Czytelnia

ks. Tomasz Horak dodane 07.09.2019 09:00 źródło: https://opole.gosc.pl/

Istotne i ważne dla życia i funkcjonowania Kościoła są kardynalskie nominacje ludzi o szerokich horyzontach, obeznanych w różnych obszarach kościelnych spraw.

I mianował papież Franciszek nowych kardynałów. A w tym czasie odszedł do Pana kardynał Roger Etchegaray, lat przeżył prawie 97. Był znaczącą postacią w Kościele naszych czasów. Może dlatego, że pochodził z kraju Basków? Ta maleńka kraina dała Kościołowi niejednego wielkiego człowieka. Ze św. Ignacym z Loyoli, założycielem zakonu jezuitów, włącznie. To nie miejsce na biogramy obu Basków, łatwo je znaleźć w sieci. Można się tylko zastanawiać, czy pochodzenie z owej krainy jest wspólną podwaliną ich wielkości w strukturach Kościoła. Ale i temu dajmy spokój – daty ich urodzenia dzieli 430 lat. A przecież jakieś tam przypuszczenia po głowie się plączą...
Roger Etchegaray nie miał czterdziestki, jak został wikariuszem generalnym swej diecezji. A potem to poszło już szybko, aż po mianowanie go biskupem. Zrezygnował on z biskupiego motta i herbu, uznając je za „spuściznę po średniowieczu”. Symboliczna, może drobnostka, ale odsłaniająca ważny rys jego osobowości. Indywidualizm? Może tak. Ale bardziej niezależność od zewnętrznego rytuału, który wyhamowuje teraźniejszość, odrywając od rzeczywistości. I pewnie dlatego z czasem – już jako biskup, później kardynał – został tym znaczącym człowiekiem Kościoła. Nie tylko kierował diecezją, nie tylko miał wiele mądrego (choć nieraz trudnego) do powiedzenia, ale był człowiekiem papieża Jana Pawła II „do specjalnych poruczeń”.
I tu dochodzę do sedna zamyślonego na dziś tematu. Kardynał – nie ten czy ów, ale po prostu kardynał jako taki, kim jest, kim być powinien, jaki jest potrzebny. Główną prerogatywą kardynała (ograniczoną wiekiem lat 80) jest prawo udziału w wyborze nowego papieża. Nie jest to zadanie częste – wszelako bardzo ważne. A na co dzień? Reprezentacyjna rola jest zgoła wtórnym zadaniem. Podobnie jak nominacja w uznaniu zasług. A bywają i takie, szczególnie gdy chodzi o zaawansowanych wiekiem nominatów.
Istotne i ważne dla życia i funkcjonowania Kościoła są kardynalskie nominacje ludzi o szerokich horyzontach, obeznanych w różnych obszarach kościelnych spraw. I nie tylko kościelnych – ale i społecznych, ekonomicznych, prawnych, politycznych, teologicznych czy biblijnych. Ważne jest wyjście poza dziedziny bezpośrednio teologiczne – bo tylko wtedy można nawiązać dialog ze światem, z różnymi kręgami tak zwykłych ludzi, jak i zajmujących ważne pozycje w społeczeństwach.
I już słyszę głosy (czytaliśmy takie i podobne), że nie ma widocznie w Polsce biskupów o tak szerokich kompetencjach, bo papież Franciszek nie dostrzegł ich ostatnio. To nie tak. Dostrzegł swego czasu, i to niedawno, ks. Krajewskiego. To raczej my w Polsce nie dostrzegaliśmy go, gdzieś nam „przepadł w Rzymie”. Nie przepadł, został postawiony na miejscu, gdzie potrzebny jest całemu Kościołowi.
Pieczołowicie przechowuję stosik listów i kartek, jakie przysyłał mi kiedyś kard. Adam Kozłowiecki. Misjonarz, przez lata prymas Zambii. Niezwykły człowiek – wielkiej dobroci i wiary. Mądry i roztropny. Z pełną sprawnością duchową i fizyczną także po dziewięćdziesiątce. To rodacy o nim zapomnieli, czy raczej nie wiedzieli. Dostrzeżony został z perspektywy Rzymu. A jeszcze wcześniej – ks. Stefan Wyszyński, mimo wojenno-powojennej izolacji Polski został zauważony. Papież Pius XII postawił na niego, chciało by się rzec, jak na czarnego konia. I dla Polski, i Kościoła w Polsce, i dla Kościoła powszechnego okazał się człowiekiem opatrznościowym. Już tylko z imienia wspomnę kardynała Bolesława Kominka – biskupa trudnych czasów we Wrocławiu.
Czytając komentarze do ostatniego rozdania kardynalskich kapeluszy, odniosłem wrażenie – może po części wynikające z niemożliwości prześledzenia wszystkiego – że sporo ludzi z obrzeża kościelnego życia czuje się zawiedzionych. Niektórych pewnie nie powinno to obchodzić, niektórzy lepiej, żeby o naszych sprawach publicznie nie pisali. Zwłaszcza, gdy wypowiadają się w stylu „biskupi bez szans na awans”. Mimo wszystko nie tak o kardynalskich nominacjach. Choć z drugiej strony cieszy, że jednak nasze sprawy ich także obchodzą.

