Czytelnia

o. Remigiusz Recław SJ źródło: https://www.katolik.pl/

Czytając Ewangelie, widzimy, że Pan Jezus przez całe trzy lata zmagał się z dwoma problemami apostołów. Pierwszym z nich był lęk, w którym przejawiało się ich niedowiarstwo i brak wiary, dlatego Jezus ponawiał pytanie: „Czemu tak bojaźliwi jesteście?”. A drugim problemem były ambicje, postawa: „Ja muszę być wyżej niż ten drugi”. Obie te tendencje, lękliwość i chore ambicje, także współcześnie są utrapieniem ludzi posługujących.

Każdy z apostołów przeżywał pewnie lęk: „Nie potrafię wyrzucić tego ducha. Brakuje nam chleba. Boję się wichury. Wprawdzie kiedyś przekonałem się, że nie trzeba jej się bać, ale teraz wieje naprawdę mocno i woda jest za głęboka”. I tak przez cały czas. Stawianie czoła lękowi jest wpisane w posługę w Duchu Świętym, my też nie jesteśmy lepsi od apostołów. Lęk jest wpisany w nasze życie, byleby tylko on nami nie kierował. Warto sobie powiedzieć: „Boję się, apostołowie też się bali. A Jezus im mówił: «Nie lękajcie się». Dlatego pomimo strachu, jaki odczuwam, będę działał i to jest właściwy kierunek”.

Czy Maryja się bała?

Maryja też wystraszyła się tego, co wydarzyło się podczas Zwiastowania. Pojawił się w niej lęk, natomiast nie przeszkodził on Maryi powiedzieć fiat na Ducha Świętego. Dlatego ja nie muszę być doskonały, nie muszę walczyć o to, by nie było we mnie żadnego lęku. Taka postawa to faryzeizm. Ale mam w sobie Ducha Świętego, więc mogę powiedzieć: „Jest we mnie lęk, ale moc Boża jest większa od niego. Dlatego mogę działać, choć ten lęk się pojawia, jak u apostołów”.

To nie może mnie ominąć!

Ewangelie cytują, że apostołowie się kłócili, i to w bardzo konkretnym momencie – gdy Pan Jezus mówił im o potrzebie uniżenia się: „Ja pójdę na krzyż, będę wyśmiany, będę cierpiał”. A gdy kończy to mówić, apostołowie odchodzą na bok i kłócą się, który z nich jest pierwszy! Kiedyś nie rozumiałem tego, dlaczego małżonkowie najczęściej kłócą się przed Mszą św. i po Mszy. Ktoś powie: „Nie chodźmy do kościoła, to nie będziemy się kłócić”. To nie tak. Po prostu tam, gdzie jest świętość Boga, który mówi o uniżeniu się – grzech się wyjaskrawia, on jest tam bardziej widoczny. Apostołowie kłócą się o to, który z nich będzie pierwszy, właśnie wtedy, kiedy Pan Jezus mówi o uniżeniu i o tym, że On będzie cierpiał. A Łukasz Ewangelista umiejscawia ten spór na Ostatniej Wieczerzy, czyli na Mszy. A gwarantuję, że patrząc „od strony kuchni”, Msza św. też ma takie spory. Wystarczy, że jest dwudziestu księży i biskup, i pojawia się problem: kto gdzie będzie siedział, kto dopchnie się bliżej, kto ma jaką funkcję. W niedzielę prowadzę Msze św. dla przedszkolaków, a mali ministranci są w stanie albo trochę się pokopać, albo ręczniczek czy ampułkę w sześciu podawać, przepychając się jeden przez drugiego: „To nie może mnie ominąć! Ja też muszę to zrobić!”. A kiedy Pan Jezus mówił: „To jest Krew moja za was wylana”, lub: „Jeden z was Mnie zdradzi” – apostołowie skłócili się, który z nich jest pierwszy i lepszy. To są bolesne sprawy, które obnażają nasze serca. Kiedy posługujemy, gdy podejmujemy współpracę z Duchem Świętym, też będziemy tego doświadczać. I nie chodzi o to, że kiedyś te myśli przestaną się pojawiać i będziemy idealni, bo nie będzie w nas tych ambicji. Po prostu mamy być czujni. Gdy żonie zrodzi się myśl: „Jestem lepsza od męża, wiem lepiej”, to wtedy warto się uniżyć. Kiedy w mężu rodzi się myśl, że żona coś źle robiła, a on wie lepiej – podobnie lekarstwem będzie uniżenie. Mężczyźni w rozmowie bardzo często mają potrzebę wykazania, kto tu jest lepszy. Jeśli ja powiem, ile zajmuje mi podróż do Warszawy autostradą, drugi zaraz zareaguje, że on robi tę trasę szybciej. A w końcu okazuje się, że trzeci jedzie do Łodzi z Warszawy w trzy minuty („bo ja muszę lepiej niż oni”). I tak, jak to było pomiędzy apostołami, tak jest też między nami…

