Czytelnia

ks. Tomasz Horak dodane 09.03.2019 08:56 źródło: https://opole.gosc.pl/

Jeśli już seksualna rewolucja ostatnich dziesięcioleci odbiła się na demografii, o ileż bardziej zabrniemy w katastrofę wyludniania się całych połaci naszej planety wskutek uderzenia w rodzinę.

Zacznijmy od rewolucji francuskiej. Nie tej, którą proponuje Macron - tej nie będzie. O rewolucji z końca XVIII wieku myślę. Czasem piszą ją dużymi literami - chyba nie warta tego. Zaglądam do internetowej ściągi, cytuję kilka sformułowań: hasło "wolność, równość i braterstwo"... Zaczęła się nowa epoka, okupiona ogromem ludzkiej krwi i cierpienia... Oprócz Francji dotknęła pośrednio wiele sąsiednich państw.
Hasło było przewrotnie odwrotne od rzeczywistości. Nowa epoka sięgnęła po starą metodę okrutnego mordowania ludzi. Dotknęła - tego słowa używa się w kontekście tragicznych wydarzeń; tak było. Jeśli miała coś osiągnąć, to zupełnie rozminęła się z wizją nowej epoki. Albo inaczej - zapoczątkowała epokę niepohamowanej wrogości wobec ludzkiego życia. Bo ludzie ginęli nie wskutek udziału w walkach, najwięcej ginęło mordowanych na różne sposoby, bo nie pasowali do wizji tej nowej epoki.
Do czego można porównać ową rewolucję? Do znachora, który usiłuje leczyć chorego. Właściwie nie leczyć, a zawładnąć chorym i innymi - wszak każdy kiedyś zachoruje. Znachor jednak oszalał i zabija kogo popadnie.
120 lat później zaczęła się inna rewolucja. Jej dzieci też zwały ją wielką. Była rewolucją bolszewicką (radykalnie komunistyczną). Jej hasła były podobne do francuskich. Celem zaś miało być poprawienie doli proletariatu. I, podobnie jak kiedyś, wszystko działo się odwrotnie do pięknych haseł. Wymordowanych ludzi nie sposób się doliczyć. Tym bardziej że machina tej rewolucji kręciła się dalej - nawet za naszych dni i nawet w naszym kraju.
Do czego ją porównać? To już nie oszalały znachor, a czereda rozbójników, którym nie na zysku zależy, a na destrukcji, niszczeniu i zabijaniu. Na takiej destrukcji świata, by dalej sam niszczył i zabijał.
I tak się działo. Bolszewików w tym dziele z czasem wspomogli faszyści. Obozy śmierci to ich, niemiecki wynalazek. Ale iluż ludzi można zabić? Miliony. Czy może być coś gorszego? Pewnie może.
Kolejna rewolucja? Jaka? Inna, wszelako też rewolucja. Seksualno-obyczajowa. Rok 1968 - choć nie było wtedy ani zburzenia Bastylii, ani wystrzału z "Aurory". Obyczajowość poszła w kierunku upodobnienia się kobiet i mężczyzn - wszyscy ubrali się w jednakowe dżinsy. Kobiety sięgnęły także po bardziej "męskie" zawody. "Ludwik" został odesłany "do rondla". Kłopotem zaczęły być dzieci, no bo to... Każdy wie, o co chodzi. Z pomocą przyszły wynalazki skierowane przeciw potencjalnemu życiu. Mechaniczne, chemiczne, kalendarzyk. Wreszcie słynna "pigułka" sięgająca bardzo głęboko, bo rozregulowująca delikatną równowagę biologiczną kobiety (a chłopy miały "z głowy"). Wszystkie metody mniej lub bardziej zawodne. Skutek? Aborcja. Jedno słowo - tysiąc problemów. I motyw wszystkich rewolucji wrócił: zabijać! Jak najwięcej, jak najsprawniej. I "legalnie".
Porównań nie trzeba. Tylko zdziwienie, że od głupich dżinsów doszliśmy właściwie do ludobójstwa. I całej, niebagatelnej otoczki (nie)obyczajowej. Jasne, w tej dziedzinie zawsze "się działo". Ale nie tyle i nie tak ostro, jak od 50 lat się dzieje.
I to nie koniec rewolucji. Gdy kilka lat temu w programie wykładów dla księży przeczytałem słowo "gender", nie miałem pojęcia, o co chodzi. Wykładowcę znałem jako człowieka mądrego, oczytanego, o wyważonych poglądach. "Coś musi być na rzeczy" - pomyślałem. Kilka lat, a okazuje się, że ten cały "gender" gorszy od wszystkich poprzednich rewolucji. Pomijam warstwę moralności - a jest ona niebagatelnie naruszana. Biblia problem odnotowała w historii Sodomy i Gomory, a ocena jest jednoznaczna i powtarza się w różnych biblijnych księgach.
Jaka zatem warstwa problemu jest nie do pominięcia? Otóż demografia. Jeśli już seksualna rewolucja ostatnich dziesięcioleci odbiła się na demografii, o ileż bardziej zabrniemy w katastrofę wyludniania się całych połaci naszej planety wskutek uderzenia w rodzinę?
Poprzednie rewolucje mordowały ludzi. Porównałem je do szalonego znachora, który - usiłując leczyć - zabijał. Iluż ludzi można zabić? Miliony? Straszne. Ale gdyby tak udaremnić powstawanie nowego życia... Wróg ludzi odkrył ideę antybiotyku. Bo jakiś tam roztwór, na przykład spirytus salicylowy albo też octenisept, bakterie zabija. Antybiotyk inaczej - antybiotyk niweczy mechanizm rozmnażania się bakterii. Jest przeciw (anty...) życiu (bios).
Pomysły obejmowane hasłową nazwą gender mają właśnie takie antybiotyczne działanie. Nawet aborcja z czasem stanie się zbędna. Po rozbiciu naturalnego modelu rodziny, dzieci radykalnie ubędzie. W drugim-trzecim pokoleniu sprawa człowieka na ziemi stanie się prehistorią. Pewnie niepisaną - bo któżby to miał wtedy pisać? I dla kogo? Chyba że ostoją się obszary Ziemi, których mieszkańcy odrzucą ten antybiotyk. Oni przetrwają.
Póki co przestroga: zważajcie, komu powierzacie rząd dusz w gminie i mieście, w kraju i w Europie. Tylu znachorów weszło w politykę i po władzę sięga. Nieraz skutecznie. To źle wróży.