 

Ks. Artur Stopka Niedziela 32/2019 dodane 07.09.2019 18:12 źródło: https://prasa.wiara.pl/

Wątpliwości i trudności w wierze dotykają wielu ludzi. Okazuje się, że doświadczają ich nawet papieże i święci. Jak trzeba na nie reagować? Jest się czego obawiać?
Na pewnym internetowym forum młoda, dwudziestoletnia kobieta podzieliła się tym, co ją gryzie. „Wszystkie wątpliwości w wierze, które miałam przez te lata, spychałam podświadomie gdzieś w głąb siebie i w końcu wyszły ze mnie. (...) Wątpliwości mam cały czas. Gdy jakoś uspokoję jedne, zaraz następują drugie” – opisała swoją sytuację, skarżąc się na natrętne myśli, które nurtują ją nawet w czasie odmawiania modlitw. Dodała coś jeszcze: „Bardzo się boję. Chciałabym utrzymać moją wiarę”. To nie jest sytuacja odosobniona. Wielu katolików wpada w panikę, gdy dotykają ich wątpliwości dotyczące ich wiary. Obawiają się, że ją tracą.
Czy lęki związane z wątpliwościami w wierze są uzasadnione? Katechizm Kościoła Katolickiego nie bagatelizuje sprawy. Zajmuje się nią w części poświęconej pierwszemu przykazaniu Dekalogu. Ale zwraca uwagę, że wątpienie dotyczące wiary może być dobrowolne i niedobrowolne. Wyjaśnia, że istotą dobrowolnego wątpienia dotyczącego wiary jest lekceważenie tego, co Bóg objawił i co Kościół podaje do wierzenia, albo odmowa uznania tego za prawdziwe. Natomiast wątpienie niedobrowolne „oznacza chwiejność w wierze, trudność w przezwyciężaniu zarzutów związanych z wiarą lub też niepokój spowodowany jej niejasnością”. Niebezpieczne jest wątpienie dobrowolnie podtrzymywane, bo może prowadzić do „duchowego zaślepienia”. Dobrowolność trwania w wątpliwościach ma więc fundamentalne znaczenie przy rozstrzyganiu ich szkodliwości i zagrożenia, które niosą dla wiary.

Zmagania
Ks. Dariusz Piórkowski SJ zwrócił uwagę, że Pismo Święte nie przemilcza tematu wątpliwości w wierze. To ważne spostrzeżenie. Nie chodzi tylko o postawę św. Tomasza Apostoła, który zasługuje raczej na określenie „wątpiący” niż „niewierny”. Właśnie „wątpiącym” nazywa go hymn Liturgii Godzin. Tomasz nie odrzucał możliwości wiary w Zmartwychwstanie, jednak potrzebował czegoś, co go upewni, że ta wiara ma sens.
Obok św. Tomasza Apostoła można znaleźć w Nowym Testamencie inne osoby, które zmagały się z wątpliwościami w wierze. Nie zabrakło wśród nich kogoś tak znaczącego jak św. Jan Chrzciciel, który przecież wskazał na Jezusa jako oczekiwanego Mesjasza. Jednak gdy znalazł się w więzieniu, nabrał tak poważnych wątpliwości, że posłał do Niego swoich uczniów ze zdumiewającym jak na niego pytaniem: „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?” (Łk 7, 19). Chciał mieć pewność, że się nie pomylił w swej wierze.
Wątpliwości w wierze ujawnił też wobec Jezusa ojciec chłopca chorego na epilepsję. Gdy opisywał skutki dolegliwości, które spotykały jego dziecko, powiedział bez szczególnego przekonania: „Lecz jeśli możesz co, zlituj się nad nami i pomóż nam” (Mk 9, 22). Nie negował, że Chrystus ma moc, aby uleczyć jego chorego syna, ale nie wierzył w to bezwarunkowo.

