krzywdę wyrządzoną Bogu – poprzez sprzeniewierzenie Jego nieskończonej miłości, zainwestowanej w samego człowieka i w całe środowiska życia na Ziemi!

Bóg ma wspaniały gest

Okazuje się jednak, że Bóg ma wspaniały gest. Gdy człowiek prosi Boga o darowanie długu i o przebaczenie winy, to On natychmiast przychyla się do prośby. Bóg okazuje się wobec nas Kimś tak dobrym i miłosiernym, że darowuje największe długi. Po prostu, taki jest styl Boga! Miarą miłości Boga jest miłowanie bez miary! Bóg za każdym razem mówi do człowieka-grzesznika, proszącego o darowanie długu i win: «Jeśli trzeba darować ci choćby trzysta ton zdefraudowanego złota mojej Miłości, to proszę bardzo. Wiem, że i tak nie masz z czego oddać. A dla Mnie liczy się tylko to jedno: byś powrócił do ufnej i miłosnej relacji ze Mną. Wiem dobrze (znacznie lepiej niż ty), dlaczego powołałem cię do istnienia. Nie chcę, byś był nieszczęśliwy z powodu popadnięcia w tarapaty grzechu, zła, nieprawości. Gdy zawracasz i prosisz o przebaczenie, to cały twój dług zostaje darowany natychmiast. Odzyskujesz od razu godność syna, godność Bożego dziecka ».

W tym miejscu można by obszerniej przywołać ewangelię przebaczenia i usprawiedliwienia. Katechizm Kościoła Katolickiego traktuje o tym w numerach 1987-2005. Można by dłużej rozważać wspaniałość i wielkość Bożego Miłosierdzia jako największego przymiotu Boga. Świętą siostrę Faustynę Jezus niestrudzenie i wiele lat pouczał o bezmiarze Bożego Miłosierdzia. A jest nam ono zaofiarowane – także po to, byśmy i my zechcieli być miłosierni we wzajemnych międzyludzkich relacjach.

Nasza zdolność przebaczania jest niewielka

Okazuje się jednak, że nasza zdolność przebaczania jest niewielka. Czasem brakuje nam zdolności przebaczania już w zderzeniu z najmniejszymi przewinami naszych bliźnich. I o tym mówi Jezus zestawiając obok siebie dwóch zadłużonych. Jeden był winien sto tysięcy talentów, a drugi sto denarów. Okazuje się, że ów wielki dłużnik – sam tak łatwo i szybko obdarowany przebaczeniem i darowaniem długu – wychodzi na ulicę i, jakby natychmiast zapominając o wszystkim, co się przed chwilą wydarzyło, zachowuje się tak, jakby nie było w nim ani krzty przyzwoitości i odrobiny miłosierdzia. Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: Oddaj, coś winien! Jego współsługa upadł przed nim i prosił go: Miej cierpliwość nade mną, a oddam tobie. On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu – Na nic zdały się prośby... Obdarowany sługa postanowił zachować się dokładnie odwrotnie proporcjonalnie do tego, czego sam przed chwilą doświadczył! – I to jest jego wielki problem.

Czy jest także to nasz i mój problem? Tamten, choć został tak bardzo obdarowany przebaczeniem, nie pojął, że życie człowieka na Ziemi jest możliwe tylko wtedy, gdy się przebaczenie przyjmuje i zaofiarowuje. Niepojętny sługa musi stawić się przed swoim wierzycielem jeszcze raz i pobrać lekcję na temat niegodziwości stosowania dwóch miar: jednej dla siebie, a całkiem innej dla bliźniego.

Nauka Jezusa jest dość oczywista, choć trudno ją wdrażać na co dzień – i to nie jeden raz, ale i 77 razy na dzień, czyli za każdym razem, gdy zachodzi taka potrzeba. „W mniemaniu Piotra liczba 7 oznaczała bardzo wielką wyrozumiałość, zwłaszcza że rabini uczyli, iż Bóg daruje winy do 3 razy. – Piotr usłyszał w odpowiedzi, że ma przebaczyć aż 77 razy albo też 70 razy 7. Tekst grecki dopuszcza jedno i drugie tłumaczenie. W jednym i drugim wypadku nie o liczby chodzi, ale o to, aby przebaczać bliźniemu «bez końca, stale i zawsze» (św. Jan Chryzostom). Przypowieść o niemiłosiernym dłużniku jest ilustracją nakazu przebaczania bliźnim” (komentarz z Biblii Poznańskiej).