 

ks. Mirosław Łanoszka dodane 10.03.2019 20:52 źródło: https://biblia.wiara.pl/

Choroba i uzdrowienie (namaszczenie chorych) w ekonomii zbawienia Starego Testamentu - Pięcioksiąg

Choroba i cierpienie należą bez wątpienia do najtrudniejszych doświadczeń ludzkiego życia. Skoro człowiek został stworzony do szczęścia (Rdz 2,8-17), to choroba w biblijnej koncepcji człowieka, wiążąc się w tajemniczy sposób z grzechem i złem (Rdz 3,16-19), świadczy o zachwianiu stwórczego porządku ustanowionego przez Boga. Choroba w pismach Starego Testamentu nie jest jednak postrzegana jako zaburzenie w funkcjonowaniu ludzkiego organizmu, które może zostać przezwyciężone dzięki medycznej wiedzy, gdyż za jedynego i skutecznego lekarza uważano Boga, dzielącego się swą mądrością z ziemskimi lekarzami.
Księga Wyjścia ukazuje pobyt Izraelitów na pustyni, po wyjściu z egipskiej niewoli, jako nieustanne doświadczanie obecności Boga, który naprawdę troszczy się o wybrany przez siebie naród. Jednym z wydarzeń mających uświadomić Izraelitom Bożą opiekę jest epizod związany z gorzkimi wodami w Mara (Wj 15,22-27). Bóg posługując się Mojżeszem uzdatnia gorzką wodę, mogącą wywołać chorobę (Wj 15,23), w zdatną do picia słodką wodę (Wj 15,25). W tym kontekście pojawia się motyw Boga uzdrawiającego: „PAN rzekł: Jeśli we wszystkim będziesz posłuszny poleceniom PANA, twojego Boga, i będziesz robił to, co jest zgodne z Jego wolą, jeśli będziesz posłuszny Jego przykazaniom i będziesz przestrzegał Jego ustaw, wówczas nie ześlę na ciebie żadnej z chorób, którymi dotknąłem Egipcjan, gdyż Ja jestem PANEM, który cię uzdrawia” (Wj 15,26). W ogłoszonej przez Boga deklaracji (hebr. ʼǎnî ʼǎdōnāj rōpeʼekā – „Ja jestem PAN, twój Uzdrowiciel”) pojawia się tytuł „twój uzdrowiciel (lekarz)”, który pochodzi od hebrajskiego rdzenia r-p-ʼ, wyrażającego ideę uzdrawiania lub leczenia. Ponieważ biblijni autorzy byli przekonani, że tylko Bóg ma moc uzdrawiania z chorób, stąd też w przywołanym fragmencie tytuł „twój uzdrowiciel (lekarz)” został związany ze zwrotem: „wszystkie te plagi” lub „wszystkie te choroby” (hebr. kōl-hammaḥǎlā(h) – pochodzi od rdzenia ḥ-l-h, wyrażającego ideę bycia słabym lub chorym), jakich doświadczyli Egipcjanie. O fizycznym powrocie do zdrowia, którego dokonuje Bóg w kontekście wstawienniczej modlitwy Abrahama mówi Księga Rodzaju: „Abraham modlił się do Boga i Bóg uzdrowił (hebr. rdzeń r-p-ʼ) Abimeleka, a także jego żonę i niewolnice, aby mogły rodzić” (Rdz 20,17). Abraham modlił się w intencji Abimeleka, króla Geraru, do Boga, a Bóg dokonał uleczenia, gdyż jest łaskawy dla wszystkich, którzy w życiu kierują się sprawiedliwością (Rdz 20,7.14).
Tytuł Boga – „twój Uzdrowiciel” ma dużo szerszy teologiczny kontekst. Tak, jak w przypadku uzdrowienia gorzkich wód w Mara, stających się dla Izraelitów źródłem życia, uzdrowienia nie trzeba wyłącznie utożsamiać z fizycznym powrotem do zdrowia. Bóg ma bowiem moc uzdrawiać każdą sytuację życiową człowieka, przywracać pokój, oddalać wszelakie zagrożenia lub uwalniać z jakiegokolwiek ucisku. Ponieważ Bóg pragnie być lekarzem człowieka, stąd też Stary Testament mówi o chorym, który przeżywa swoje cierpienie w obliczu Boga, błagając tego jedynego najlepszego lekarza, jakiego zna o uzdrowienie (Ps 6,3). Starotestamentowi autorzy często mówią o chorobie, którą postrzegają jako drogę wiodącą do nawrócenia (Ps 38,5; 39,9.12), a w Bożym przebaczeniu widzą początek powrotu do zdrowia (Ps 32,5; 107,20).