Jak je przezwyciężyć
Wszystkie wymienione biblijne sytuacje pokazują, że Bóg nie odrzuca ludzi, którzy z jakiegoś powodu doświadczają trudności w wierze, lecz chce im pomóc w jej umocnieniu. Wszystkie przytoczone przykłady z Pisma Świętego pokazują osoby, które swoich wątpliwości nie podtrzymują dobrowolnie, nie chcą w nich trwać, lecz szukają sposobu, aby je przezwyciężyć. Więcej – zdają sobie sprawę, że nie zdołają tego osiągnąć wyłącznie dzięki własnym siłom. Zarówno Jan Chrzciciel, Tomasz Apostoł, jak i ojciec chorego chłopca szukali pomocy przede wszystkim u Boga. Szczególnie dobitnie wyrażał tę postawę ojciec syna chorego na epilepsję. Jego okrzyk: „Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu!” (w. 24) jest równocześnie wyznaniem wiary i przyznaniem się do wątpliwości. Jest też żarliwą modlitwą o Boże wsparcie w pokonywaniu problemów z wiarą.
Cytowana wcześniej młoda kobieta na internetowym forum napisała, że przez wiele lat pojawiające się wątpliwości w wierze starała się ignorować, nie podejmowała próby zmierzenia się z nimi, spychała je „gdzieś w głąb siebie”. W rezultacie doszło do ich nagromadzenia i swego rodzaju „wybuchu”, który sprawił, że poczuła się nie tylko bezradna, ale wręcz zagrożona w swej wierze. Zaczęła ostatecznie szukać pomocy, o czym świadczy jej wpis w internecie.
Pokonanie tak nawarstwionych wątpliwości wymaga wiele czasu, cierpliwości i odwagi, a przede wszystkim otwartości na Boże działanie. Gromadzone latami potrzebują nie tylko argumentów i wyjaśnień, ale również gotowości ich przyjęcia. Tego raczej nie da się osiągnąć w atmosferze lęku przed utratą wiary. Niezbędna jest ufność i nadzieja, że Bóg znajdzie sposób, aby człowieka wyrwać z mnożących się pytań i nieporozumień.

Jest się zbyt małym
Dominikanin o. Jacek Salij, analizując w książce „Pytania nieobojętne” kwestię: „Czy wiara dopuszcza wątpliwości?”, wprowadził wyraźne rozróżnienie między „wątpliwością” a „zwątpieniem”. „O ile wątpliwość dotyczy sfery poznania, a w swojej postaci pozytywnej prowadzi do prawdy – o tyle zwątpienie jest czymś głębszym, jest ono kryzysem w samym środku ludzkiej osoby” – wytłumaczył. Podkreślił też, że nie nazywa zwątpieniem zwykłych trudności w wierze „czy nawet nawałnicy ciemności, w której jednak człowiek stara się nie utracić łączności z Bogiem żywym”.
Papież Benedykt XVI pytany przez Petera Seewalda, jak poradzić sobie z trudnościami w wierze, odpowiedział: „W pierwszym rzędzie nie odrzucając podstawowej pewności wiary; przekonania, że poniekąd jest się w niej zakotwiczonym; przeświadczenia, że jeśli czegoś się nie rozumie, to nie dlatego, że jest błędne, tylko że jest się zbyt małym”. Opowiedział, że w przypadku niektórych spraw było tak, iż stopniowo w nie wrastał. „To zawsze pozostaje darem, gdy nagle dostrzeże się coś, czego się przedtem nie widziało. Czuje się, że trzeba pokory, a gdy słowa Pisma nie przemawiają, cierpliwości, aż Pan je otworzy” – stwierdził.
Papież Franciszek już w pierwszym roku swego pontyfikatu przyznał, że także on miał wątpliwości dotyczące wiary. „Któż ich nie doświadczył?” – zapytał 30 października 2013 r. podczas środowej audiencji generalnej w Watykanie. „Wszyscy doświadczyliśmy zagubienia, niepewności, wątpliwości, wszyscy to przeżyliśmy” – powiedział i dodał: „Ja także”. Wyjaśnił, że „to stanowi część naszej wiary i nie powinno nas dziwić, bo jesteśmy ludźmi”.

Lęk nie pomaga
Do tematu wrócił w listopadzie 2016 r. Podczas katechezy powiedział: „Oczywiście w pewnych chwilach wszystkich nachodzą wątpliwości! Wątpliwości dotyczące wiary, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, to znak, że chcemy poznać lepiej i dogłębniej Boga, Jezusa i tajemnicę Jego miłości względem nas”. Stwierdził, że stawianie sobie pytań o naszą wiarę jest pewnym dobrem, ponieważ w ten sposób jesteśmy pobudzeni do jej pogłębienia, ale mocno podkreślił, że wątpliwości zawsze muszą zostać przezwyciężone. „Nie czyńmy wiary abstrakcyjną teorią, gdzie mnożą się wątpliwości” – apelował.
Również w tym roku poruszył kwestię wątpliwości w wierze. W kwietniu podczas spotkania z dziećmi i młodzieżą w rzymskiej dzielnicy Monteverde zachęcał, aby nie bać się wątpliwości i kolejny raz przyznał, że sam miał ich wiele, np. w obliczu katastrof. „Jak z tego wyszedłem? Nie sam, nie można samemu uporać się z wątpliwościami; dlatego ważne jest, by zawsze mieć przyjaciół” – tłumaczył i udzielił rady, która może się wydawać zdumiewająca: „Jeśli macie wątpliwości, złośćcie się na Jezusa, powiedzcie Mu: ja w to nie wierzę; to także piękna modlitwa”.
Lęk nie pomaga pozbyć się wątpliwości w wierze. Utrudnia przyznanie się do nich i ich przezwyciężenie. Zamyka nie tylko na ludzi, którzy mogą pomóc, ale przede wszystkim na Boga, który człowieka zmagającego się z trudnościami w wierze nie tylko nie odrzuca, ale bardzo chce mu pomóc. Tak jak pomógł Janowi Chrzcicielowi, Tomaszowi Apostołowi i wielu innym.