Reakcja pana, który darował wielki dług, jest bardzo zdecydowana wobec niemiłosiernego sługi. Wtedy pan jego wezwał go przed siebie i rzekł mu: Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą? I uniesiony gniewem pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda. Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu. Gniew pana nie jest, oczywiście, jakimś ślepym gniewem, ale wychowawczym; takim, który ma wstrząsnąć. Skoro do kogoś nie przemawia skala otrzymanych darów i ogrom darowanych długów oraz win, to trzeba w jakiś inny sposób przemówić do rozumu i serca. Zazwyczaj bywa to droga cierpienia, które ma skłonić do rzetelności i prostoty w używaniu rozumu, a także do wykrzesania choćby odrobiny serca, uczucia, miłosierdzia – także dla bliźniego.

Byłoby milej, Bogu i nam, gdybyśmy na drogę przebaczenia wkraczali, idąc krótszą drogą, oszczędzając sobie nadmiaru wychowawczych cierpień. Bardzo pomoże nam w tym modlitwa prośby o łaskę bycia miłosiernym i hojnym w przebaczaniu wobec naszych bliźnich.

Prośba św. Faustyny o łaskę bycia miłosiernym

„+ Ile razy pierś ma odetchnie, ile razy serce moje uderzy, ile razy krew moja zapulsuje w organizmie moim, tyle tysięcy razy pragnę uwielbić miłosierdzie Twoje, o Trójco Przenajświętsza.

+ Pragnę się cała przemienić w miłosierdzie Twoje i być żywym odbiciem Ciebie, o Panie; niech ten największy przymiot Boga, to jest niezgłębione miłosierdzie Jego, przejdzie przez serce i duszę moją do bliźnich.

Dopomóż mi do tego, o Panie, aby oczy moje były miłosierne, bym nigdy nie podejrzewała i nie sądziła według zewnętrznych pozorów, ale upatrywała to, co piękne w duszach bliźnich, i przychodziła im z pomocą.
Dopomóż mi, aby słuch mój był miłosierny, bym skłaniała się do potrzeb bliźnich, by uszy moje nie były obojętne na bóle i jęki bliźnich.
Dopomóż mi, Panie, aby język mój był miłosierny, bym nigdy nie mówiła ujemnie o bliźnich, ale dla każdego miała słowo pociechy i przebaczenia.
Dopomóż mi, Panie, aby ręce moje były miłosierne i pełne dobrych uczynków, bym tylko umiała czynić dobrze bliźniemu, na siebie przyjmować cięższe, mozolniejsze prace.
Dopomóż mi, aby nogi moje były miłosierne, bym zawsze śpieszyła z pomocą bliźnim, opanowując swoje własne znużenie i zmęczenie. Prawdziwe moje odpocznienie jest w usłużności bliźnim.
Dopomóż mi, Panie, aby serce moje było miłosierne, bym czuła ze wszystkimi cierpieniami bliźnich. Nikomu nie odmówię serca swego. Obcować będę szczerze nawet z tymi, o których wiem, że nadużywać będą dobroci mojej, a sama zamknę się w najmiłosierniejszym Sercu Jezusa. O własnych cierpieniach będę milczeć. Niech odpocznie miłosierdzie Twoje we mnie, o Panie mój.

+ Sam mi każesz się ćwiczyć w trzech stopniach miłosierdzia; pierwsze: uczynek miłosierny – jakiegokolwiek on będzie rodzaju; drugie: słowo miłosierne – jeżeli nie będę mogła czynem, to słowem; trzecim – jest modlitwa. Jeżeli nie będę mogła okazać czynem ani słowem miłosierdzia, to zawsze mogę modlitwą. Modlitwę rozciągam nawet tam, gdzie nie mogę dotrzeć fizycznie.

O Jezu mój, przemień mnie w siebie, bo Ty wszystko możesz” (Dzienniczek, nr 163).

Następuje w Dzienniczku taka uwaga: [Zostawione cztery strony wolne]. Można to odczytać symbolicznie. Strony do zapisania w codzienności.

o. Krzysztof Osuch SJ

Mateusz.pl


Maryja
Kobieta, która może być dla Ciebie wzorem.