Choroba drogą wiodącą do nawrócenia
Szczególnie ważny tekst dla zrozumienia całej Księgi Kapłańskiej, jakim jest dwudziesty szósty rozdział tego pisma, otwierają Boże błogosławieństwa, które dotyczą życia w pokoju oraz płodności i urodzaju (Kpł 26,3-13). Po tym zbiorze następuje fragment zawierający zapowiedzi kar, które spotkają ludzi odrzucających Boga i Jego prawa (Kpł 26,14-39). Chociaż przekazany przez kapłańskiego autora „tekst przekleństw” (Kpł 26,14-39) mocno kontrastuje z poprzedzającymi go Bożymi obietnicami (Kpł 26,3-13), to jednak ma on charakter parenetyczny, czyli pouczający, a w tym przypadku przyjmuje kształt przestróg przed skutkami lekceważenia przymierza, jakie Bóg zawarł z człowiekiem.
Kapłański autor chcąc podkreślić, że zapowiadane kary służą pedagogii Boga, który nie chce zagłady swego ludu, lecz jego nawrócenia, każdą z pięciu serii ostrzeżeń rozpoczyna od spójnika „jeżeli” (hebrajska fraza przyjmuje kształt: we’im), wprowadzającego zdanie warunkowe. Stąd też początkowe wersety pierwszego zbioru przestróg brzmią: „Jeżeli zaś nie będziecie Mnie słuchać i nie będziecie wykonywać tych wszystkich nakazów, jeżeli będziecie gardzić moimi ustawami, jeżeli będziecie się brzydzić Moimi wyrokami, tak że nie będziecie wykonywać Moich nakazów i złamiecie Moje przymierze, to i Ja obejdę się z wami odpowiednio: ześlę na was straszne nieszczęście, wycieńczenie i gorączkę, które prowadzą do ślepoty i rujnują zdrowie. Wtedy na próżno będziecie siali wasze ziarno. Zjedzą je wasi nieprzyjaciele” (Kpł 26,14-16). Przytoczony tekst ilustruje konsekwencje świadomego nieposłuszeństwa Izraelitów względem Boga obrazem choroby: „wycieńczenie i gorączka”, które „zepsują oczy i zrujnują zdrowie” (Kpł 26,16) oraz klęski, jaką poniosą odwracający się od Boga Izraelici, gdyż pozostawieni samym sobie nie obronią się przed atakiem nieprzyjaciół (Kpł 26,17). Biblijny autor podkreśla, że Bóg nie chce zagłady swojego ludu, lecz jego nawrócenia. Ukazane w przywołanym fragmencie kary mają zatem charakter pedagogiczny. Podstawowym przewinieniem Izraela jest brak słuchania Boga (hebr. lō’ tišměʽû lî), które prowadzi do lekceważenia Bożych przykazań (hebr. miṣwôt). Połączenie czasownika hebr. šāmaʽ - „słuchać”) z partykułą przyimkową wraz z zaimkiem dzierżawczym dla pierwszej osoby liczby pojedynczej (hebr. lî – „mnie”) podkreśla świadome nieposłuszeństwo Izraela względem Boga, co oznacza nie tylko niechęć Izraela do słuchania Bożych nakazów, ale wręcz postawę pogardy i odrzucenia wobec Bożych nakazów. Ponieważ ta postawa prowadzi do naruszenia warunków przymierza, które pozwalają trwać Izraelowi w życiodajnej relacji z Bogiem, stąd też pojawiają się zapowiedzi różnych kar, służących zawsze oczyszczeniu, a nie zniszczeniu człowieka. Pośród zapowiadanych sankcji o charakterze leczniczym pojawia się „wycieńczenie i gorączka” (Kpł 26,16). Wskazane objawy zapowiadają wystąpienie choroby oczu oraz utratę sił, dlatego też dotknięci skutkami tymi dolegliwościami rolnicy „na próżno” (hebr. lārîq) będą zasiewać ziarno, gdyż zasiewy zostaną zniszczone przez nieprzyjaciela. Ponieważ Bóg chce ukarać swój lud, aby go uleczyć, stąd też znajduje stosowne środki, aby skłonić wybrany naród do nawrócenia.

Uzdrowienie - rytuał oczyszczenia po wyzdrowieniu z trądu
W czternastym rozdziale Księgi Kapłańskiej została zamieszczona procedura oczyszczenia człowieka, który znajdował się w stanie nieczystości rytualnej, zaciągniętej przez choroby skórne (Kpł 14,1-32). Człowiek dotknięty zakaźną chorobą skórną, w tym przypadku biblijny tekst posługuje się hebrajskim terminem hamměṣōrāʽ (Kpł 14,1), który oznacza „trędowatego”. Dopiero, kiedy stan uzdrowienia trędowatego został potwierdzony przez kapłana, możliwe było przeprowadzenie poszczególnych etapów obrzędu oczyszczenia, które pozwalały choremu w sposób pełny powrócić do społeczności ludzi zdrowych.
Ryt pierwszego dnia oczyszczenia (Kpł 14,2-8). Ośmiodniowe ceremonie oczyszczające rozpoczynały się poza zamieszkałą osadą, z której człowiek dotknięty trądem został wcześniej usunięty (Kpł 14,2-8). Chociaż trędowaty już wcześniej został uzdrowiony, to jednak w powrocie do sfery życia pomaga mu religijna wspólnota. Dlatego też, zanim rozpoczął się pierwszy etap obrzędu oczyszczenia kapłan wychodził do chorego, by stwierdzić jego faktyczne uzdrowienie. Wtedy miał miejsce rytuał dwóch ptaków (Kpł 14,5-7): jeden z nich był składany w ofierze, a drugi wypuszczany wolno, co miało symbolizować przejście ze śmierci, w jakiej znajdował się trędowaty do życia. Cały ten obrzęd bardzo przypominał liturgię Dnia Pojednania, kiedy jeden z kozłów był składany w ofierze, a drugi, a drugi wypędzany na pustynię (Kpł 16,21-22). Chociaż nad wypuszczonym ptakiem nie wyznawano grzechów chorego, to jednak należy przypuszczać, że uwolniony ptak oznaczał, że grzechy uzdrowionego człowieka zostały oddalone od miejsca zamieszkania pozostałej wspólnoty. Wypranie szat, zgolenie włosów oraz kąpiel, zamykające tę część obrzędów, symbolizowały oddalenie od trędowatego nieczystości oraz pragnienie przejścia do społeczności zdrowych. Zanim człowiek oczyszczający się wrócił do swego namiotu, musiał przez siedem dni pozostawać w obozie, poza własnym miejscem zamieszkania.
Rytuał dnia siódmego (Kpł 14,9) polegał na powtórzeniu golenia włosów, prania szat i kąpieli, co miało uczynić zadość rygorystycznym przepisom higienicznym dotyczącym nieczystości zaciąganej przez choroby skórne, wyjątkowo trudne do usunięcia. Ponowienie tych procedur wskazywało na radykalną zmianę statusu dotychczas chorego człowieka, początek nowej fazy życia – rytualnie „czystego”.