 

es.catholic.net / tl 14.07.2019 08:00 źródło: https://www.deon.pl/

Czy mamy tego świadomość, czy nie, Chrystus jest obecny od momentu konsekracji pod postacią chleba i krwi. Ta prawda naszej wiary może jednak rodzić następujące pytanie: po tym, jak przyjmiemy Go w Komunii, jak długo pozostanie On w naszym ciele? To kwestia sekund, minut, godzin, czy może dni?

Gdy spożywamy Komunię to w sposób fizyczny łączymy się z Jezusem. Można więc się zastanowić jak długo ta fizyczna obecność trwa. Zanim odpowie się na to pytanie warto zastanowić się nad samą kwestią przebywania Chrystusa w chlebie i winie. Katechizm Kościoła Katolickiego stwierdza następująco: “W Najświętszym Sakramencie Eucharystii "są zawarte prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie Ciało i Krew wraz z duszą i Bóstwem Pana naszego Jezusa Chrystusa, a więc cały Chrystus" (KKK 1374). Tak więc zarówno w konsekrowanej hostii, jak i w konsekrowanym winie, znajduje się Jezus w całej Swej pełni. Co więcej, nawet najmniejszy kawałek hostii, czy kropla wina zawierają całego Chrystusa.

Realna obecność Jezusa w Eucharystii trwa od momentu konsekracji, aż do momentu istnienia materii, która do niej została użyta. Inaczej mówiąc, w momencie gdy materia chleba i wina się zmienia po upływie czasu lub zostaje rozpuszczona w żołądku, fizyczna obecność Jezusa zanika. Można więc powiedzieć, że po spożyciu Komunii ta fizyczna obecność Jezusa trwa w nas od 10 do 15 minut, bo tyle mniej więcej trwa proces jej trawienia. Trzeba jednak jednocześnie powiedzieć, że Jezus nas w tym momencie nie opuszcza. Jego obecność trwa w naszej duszy w sposób nie mniej rzeczywisty.
Fakt fizycznego złączenia z Chrystusem jest istotny, a jednak czasami trudny do uświadomienia, dlatego między innymi Kościół nakazuje powstrzymanie się od spożywania pokarmów i napojów (z wyjątkiem wody i lekarstw) "przynajmniej na godzinę przed przyjęciem Komunii Świętej" (KPK 919). To, że fizycznie nie znika On od razu, powinno nas też skłonić do postu również po spożyciu Ciała i Krwi Chrystusa, tak, aby mogło się Ono w pełni rozpuścić w naszym organizmie.
Moment po spożyciu Komunii jest więc wyjątkowy, choć trwa jedynie kwadrans. Jest to czas, kiedy w sposób jeszcze pełniejszy powinniśmy adorować Jezusa obecnego zarówno w nas, jak i drugim człowieku. Jest to przedsmak tej rzeczywistości, którą w sposób pełny i nieustanny będziemy doświadczać w wieczności.

 

Marcin Jakimowicz dodane 11.09.2019 15:02 źródło: https://rodzina.wiara.pl/

Niedaleko pada jabłko od jabłoni - powtarzamy. A jeśli spadnie daleko? I zbuntowane dziecko pobożnych rodziców zacznie omijać kościół szerokim łukiem, reagować alergicznie na słowo „modlitwa”? Co zrobić? Dyskutować? Walczyć? Przeczekać?
Pamięć – to słowo klucz. Możesz zabrać ludziom wiele, ale nie odbierzesz im pamięci
Wiara nie jest dziedziczna – zaczęło się od tego prostego stwierdzenia, które usłyszeliśmy od ks. Wojciecha Węgrzyniaka na redakcyjnych rekolekcjach „Gościa Niedzielnego”. Hasło niby znane, a jednak wywołało na korytarzu gorącą dyskusję. Nie przekazujemy wiary?