Anna Gładkowska dodane 16.09.2017 06:00 źródło: http://biblia.wiara.pl/


„Bądźmy pewni, że nie znajdziemy lepszego środka na okazanie Bogu naszej miłości, jak oddając się Maryi, a przez Nią Jemu” - bł. H. Koźmiński.
Maryja pokazuje nam jak Bóg wymarzył sobie człowieka (por. Rdz 1,26-27). Tak, bo to prawda: każda z nas jest marzeniem Boga; tak, bo to prawda, że Bóg wymarzył sobie każdą z nas, wziął proch ziemi, tchnął w ten proch swoją Miłość i tak powstałyśmy, Ty i ja (por. Rdz 2,7).
Dlaczego to właśnie Maryję przedstawiam jako wzór człowieka? Ponieważ Ona, jest kobietą, w której wnętrzu panuje ład i harmonia. Być może słyszałaś słowa, że „oczy są oknami duszy”, że patrząc w oczy drugiego człowieka można dostrzec to, co rozgrywa się w jego wnętrzu. Może zdarzyło się, że widziałaś osobę, która mimo braku pięknych i modnych strojów promieniała wewnętrznym blaskiem. Tak też było w przypadku najpiękniejszej z kobiet: wewnętrzny ład i harmonia Maryi były widoczne na zewnątrz: w Jej nielicznych wypowiedziach (por. J 2,3; por. J 2,5), a także w dniach pełnych milczenia (por. Łk 2,19). Jej słowa były zgodne z myślami, uczucia z czynami, bo ich celem był Bóg, Jego pragnienia i Jego miłość (por. Łk 1,38).
Niestety, w każdej z nas istnieje rozłam, o którym chciałybyśmy zapomnieć, bo o ile nad tym, co zewnętrzne udaje nam się panować, to nad tym, co dzieje się wewnątrz nas tracimy kontrolę. Dlaczego tak jest? Przyczyną owego wewnętrznego rozłamu jest grzech i to, że im dłużej żyjemy w jego bagnie, tym trudniej nam wyciągnąć rękę po Boże Miłosierdzie (por. Rz 7,13). Grzech jest przyczyną istniejących w nas sprzeczności: potrzeby aktywności, a jednocześnie odpoczynku; pragnienia, aby w naszym życiu byli obecni inni ludzie, a jednocześnie chęć samotności (por. Rz 7,15-17). Jednak Maryja, począwszy od chwili Zwiastowania (por.Łk 1,38), aż po śmierć krzyżową Jezusa (por. J 19,25) umiała mówić Bogu swoje: fiat, wyrażając w ten sposób zgodę na Jego wolę. I dlatego właśnie każda z nas może czerpać z Maryi wzór postępowania tak, aby w każdej chwili życia mówić Bogu swoje: tak, wyrażając w ten sposób postawę pełną gotowości na to wszystko, co przygotował dla nas Bóg, a co dzięki naszej zgodzie i współpracy z Bożą łaską może zostać zrealizowane (por. 2 Kor 12,9).
Matka Syna Bożego, może być wzorem kobiety matki, która przyjmuje informacje o dziecku, może pierwszym, może kolejnym, ale przyjmuje tę wiadomość ufając, że Bóg wie, co robi obdarzając ją potomstwem (por. J 19,26). „Maryja staje się ideałem kobiecości. Dar doświadczenia macierzyństwa to obdarowanie od Boga specjalną łaską, błogosławieństwem, człowiek współdziała w dziele stworzenia. Maryja objawia się w różnych miejscach na świecie, przychodzi jako osoba zwyczajna, skromna, ukazuje się dzieciom, ludziom prostym jako nieznana, ale bardzo bliska i ciepła” (ks. T. Pełszyk). Maryja, może być również wzorem dla każdej rodziny, w której powinny panować ład i harmonia, które były obecne w nazaretańskim domu (por. Łk 2,51-52).
Sługa Boży, Stefan kardynał Wyszyński mówił, że „Każdy człowiek – nawet najmocniejszy, najbardziej pewny siebie – potrzebuje dla dobra osobistego i społecznego wartości duszy kobiecej, aby mocny nie stał się tyranem, aby ten co ufa tylko sobie – nie poniewierał dziećmi Bożymi”. Możemy uczyć się od Maryi: dobroci, ofiary, posłuszeństwa, czułości i opiekuńczości. I dlatego jako kobiety powinnyśmy oddawać się Matce Pana w opiekę i prosić Ją, aby uczestniczyła w naszym codziennym życiu; prosić, aby przykład Jej życia był przyczyną naszej radości i zachętą, abyśmy stawały się podobne do Tej, która jest pełna łaski, miłości do Boga i każdego człowieka (por. Łk 1,28).

NABOŻEŃSTWA

ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU - CODZIENNIE 16:30 - 18:00

NOWENNA DO MATKI BOŻEJ OGNISTEJ - W KAŻDĄ ŚRODĘ 17:40

DO ŚW. JÓZEFA: KAŻDY CZWARTEK 17:40

DROGA KRZYŻOWA: PIĄTEK - 7:00 I 17:30 - DLA WSZYSTKICH, 15:30 - DLA DZIECI

GORZKIE ŻALE: NIEDZIELE WIELKIEGO POSTU 15:00, 17:00

PORZĄDEK MSZY ŚWIĘTYCH

MSZE ŚWIĘTE W NIEDZIELE
6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:15
(Msza św. w intemcji parafian), 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W NIEKTÓRE UROCZYSTOŚCI I ŚWIĘTA:
6:30, 9:30, 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W DNI POWSZEDNIE
6:30, 16:00 - W KAPLICY MATKI BOŻEJ, 18:00