Krew i oliwa - rytualne substancje aplikowane w rycie oczyszczenia z chorób skórnych
Księga Kapłańska w opisie rytuału przebłagania po uzdrowieniu trędowatego przekazuje następujące instrukcje: „Następnie kapłan weźmie nieco krwi z ofiary zadośćuczynienia i pomaże nią wierzch prawego ucha człowieka poddającego się oczyszczeniu, kciuk jego prawej ręki i duży palec jego prawej nogi. Potem kapłan weźmie log oliwy i wyleje nieco na swą lewą dłoń. W tej oliwie na lewej dłoni zanurzy prawy palec i pokropi nią siedem razy przed PANEM. Oliwą pozostałą na dłoni, kapłan pomaże prawe ucho człowieka poddającego się oczyszczeniu, kciuk jego prawej ręki i duży palec prawej nogi, nad miejscem pomazanym krwią ofiary zadośćuczynienia. Resztę oliwy, jaka jest na jego dłoni, wyleje na głowę człowieka poddającego się oczyszczeniu. W ten sposób przebłaga za niego PANA” (Kpł 14,14-18).
Rytuał ósmego dnia (Kpł 14,10-32) mówi o składaniu darów w sanktuarium na ofiarę: zadośćuczynienia, oczyszczenia, całopalenia i ofiarę pokarmową. Na tym etapie oczyszczania trędowatego zwracają uwagę obrzędy z użyciem krwi i oliwy, które uświęcały uzdrowionego z trądu, by mógł znowu żyć w społeczności ludzi zdrowych – „czystych” rytualnie. Księga Kapłańska podaje, że w pewnym momencie rytuału dnia ósmego kapłan nakładał krew ofiarną na prawe ucho oraz na czubek dużego palca prawej ręki i nogi uzdrowionego z trądu (Kpł 14,14). Obrzęd ten miał wskazywać na istotną zmianę w życiu duchowym człowieka poddanego rytom oczyszczającym. Użyta krew do pomazania członków ciała człowieka uzdrowionego była również wylewana przed ołtarzem, co oznaczało nawiązanie przymierza z Bogiem Izraela, dając na nowo wracającemu do społeczności „czystych” rytualnie przystęp do Bożego ołtarza.
Przedstawiony powyżej ryt krwi dopełniało pomazanie oliwą ofiarną tych samych części ciała, na które wcześniej nakładana była krew żertwy. Zanim jednak ten obrzęd został dokonany, kapłan najpierw siedmiokrotnie skrapiał tą oliwą „przed Bogiem”, aby ta rytualna substancja nabrała uświęcającej mocy od Boga. Dopiero dopełnienie rytuału oczyszczenia po wyzdrowieniu z trądu poprzez aplikację krwi i oliwy czyniły uświęcenie człowieka wracającego do życia rzeczywistością zupełnym. Pozostała część oliwy namaszczenia, którą kapłan wylewał na głowę oczyszczanego oznaczała obfitość Bożego błogosławieństwa dla tego człowieka. Mówiąc o aplikacji rytualnych substancji, a więc krwi i oliwy, trzeba pamiętać, że nakładana najpierw na chorego krew ofiarna ma moc przebłagalną, dlatego też uzdrowiony był namaszczany oliwą dopiero wtórnie, niejako „ponad krwią ofiary” (hebr. ‘al dām). Z powyższych spostrzeżeń można wyprowadzić następujący wniosek: ofiara zadośćuczynienia (hebr. ʼāšām), wraz z dodatkowymi obrzędami namaszczenia, prowadzi do przebłagania Boga i sprawia, że uzdrowiony z trądu i oczyszczony może na nowo wrócić do społeczności świętych. Warto zauważyć, że przepisy dotyczące oczyszczenia z chorób skórnych nie mówią nic o konieczności wyznania grzechów, a to oznacza, że choroba trądu nie koniecznie była postrzegana jako konsekwencja osobistych win człowieka. Wprawdzie celem składanych ofiar było przebłaganie za grzechy (Kpł 14,18-19), ale przepisy dotyczące obrzędu oczyszczenia trędowatego nie mówią nic o jego osobistym wyznaniu grzechów. Z tego wynika, że nie stawiano automatycznie znaku równości pomiędzy cierpieniem a grzechem chorego. Chociaż w pewnych przypadkach choroba może być wyrazem „kary leczącej” dla nawrócenia człowieka (Miriam, siostra Mojżesza – Lb 12,10, Gehazi, sługa Elizeusza – 2Krl 5,27, król Ozjasz – 2Krn 26,19), niemniej jednak uproszczony pogląd, że osoba dotknięta ciężką chorobą cierpi za własne grzechy nie jest właściwy.
W świetle powyższych rozważań można powiedzieć, że namaszczenie oliwą w imię Boga, od którego ta rytualna substancja nabiera uświęcającej mocy jest jedną z pierwszych czynności, jakiej chory, powracający do społeczności „czystych” rytualnie, oczekiwał od kapłana. Księga Kapłańska namaszczeniu oliwą, stanowiącemu integralną część obrzędu po wyzdrowieniu z trądu, nadaje w pewien sposób funkcję potwierdzającą oczyszczenie człowieka chorego na trąd. Krew w tym rytuale staje się znakiem Bożego przebaczenia i usprawiedliwienia, natomiast oliwa uzdrowienia, uświęcona Bożym Duchem, wyraża uzdrawiające działanie Boga, który leczy ludzkie choroby. W Nowym Testamencie, w Liście św. Jakuba zostały zawarte pouczenia, stanowiące świadectwo udzielania już w czasach apostolskich sakramentu chorych: „Jeśli ktoś z was choruje, niech wezwie starszych Kościoła. Niech się modlą nad nim, namaszczając go oliwą w imię Pana. Modlitwa zanoszona z wiarą będzie dla chorego zbawienna i Pan go podźwignie. A jeśli popełnił grzechy, będą mu odpuszczone” (Jk 5,14-15).