Wzrok wbity w ziemię
Pamiętam scenę z jednego z nowicjatów zakonnych. Mistrz nowicjatu pyta dwudziestu chłopaków: „Słuchajcie, kto z was miał w miarę dobrą relację z ojcem? Podnoszą się… trzy dłonie. Siedemnastu facetów czerwieni się i spuszcza głowy, patrząc w ziemię. 17:3 – ta smutna statystyka zrobiła na mnie wrażenie. Bezdyskusyjnie najczęstszą przyczyną decydującą o wyborach nastolatków porzucających Kościół jest brak relacji w rodzinie, w której wyrośli. Potwierdzają to i duszpasterze, i psychologowie.
Wiara nie jest dziedziczna. To prawda. A jednak, jak wyraźnie wskazują statystyki, to właśnie rodzice mają największy wpływ na wychowanie nastolatków w wierze. Nawet w epoce galopującego indywidualizmu, gdy niemal każda wypowiedź zaczyna się od słów „moim zdaniem”. – Statystyki pokazują, że w Stanach Zjednoczonych jedynie 16 proc. zasad moralnych przekazuje dzieciom Kościół, a aż 57 proc. religijnego przekazu pochodzi od rodziców ¬– przypomina ewangelizator Josh McDowell, który bada ten proces od lat. – Co to oznacza w praktyce? Rodzice mają trzy razy większy wpływ na wiarę swoich dzieci niż Kościół. A zatem nici z odsyłania pociech z hasłem: „Nie wiem. Zapytaj księdza na religii”.

Łaski bez
Co zrobić, gdy w domach, w których więzi rodzinne są silne, dzieci buntują się i nie chcą słyszeć słów „Msza” czy „sakrament”, a na wzmiankę o wierze reagują alergicznie? W ubiegłym roku życie pokazało mi, że nie jest to teoretyczne rozważanie. Moje najstarsze dziecko (druga klasa gimnazjum) przeżywało „okres buntu i oporu”. Dotyczyło to również sfery wiary. Córka nie pojechała na ŚDM, nie chciała uczestniczyć w rekolekcjach, na które chcieliśmy ją zaciągnąć. Zaczęła myśleć samodzielnie, zadawać mnóstwo pytań, nie oczekując już od nas odpowiedzi. Latem (nie bez oporów) trafiła na obóz organizowany przez chrześcijan. Na miejscu zobaczyła mnóstwo młodych z całej Polski, którzy z pasją opowiadali o Bogu i nie wstydzili się modlitwy. Efekt? Została na drugi turnus, a na swym facebookowym profilu napisała: „Jezus jest Panem”. I weszła do wspólnoty.
Na własnej skórze przekonaliśmy się, że na pewnym etapie wiara rodziców nie wystarcza. Co mogą zrobić, widząc swe dzieci z wypisanym na czole hasłem: „Grunt to bunt”? Modlić się. Tylko tyle? Aż tyle…

Nikt nie odbierze im pamięci
Pamiętam telewizyjny wywiad Jadwigi Basińskiej, gdy zapytana przez Alicję Resich-Modlińską o to, jak poznała męża, bez owijania w bawełnę odpowiedziała: „Wymodliłam go”. – Wierzę w moc modlitwy – opowiada aktorka z popularnego Mumio. – Czy boję się, że dzieci odwrócą się od Boga i pójdą swoją drogą? Codziennie się za nie modlę. Proszę przede wszystkim o to, by nigdy nie zapomniały o jednej sprawie: że Bóg je kocha. Robimy wszystko, by miały do Kogo wrócić. Przede wszystkim, by wiedziały, że zawsze mogą wrócić.
– Modlimy się wspólnie codziennie – opowiadał mi przed kliku laty lider Armii Tomasz Budzyński. – Dzieci nas tylko obserwują. My odmawiamy brewiarz, one rozmawiają z Bogiem własnymi słowami. Czasem Staś przychodzi do mnie i z błyskiem w oku mówi: „Wiesz, tato, wczoraj wieczorem się modliłem do Pana Boga i dzisiaj On mnie wysłuchał!”. Nie wiem, co czeka moje dzieci. Ale nawet jeśli się zagubią (żyją przecież w bardzo nachalnej, agresywnej kulturze), nikt im nie odbierze pamięci. Nikt im tego nie wykasuje! Będą miały do Kogo wrócić. Pamięć – to słowo klucz. Możesz zabrać ludziom wiele, ale nie odbierzesz im pamięci.
– Przymykam oczy i widzę, jak matka z ojcem modlili się z nami. Z tym się nie dyskutuje. To można albo naśladować, albo odrzucić. Ale nikt ci tego nie wydrze – wspomina ks. Antoni Bartoszek, dziekan Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego.
– Jestem przekonany, że jeżeli małżeństwo jest blisko siebie i jest wzajemne pragnienie „bycia dla siebie”, to dzieci będą się prawidłowo rozwijały. To znaczy będą doprowadzane do podjęcia samodzielnych życiowych decyzji – opowiada piłkarski trener Marek Wleciałowski. – To wiara granicząca z pewnością. Nie będę im niczego załatwiał, nie poprowadzę ich za rączkę. One same muszą się nauczyć wybierać.
– Jeśli dzieci wychowują się w domu, w którym mama z tatą się lubią, a one też są lubiane, nie za osiągnięcia, ale nawet gdy coś zawalą w szkole, to wierzę, że na tym się nie przejadą – dopowiada aktor Lech Dyblik. – Mając takie doświadczenia, potrafią dokonywać wyborów. Naprawdę wierzę, że tak to działa – dodaje.