Namaszczenie jako poświęcenie Bogu danej osoby lub rzeczy
Namaszczenie oliwą człowieka lub przedmiotu, stosowane w ramach określonego rytuału lub obrzędu, oznaczało poświęcenie Bogu danej osoby lub rzeczy, które odtąd wyłączano z codziennego użytku, by mogły służyć jedynie Bożym sprawom.
Księga Rodzaju opowiadając o objawieniu się Boga Jakubowi podaje, że patriarcha dla upamiętnienia tego wydarzenia ustawił kamień jako stelę i „wylał na niego oliwę” (Rdz 28,18), by w ten sposób dedykować go samemu Bogu. Poprzez ryt namaszczenia olejem Mojżesz, zgodnie z poleceniem Boga konsekruje Namiot Spotkania jako mieszkanie Boga oraz ołtarz i wszystkie naczynia liturgiczne: „Weźmiesz olej do namaszczenia i namaścisz święte mieszkanie oraz wszystko, co się w nim znajduje. Gdy poświęcisz święte mieszkanie i wszystkie jego sprzęty, staną się one święte. Namaścisz ołtarz całopalenia i wszystkie jego naczynia. Gdy poświęcisz ołtarz stanie się on największą świętością. Namaścisz misę i jej podstawę, aby je również poświęcić” (Wj 40,9-11). Dzięki aktowi poświęcenia obiekty sakralne stają się narzędziami łaski udzielanej ludziom przez samego Boga. Stąd też namaszczony ołtarz, jak i basen przeznaczony do obmyć rytualnych powinny służyć jedynie celom sprawowania obrzędów, a to oznacza, że nie mogą być wykorzystywane poza liturgią.
Namaszczenie oliwą stanowiło element uroczystej ceremonii święceń kapłańskich. Księga Kapłańska podaje, że Mojżesz „wylał nieco oliwy na głowę Aarona i namaścił go, aby go poświęcić” (Kpł 8,12). Poprzez ten gest konsekracji Aaron stał się wyłączną własnością Boga, przeznaczony odtąd wyłącznie do Bożej służby. Podobnie wyglądało namaszczenie króla dla sprawowania władzy w Izraelu: czynność namaszczenia stawała się widzialnym znakiem wyboru Boga, który swemu „pomazańcowi” przekazuje misję i autorytet. W Pierwszej Księdze Samuela Bóg nakazuje prorokowi Samuelowi namaścić Dawida, syna Jessego, na króla Izraela: „Wtedy PAN powiedział do Samuela: To jest właśnie on, namaść go na króla! Samuel więc wyciągnął róg z oliwą i namaścił Dawida pośród jego braci” (1Sm 16,12-13).
Również w namaszczeniu oliwą używaną w rytuale oczyszczenia po wyzdrowieniu z trądu można dostrzec wymiar konsekracji przywróconego społeczności żywych chorego. Obrzęd namaszczania krwią i oliwą skutkował bowiem uświęceniem uzdrowionego z trądu, czego widocznym znakiem był jego powrót do życia w świętej społeczności przymierza. Ponieważ obrzęd ten przypominał konsekrację kapłańską (Kpł 8,24), stąd też można powiedzieć, że pomazanie krwią i oliwą człowieka wracającego do życia otwierało mu na nowo dostęp do Bożego ołtarza, a tym samym, podobnie jak stan kapłański, powinien całym sobą pełnić wolę Boga.

 

ks. Włodzimierz Lewandowski dodane 11.03.2019 23:27 źródło: https://liturgia.wiara.pl/

Zanim wyruszymy w dalszą drogę musimy odpowiedzieć. Nie tyle, by wiedzieć po co idziemy. By oczyścić intencje.

Brakuje nam cierpliwości. Coraz bardziej. Konieczność przebycia drogi od startu do sukcesu, z reguły trudnej, dla wielu staje się zadaniem niewykonalnym. Także w życiu duchowym. Stąd bierze się pragnienie „złapania Pana Boga za nogi” i rezygnacja, gdy trzeba czekać, wspinać się, walczyć, pocić, „stawać się”. Tymczasem Jezus nie stawia na sukces, lecz na wytrwałość. A cała tradycja duchowości chrześcijańskiej w centrum stawia nie mistyczna wizję, ale uważność, bez której, jak twierdził św. Augustyn, „nigdy nie dowiesz się, czy Jezus nawiedza cię, czy nie”.
Znany podróżnik, Marek Kamiński, twierdzi, że o sukcesie wyprawy decyduje dobre przygotowanie. Jeden błąd może zniweczyć cały wysiłek. Przed nami prawie czterdzieści dni. Stąd nie musimy się spieszyć. Lepiej postawić na wytrwałość i uważność niż rezygnować z powodu braków w plecaku. Przecież i tak jesteśmy blisko. Stoimy u stóp góry zwanej Miasto Święte, Jeruzalem Nowe, przyciągającej swym blaskiem i pięknem, w przedsionku raju.
Tu słyszymy pytanie o motywy. „Co daje ci wiara?” Zanim wyruszymy dalszą drogę musimy nań odpowiedzieć. Nie tyle, by wiedzieć po co idziemy. By oczyścić intencje. Nosimy bowiem w sobie, często nie z własnej winy, pewne stereotypy, wyobrażenia, oczekiwania, nie zawsze wpisujące się w drogę ucznia Jezusa. Dla przykładu. Paciorek trzeba mówić, by mieć zdrowie. Anioł Stróż ma pilnować, by z realizacji naszych szalonych pomysłów wyjść cało. Wiara parasolem chroniącym nie tylko od deszczu. Także od życiowych porażek. To wszystko prawda. Choć nie do końca i nie to jest najważniejsze.
Dlatego kandydat do chrztu, pytany co daje ci wiara, odpowiada: życie wieczne. A celebrans dopowiada: „Taka jest droga wiary, którą Chrystus prowadzi nas w miłości, abyście osiągnęli życie wieczne”. O nie przede wszystkim chodzi na drodze wiary, drodze chrzcielnej, drodze życia chrześcijańskiego.
Wbrew opinii niektórych wiara w życie wieczne nie jest pogrążaniem się w złudzeniach, nadstawianiem karku w nadziei na bliżej nie określoną nagrodę. Wiara w życie wieczne jest rozpoczętym tu i teraz, na chrzcie świętym, poznaniem i dotykaniem.
Poznanie. Jezus mówi: „A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego i prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa” (J 17,3). To poznanie jest możliwe ponieważ „wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna” (Hbr 1,1). Jezus jest Słowem Ojca, objawieniem Ojca, obrazem Ojca, drogą do poznania Ojca. Co prawda „teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno”, ale przecież w przyszłości „zobaczymy twarzą w twarz” (zob. 1 Kor 13,12). Stąd nie na próżno Ojcowie Kościoła mówili, że wiara jest napięciem pomiędzy już a jeszcze nie.
To napięcie w sposób szczególny odczuwane jest w liturgii chrześcijańskiej, gdzie nie tylko poznajemy, ale także „dotykamy” Boga tym dotknięciem, o którym pisze święty Jan: „To wam oznajmiamy, co było od początku (…) na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce” (1 J 1,1). Kult chrześcijański, sakramenty święte, są dotykaniem wieczności. Aby się o tym przekonać wystarczy choćby refleksja nad tekstami liturgicznymi. Weźmy dla przykładu modlitwę nad darami wtorku pierwszego tygodnia Wielkiego Postu: „Boże, wszechmogący Stworzycielu, Ty nam dajesz chleb i wino podtrzymujące nasze życie doczesne, przyjmij od nas te dary i przemień je w Sakrament dający życie wieczne”.
Wieczność na wyciągnięcie ręki. Tę prawdę wyraża także, poprzez swoją symbolikę, świątynia chrześcijańska. W pewnej parafii zdecydowano, by wystrój kościoła wzbogacić o witraże. Projektująca je artystka zaproponowała, by w dwóch będących najbliżej prezbiterium oknach umieścić grające na harfie i cytrze anioły. Ciekawe było uzasadnienie. Po wygnaniu z raju – tłumaczyła – Pan Bóg postawił przed wiodącą doń bramą anioła z mieczem w ręku, by strzegł dostępu. W Nowym Przymierzu brama raju jest otwarta, a zamiast anioła z mieczem w ręku widzimy aniołów trzymających w rękach instrumenty i zapraszających na ucztę niebieskiego Jeruzalem. Prezbiterium to już uczta niebieskiego Jeruzalem, choć jeszcze przeżywana w sakramentalnych znakach.
Stoimy u stóp góry, na której zbudowane jest Nowe Jeruzalem. Za chwilę wyruszymy w drogę. Nie licząc na to, że aniołowie będą nosili nas na rękach i nie urazimy stopy swej o kamień. Nawet na dobrą pogodę nie liczymy. Jedyną pchającą nas w górę siłą jest nadzieja życia wiecznego. Nosimy ją w sobie, bo już zobaczyliśmy i dotknęliśmy. Już wiemy czym to pachnie.