Nie do wiary
– „Mamo, ja nie wierzę” – ileż razy słyszałem podobne stwierdzenie. Opowiadali o nim zrozpaczeni rodzice, którzy wysłuchawszy podobnych deklaracji, zadawali sobie pytanie: „Co poszło nie tak?” – opowiada Bohdan Dutko, saletyn, prezbiter na Drodze Neokatechumenalnej, wieloletni duszpasterz. – Co mamy teraz robić? – pytają. Odpowiadam: okazać dziecku miłość, nie osądzać, nie wchodzić w przepychanki, kto ma rację, i przede wszystkim gorąco się modlić! To okazja, by rodzice zrobili sobie rachunek sumienia. Ich zadaniem jest przekazanie wiary dzieciom, a taki domowy kryzys pokazuje jak na dłoni, czy ich wiara była szczera i dojrzała. To papierek lakmusowy tego, czy wierzyłem Kościołowi, czy uczestniczyłem w jego życiu na pół gwizdka, okazjonalnie, powierzchownie, z przyzwyczajenia. Dzisiaj przekazanie samej tradycji nie wystarcza. W rozpędzonym świecie, nastawionym na robienie kariery, niezależność, zabawę, brak stałych form, wiara tradycyjna przegrywa. Dlaczego? Bo nie ma w sobie mocy.
– Dzieci odrzucające wiarę ojców to zjawisko, które narasta. Zastanawiam się od lat, skąd ten problem się bierze – opowiada o. Rafał Kogut, franciszkanin z Cieszyna, zaangażowany nie tylko w pracę duszpasterską, ale i tworzenie poradni, w których można otrzymać fachową pomoc psychologa. – W ogromnej większości przypadków, jakie znam (a posługuję i w miastach, i na terenach wiejskich), obserwuję to samo zjawisko: rodzice przekazywali dzieciom jedynie wiarę tradycyjną, opartą na poleceniach, nakazach: „musisz iść do kościoła”. Ten system w czasach dostępu do internetu, kultu indywidualizmu i zalewu treści neopogańskich, którymi bombardowani są młodzi, przestał działać. Obserwuję takie sytuacje nawet w najbliższej rodzinie. Gdy dzieci widziały rodziców, którzy nie żyli na co dzień Ewangelią, wybierały „po swojemu”. Małżeństwo sakramentalne nie było dla nich wartością, nie tęskniły za sakramentami i w efekcie, co przykre, odrzucały Boga. Widzę jednak wyraźnie, że w tych rodzinach, w których rodzice rozmawiają z dziećmi o Bogu (nie teoretycznie, ale bardzo konkretnie: „Bóg nam pomógł”, „Bóg uzdrowił”, „Bóg dał nam pieniądze na życie”), doprowadzają je do żywej wiary, do osobistego spotkania z Jezusem. W takich rodzinach odejścia od wiary zdarzają się rzadko. Co wcale nie znaczy, że dzieci nie przeżywają w pewnym momencie buntu i kryzysu. I bardzo dobrze! To naturalny stan, gdy dziecko zaczyna samodzielnie myśleć, odpowiadać na pytania, a nie wisieć na fartuszku mamy. Przecież sam Jezus doprowadzał swych uczniów do kryzysu! I wyszło im to na dobre. Ojciec Raniero Cantalamessa w „Życiu w Chrystusie” używa sformułowania, że miłość wzajemna rodziców jest pierwszym obrazem Boga kochającego. To absolutna podstawa. Pamiętaj: dziecko nie jest twoją własnością. Masz zrobić wszystko, by przekazać mu świat twoich wartości, dać to, co masz najlepszego, ale potem musisz je zostawić, by samo mogło dokonać wyboru. I co ważne: powinieneś uszanować ten wybór.
– W pewnym momencie trzeba zostawić dzieci i pozwolić im wybrać drogę – dopowiada paulin Maksymilian Stępień, duszpasterz pracujący przez wiele lat z rodzinami. – To bolesne doświadczenie, ale przecież na tym polegała bar micwa! Dwunastoletni Jezus mówi do Maryi: „Powinienem być w tym, co należy do mojego Ojca”. Odkrywa karty: moim Ojcem jest Bóg. To kwintesencja bar micwy. Rytuał nakazuje ojcu, by odsunął się i… przestał być odpowiedzialny za wychowanie religijne syna. Odtąd – podkreślają rabini – za jego życie duchowe jest odpowiedzialny sam Bóg. On się będzie troszczył. To zwolnienie ojca z odpowiedzialności za syna i przerzucenie tej zależności na Boga. Biblia pokazuje tę chwilę jako niezwykle bolesną dla rodziców. W kontekście Maryi użyte jest greckie słowo oznaczające ból. Pojawia się ono jedynie trzykrotnie w Nowym Testamencie. Oznacza całkowitą utratę. Brzmi to porażająco. Tak jakby Maryja na te trzy dni utraciła Boga. Ojcowie Kościoła widzieli w tym proroczą zapowiedź męki.