 

Ks. Józef Dębiński Edycja włocławska 16/2003 źródło: http://www.niedziela.pl/

Wielkanoc jest świętem ruchomym, którego data wielokrotnie była przedmiotem sporu. Obecnie przyjmuje się, że to święto przypada w niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca, tj. po 21 marca.
Niejakim problemem przy ustaleniu daty Wielkanocy jest różnica w dacie ukrzyżowania Chrystusa podana w Ewangeliach synoptycznych (św. Marka, św. Mateusza i św. Łukasza) i w Ewangelii św. Jana. Różnica ta spowodowana jest żydowskim systemem liczenia dnia, czyli od zachodu do zachodu słońca. Stąd pytanie, jak powinien być zaliczony wieczór 14. nizan. Obydwa ujęcia miały swoich zwolenników. Kościoły wschodnie opowiadały się za dniem 14., a zachodnie - za 15. Kwestia ta została w końcu rozstrzygnięta na pierwszym soborze ekumenicznym w Nicei (Turcja) w 325 r., gdzie przyjęto oficjalnie datę 15.
Zgodnie z kalendarzem żydowskim i przekazami Ewangelii, Chrystus został ukrzyżowany 14. nizan, a zmartwychwstał w niedzielę po 14. nizan. Tę praktykę za św. Janem Apostołem przyjął Kościół w Małej Azji i obchodził uroczystości wielkanocne w dwa dni po 14. nizan. Zwolenników takiego terminu Świąt Wielkanocnych nazywano kwartodecymanami.
Praktyka Kościoła na Zachodzie była inna. Uroczystości wielkanocne obchodzono w niedzielę po 14. nizan, natomiast pamiątkę śmierci Chrystusa czczono w piątek przed niedzielą. Należy zauważyć, iż Kościoły małoazjatyckie, podkreślając dogmatyczny punkt widzenia, obchodziły dzień śmierci Chrystusa jako dzień radości - odkupienia. Zachód zaś akcentował mocniej punkt widzenia historyczny i obchodził dzień śmierci Chrystusa jako dzień żałoby, smutku, postu.
Nie można nie wspomnieć o trzeciej grupie chrześcijan, o tzw. protopaschistach, którzy po zburzeniu Jerozolimy nie trzymali się ściśle kalendarza żydowskiego i często obchodzili uroczystości wielkanocne przed 14. nizan.
Biskup Smyrny Polikarp w 155 r. udał się do Rzymu, do papieża Aniceta, w celu ustalenia jednego terminu Świąt Wielkanocnych dla całego Kościoła. Do porozumienia jednakże nie doszło. Sprawa odżyła w 180 r., za papieża Wiktora, kiedy opowiedziano się za niedzielnym terminem Wielkanocy. Papież polecił - pod karą ekskomuniki - przestrzegać nowo ustalonego terminu święcenia Wielkanocy. Mimo tego polecenia, metropolia efezka z biskupem Polikarpem na czele trzymała się nadal praktyki 14. nizan. Zanosiło się nawet na schizmę, ale nie doszło do niej dzięki zabiegom św. Ireneusza, biskupa Lyonu.
Dopiero na I soborze powszechnym w Nicei (325 r.) przyjęto dla całego Kościoła praktykę rzymską. Uchwały Soboru nie zlikwidowały jednak różnic pomiędzy Kościołami wschodnimi i zachodnimi. Należy pamiętać, że Rzym i Aleksandria używały odmiennych metod obliczania daty. Metoda aprobowana przez Rzym zakładała zbyt wczesną datę równonocy - 18 marca, gdy tymczasem Aleksandryjczycy ustalili ją poprawnie.
By położyć kres tej dwoistości, Synod Sardycki (343 r.) podniósł na nowo kwestię dnia wielkanocnego, ustalając wspólną datę na 50 lat. Inicjatywa przetrwała jednak zaledwie kilka lat. Po raz kolejny spór próbował zażegnać cesarz Teodozjusz (346--395). Prosił biskupa aleksandryjskiego Teofilosa o wyjaśnienie różnic. W odpowiedzi biskup, opierając się na metodzie aleksandryjskiej, sporządził tabelę chronologiczną świąt Wielkanocy. Jego zaś kuzyn, św. Cyryl, kontynuując dzieło wuja, wskazał przy okazji, na czym polegał błąd metody rzymskiej. Metoda aleksandryjska uzyskała pierwszeństwo i została zaakceptowana dopiero w połowie V w.
Z polecenia archidiakona Hilarego, Wiktor z Akwitanii w 457 r. rozpoczął pracę nad pogodzeniem metody rzymskiej i aleksandryjskiej. Hilary, już jako papież, zatwierdził obliczenia Wiktora z Akwitanii i uznał je za obowiązujące w Kościele. Od tego czasu obydwa Kościoły obchodziły Wielkanoc w tym samym czasie.
Największego przełomu w zakresie ustalenia daty Wielkanocy dokonał żyjący w VI w. scytyjski mnich, Dionysius Exiguus (Mały). Stworzył on chrześcijański kalendarz, rozpoczynając rachubę lat od narodzenia Chrystusa. To nowe ujecie chronologii zapanowało w Europie na dobre w XI w., a w świecie greckim dopiero w XV w. Chcąc uzyskać datę Wielkanocy, średniowieczny chronolog znalazł tzw. złotą liczbę danego roku (tj. kolejny numer roku w 19-letnim cyklu lunarnym), a potem sprawdzał w tabelach datę pełni księżyca. Znalazłszy ją, szukał pierwszej pełni po równonocy, czyli po 21 marca. Potem sprawdzał tabelę tzw. liter niedziel, która podawała datę Niedzieli Wielkanocnej.
Również Mikołaj Kopernik, na zamku w Olsztynie, gdzie przebywał przez pięć lat, własnoręcznie wykonał tablicę astronomiczną, na której wykreślił równonoc wiosenną. Było to ważne m.in. przy ustalaniu Wielkanocy.
Po XVI-wiecznej reformie kalendarza i wprowadzeniu w 1582 r. kalendarza gregoriańskiego po raz kolejny rozeszły się drogi Wschodu i Zachodu. Niedokładność kalendarza juliańskiego spowodowała przesunięcie względem rzeczywistej daty wiosennej równonocy, dziś wynoszące 13 dni.
Pod koniec XX i na początku XXI w. można zauważyć tendencje do wprowadzenia stałej daty Wielkanocy. Takie propozycje przedstawiano już na forum Ligi Narodów i Organizacji Narodów Zjednoczonych. Dał temu też wyraz w Konstytucji o liturgii II Sobór Watykański oraz patriarcha Konstantynopola Atenagora I w wielkanocnym orędziu z 1969 r., wzywając do usuwania różnic pomiędzy Kościołami i ustalenia wspólnej daty Wielkanocy.
Spośród proponowanych stałych dat sugerowana jest najczęściej druga niedziela Wielkanocy, co pokrywałoby się z ogólnym trendem ustaleń daty śmierci Chrystusa na dzień 3 kwietnia.

 

MAŁGORZATA LASKOWSKA Różaniec 3/2019 dodane 07.03.2019 20:01 źródło: https://prasa.wiara.pl/

Czym tak naprawdę jest jałmużna? Czy warto ją praktykować, a jeśli tak, to dlaczego? Jeżeli jednak nie mamy pieniędzy i żyjemy bardzo skromnie? Czy wówczas możemy łatwo się z niej zwolnić, mówiąc, że jałmużna jest tylko dla tych, którzy mają się czym dzielić?

Modlitwa, post i jałmużna to podstawowe praktyki dobrze przeżywanego Wielkiego Postu. To również trzy filary życia duchowego, wizytówka chrześcijaństwa.

Po jałmużnie ich poznacie
Życie duchowe ma to do siebie, że nie wszystkie jego aspekty są widoczne na zewnątrz. Przykładem tego są m.in. modlitwa i post. Owszem, ich owoce prędzej czy później stają się dostrzegalne, jednakże niewiele osób widzi nas modlących się czy poszczących. Taka bowiem jest natura modlitwy osobistej, szczególnie porannej i wieczornej, ale także tej odmawianej w ciągu dnia, a nawet w czasie pracy. I taka jest natura postu. Niekiedy, gdy pościmy, jesteśmy jedynie trochę bardziej bladzi niż zwykle i może odrobinę spokojniejsi, ale osoby z naszego otoczenia raczej nie domyślają się przyczyny tego stanu.
Jałmużna natomiast tym się różni od modlitwy i postu, że jest widoczną, namacalną, najczęściej zmaterializowaną pomocą na rzecz drugiego człowieka. Ma ona postać jakiegoś datku (np. pieniędzy, ubrań), który przekazujemy potrzebującym.
Szukając zatem chrześcijanina, często rozpoznajemy go w codziennym życiu właśnie po tym, że dzieli się czymś z innymi, pomaga, wspiera na wszelkie sposoby. Czyni tak nawet wtedy, gdy sam nie ma zbyt wiele. Zawsze jest w nim jednak gotowość niesienia pomocy.

Bł. ks. Kłopotowski – wielki jałmużnik ubogich
Bez wątpienia ikoną trzeciego filaru Wielkiego Postu był bł. ks. Ignacy Kłopotowski. Przez sobie współczesnych zapamiętany został jako człowiek wszelkich akcji, mających na celu pomaganie innym. I to także w sensie materialnym. Dziś, w XXI w., gdy próbujemy odczytać na nowo istotę jałmużny, możemy się od niego nauczyć przede wszystkim dwóch jej form: dzielenia się nie tylko swoim „wdowim groszem”, lecz także jedzeniem i czasem.
Możemy przecież zaprosić na posiłek do domu kogoś skromniej żyjącego. Możemy też zrobić dla niego zakupy i zanieść je pod drzwi lub po prostu podzielić się jedzeniem, które nam zostało. Bo przecież wciąż jeszcze tak wiele żywności wyrzucamy do kosza, zwłaszcza w okresie świątecznym.
Bł. ks. Ignacy dokarmiał głodnych i, co więcej, oddawał im też swój czas! Wzruszający gest, szczególnie dziś, w dobie samotności na wielką światową skalę! Poświęcić komuś swój czas, uwagę to także widoczny, namacalny dar – piękna wielkopostna jałmużna.

 

NABOŻEŃSTWA

ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU - CODZIENNIE 16:30 - 18:00

NOWENNA DO MATKI BOŻEJ OGNISTEJ - W KAŻDĄ ŚRODĘ 17:40

DO ŚW. JÓZEFA: KAŻDY CZWARTEK 17:40

DROGA KRZYŻOWA: PIĄTEK - 7:00 I 17:30 - DLA WSZYSTKICH, 15:30 - DLA DZIECI

GORZKIE ŻALE: NIEDZIELE WIELKIEGO POSTU 15:00, 17:00

NABOŻEŃSTWIE DO MIŁOSIERDZIA BOŻEGO I ŚW. JANA PAWŁA II: każdy poniedziałek o 17.40

PORZĄDEK MSZY ŚWIĘTYCH

MSZE ŚWIĘTE W NIEDZIELE
6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:15
(Msza św. w intemcji parafian), 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W NIEKTÓRE UROCZYSTOŚCI I ŚWIĘTA:
6:30, 9:30, 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W DNI POWSZEDNIE
6:30, 16:00 - W KAPLICY MATKI BOŻEJ, 18:00