Come back
– Widziałem wiele sytuacji, gdy zbuntowane dzieci po latach wracały do Kościoła – opowiada ks. Bohdan Dutko. – Dlaczego? Bo widziały miłość rodziców, którzy wysyłali im znaki wiary. Przebaczali, modlili się, żyli w jedności. To dziś towar deficytowy. Młodzi nie znajdą w świecie wielu takich przykładów i na pewnym etapie zadadzą sobie pytanie: „Skąd oni to mają? Dlaczego tak reagują? Skąd mają siłę, by mimo swych charakterków i temperamentów przebaczać sobie?”. Zadaniem rodziców jest pokazanie: „Masz Ojca w niebie. Możesz do Niego wrócić. Zawsze. Nawet jeśli pójdziesz swoją drogą, jak syn marnotrawny, zawsze możesz wrócić do domu”. Dla nastolatków kluczowe jest spotkanie wierzących rówieśników. To podpowiedź dla rodziców: szukajcie takich środowisk i wysyłajcie tam dzieci… I módlcie się. Modlitwa czyni cuda!
– Zbuntowany nastolatek odrzuca często wszystko, co kojarzy mu się z rodzicami. Robi im na złość. Manifestując swą niezależność, nie odrzuca konkretnie wiary, ale system wartości rodziców. Wiara jest w pakiecie… Jeśli dla rodziców była ona czymś istotnym, prawdopodobnie dziecko odrzuci ten system wartości – dopowiada dominikanin o. Szymon Popławski. – W jednym z naszych duszpasterstw ksiądz na kursie przed bierzmowaniem zapytał chłopaka: „Czy twoi rodzice są wierzący?”. „Nie”. „To dlaczego tu przychodzisz?”. „Bo rodzice tego nie chcą”.
Grzegorz Wacław Dziki, którego świadectwo w „Radykalnych” wywołało prawdziwy duchowy ferment, opowiada: „Często się zastanawiam, jak będzie wyglądało życie moich dzieci i co zrobić, by im oszczędzić moich doświadczeń. Ale z drugiej strony: kim jestem, by projektować ich życie i mówić Panu Bogu, co mają robić, a czego nie? Mam lepszy od Niego pomysł na ich życie? Gorąco modlę się, by miały wiarę. Czy nie chciałbym oszczędzić dzieciom zawirowań, które sam przeżyłem? Z jednej strony tak, bo wiem, czym to pachnie. Ale z drugiej strony, jeśli moje dzieci nie doświadczą cierpienia i tego, że w tym cierpieniu Pan Bóg jest z nimi, to ich życie nie będzie pełnowartościowe. Mam pięcioro dzieci. Dwoje z nich jest we wspólnocie. Kuba, który ma 16 lat, nie wszedł do wspólnoty dlatego, że mu kazaliśmy. To nie działa. Wspólnota w pierwszy weekend września pielgrzymowała na Jasną Górę. Była to forma podziękowania za cały rok, za wszystkie łaski, których doświadczyliśmy. Pojechaliśmy. I tam Kuba poznał rówieśnika z rodziny polsko-irlandzkiej, która sprzedała dom w Anglii i wróciła do Polski z trójką dzieci. Ich syn poszedł na katechezy, a Kuba poszedł z nim… dla towarzystwa. Jak wiozłem go na pierwszą konwiwencję, to okazało się, że jest na niej mnóstwo moich znajomych, którzy również przywieźli swe dzieci. Mój syn chodził na katechezy, potem wszedł do wspólnoty, chodzi na liturgię, na Eucharystię. Dla mnie to jest radość ogromna. Bo generalnie młodzież, jak przychodzi do domu, zalega na tapczanie z komórką i »do widzenia«. Pytasz: »A co w szkole?«. »Dobrze«. »Masz coś zadane? «. »Nie«. Ale jeżeli taki nastolatek widzi młodych ludzi, którzy wchodzą w życie Kościoła, czytają Biblię, to dostrzega, że nie jest sam, i nie jest to dla niego obciachem. Dlatego tak ważne są takie imprezy, jak na przykład Dębowiec, FSM w Kalwarii Pacławskiej, Golgota Młodych, Wołczyn, Góra św. Anny, Exodus. To naprawdę szeroka oferta. Młodzi mogą się wytańczyć, wyszumieć, spotkają ciekawych ludzi, którzy mówią w sposób arcyciekawy o swoim doświadczeniu Pana Boga”.
– Módlcie się gorąco, ale uszanujcie wybór pełnoletniego dziecka. Te słowa budzą w rodzicach ogromny opór – podsumowuje ks. Bohdan Dutko. – Odpowiadam im: sytuacja, w której się znaleźliście, jest święta. Jest potrzebna. Nie ma sytuacji, których Bóg nie mógłby obrócić w dobro. Mówię rodzicom, których dzieci odwróciły się od Kościoła: „Nie wchodźcie w rozpacz, w samooskarżenie! Nigdy nie traćcie nadziei”. Jak znakomicie zauważył Václav Havel, nadzieja nie oznacza, że wszystko skończy się dobrze. Oznacza, że to, co cię spotyka, ma sens.

Modlitwa do św. Moniki o nawrócenie dziecka
Święta Moniko, Ty wytrwale walczyłaś o swego zbłąkanego syna Augustyna, zanosząc swoje modlitwy do Boga. Wstawiaj się za moim dzieckiem, które porzuciło wiarę, i uproś dla niego łaskę szczerego i prawdziwego nawrócenia do Chrystusa, naszego Pana. Proszę Cię pokornie, wstawiaj się również za mną, abym umiała tak jak Ty cierpliwie i wytrwale modlić się za moje dziecko, kochać je i być blisko niego, nawet teraz, kiedy pobłądziło. Przez Chrystusa, naszego Pana. Amen.

 

VATICANNEWS.VA dodane 10.09.2019 17:03 źródło: https://kosciol.wiara.pl/

Hiszpańscy biskupi przestrzegają przed orientalnymi technikami i metodami medytacyjnymi oraz wschodnimi elementami w katolickiej duchowości.

Celem dokumentu, który nosi tytuł „Moja dusza pragnie Boga, Boga żywego. Orientacje doktrynalne na temat modlitwy chrześcijańskiej”, jest ukazanie „natury i bogactwa modlitwy oraz doświadczenia duchowego zakorzenionego w Objawieniu i Tradycji chrześcijańskiej”. Centrum modlitwy ma być Jezus Chrystus - podkreślają biskupi. Jednocześnie przestrzegają przed „technikami i metodami medytacyjnymi”, które mają korzenie w innych tradycjach religijnych i często prowadzą do „opuszczenia wiary katolickiej”. Konkretnie zwracają uwagę na metodologię buddyzmu zen, obecną w wielu „grupach i organizacjach kościelnych”. „Redukuje ona modlitwę do medytacji” i „usuwa drugą osobę” z modlitwy, co jest sprzeczne z objawieniem osobowym Chrystusa. „Modlitwa chrześcijańska jest inicjatywą Boga i słuchania człowieka: na tym polega zasadnicza różnica pomiędzy nią, a jakimkolwiek innym rodzajem medytacji”.

 

NABOŻEŃSTWA

ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU - CODZIENNIE 16:30 - 18:00

NOWENNA DO MATKI BOŻEJ OGNISTEJ - W KAŻDĄ ŚRODĘ 17:40

DO ŚW. JÓZEFA: KAŻDY CZWARTEK 17:40

DROGA KRZYŻOWA: PIĄTEK - 7:00 I 17:30 - DLA WSZYSTKICH, 15:30 - DLA DZIECI

GORZKIE ŻALE: NIEDZIELE WIELKIEGO POSTU 15:00, 17:00

NABOŻEŃSTWIE DO MIŁOSIERDZIA BOŻEGO I ŚW. JANA PAWŁA II: każdy poniedziałek o 17.40

PORZĄDEK MSZY ŚWIĘTYCH

MSZE ŚWIĘTE W NIEDZIELE
6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:15
(Msza św. w intemcji parafian), 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W NIEKTÓRE UROCZYSTOŚCI I ŚWIĘTA:
6:30, 9:30, 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W DNI POWSZEDNIE
6:30, 16:00 - W KAPLICY MATKI BOŻEJ, 18:00