Uniżanie się leczy z chorych ambicji

Gdy Pan Jezus pokazał apostołom dziecko i powiedział o uniżeniu, do apostołów dotarło, że kłócąc się, swojego celu nie osiągną. Wtedy Jakub i Jan wpadli na pomysł: „My nie możemy, ale może mama nam załatwi?”. I tak to zadziałało: skoro Jezus chce, żebyśmy się uniżali, to uniżamy się. Ale mamę napuścimy. To była wyjątkowa sytuacja, bo matka synów Zebedeusza dała Jezusowi dwóch apostołów. To bardzo zasłużona mama, więc miała większy autorytet, żeby o coś prosić dla swoich dzieci. Ale pozostałych dziesięciu apostołów na kogo się oburzyło? Na mamę? Nie, oni wiedzieli, kto za tym stoi, więc oburzyli się na Jakuba i Jana. Gdy intryga pojawia się w naszym sercu, włączamy w nią całe środowisko. Tak jest we wspólnotach, w pracy, w zakonie – wszyscy tego doświadczamy. Coś trzeba załatwić, trzeba iść do tego, do tamtego, żeby być pewnym, żeby się zabezpieczyć. We wspólnocie, gdy chcę coś załatwić, wziąć jakąś posługę – zaczyna się „obrabianie”. To jest nasz powszechny grzech. A gdyby zapytać, kto z nas się z niego spowiada…? Nie widzimy tego, bo skupiamy się na postępowaniu innych i tam widzimy grzech, i o nim jesteśmy gotowi rozmawiać. A Pan Jezus próbuje pokazać apostołom: zobaczcie, to jest grzech nie dlatego, że sprawa wyszła na jaw. Pozostałych dziesięciu oburzyło się, bo każdy pomyślał: „Ci dwaj mnie wyprzedzili, a ja też tak chciałem. Też miałem takie myśli, tylko mamy nie było obok. A teraz już za późno”. To był problem ludzi, którzy byli blisko Boga, którzy z Nim współpracowali. A skoro dwunastu apostołów doświadczało chorych ambicji, możemy się spodziewać, że i nasze serce nie jest na nie odporne. Pan Jezus będzie nas z tego leczył całe życie. Robi to bez znużenia, z miłością, nie zniechęcając się. On nas tak mocno kocha. Dla mnie najważniejsze w doświadczeniu tych naszych słabości jest to, że takich słabych uczniów Jezus cały czas powołuje. Nie rezygnuje z nich po żadnym upadku, ale ciągle na nowo ich powołuje, aby byli z Nim i szli za Nim. Świadomość, że Bóg jest nam wierny mimo naszych niewierności, zatrzymuje nas na Bożym miłosierdziu, które jest większe od wszelkich chorych ambicji.

Remigiusz Recław SJ
Szum z Nieba nr 2019/03

Dariusz Piórkowski SJ / DEON.pl 11.07.2019 16:00 źródło: https://www.deon.pl/

Ciekawe więc, że zwykle fałszywych proroków postrzega się jako zewnętrznych lub wewnętrznych wrogów rozsiewających błędne nauki. Na pewno takich też Jezus ma na myśli. Ale chrześcijanin również może stać się fałszywym prorokiem. Jak przejawia się duch fałszywego proroctwa w Kościele?

Trochę mnie oświeciło, kiedy czytałem Ewangelię przeznaczoną na dzisiaj [tj. 26 czerwca 2019 r. - red.]. I chciałem się tym z Wami podzielić.
Jezus przestrzega uczniów przed fałszywymi prorokami, którzy są jak wilki w owczej skórze. Kim w ogóle jest prorok? Na pewno nie chodzi tu o kogoś, kto przepowiada przyszłość. Dopiero w kontekście całej Ewangelii według św. Mateusza i Kazania na Górze staje się to bardziej zrozumiałe.
Prorok według Nowego Testamentu głosi Ewangelię i świadczy całym swoim życiem. Kim jest prawdziwy prorok? Jezus mówi o tym na początku Kazania na Górze: "Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze czyny i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie". A więc bycie prawdziwym prorokiem to wnoszenia światła do ciemności świata przez wszystkich uczniów Chrystusa. Jak? Nie tylko za pomocą słów, lecz czynów. Prawdziwy prorok czyni to, co mówi i w co wierzy. Prawdziwy prorok wie, że został wybrany, obdarowany, wezwany do misji zbawiania świata nie tyle przez słowa, co postawy i czyny. Nie skupia na sobie, lecz chodzi mu o to, by Ojciec był chwalony, by ludzie dostrzegali dobro w tym życiu, patrząc na życie chrześcijanina.
Sobór Watykański II uczy, że "Chrystus pełni swe prorocze zadanie aż do pełnego objawienia się chwały - nie tylko przez hierarchię, która naucza w Jego imieniu i Jego władzą, ale także przez świeckich, których po to ustanowił świadkami oraz wyposażył w zmysł wiary i łaskę słowa, aby moc Ewangelii jaśniała w życiu codziennym, rodzinnym i społecznym". I jako przykład podaje życie małżeńskie i rodzinne. Mąż, żona, ojciec, matka prorokami? A jednak. Najpierw dla własnych dzieci, potem dla swego otoczenia. Nie przez to, że dzielą się darem charyzmatów, uzdrawiają, prorokują, mówią językami, lecz dzielą się miłością czynną, często wykonując wiernie prozaiczne czynności.
Ciekawe więc, że zwykle fałszywych proroków postrzega się jako zewnętrznych lub wewnętrznych wrogów rozsiewających błędne nauki. Na pewno takich też Jezus ma na myśli. Ale chrześcijanin również może stać się fałszywym prorokiem. Jak przejawia się duch fałszywego proroctwa w Kościele?
Po pierwsze, w moralizmie, który na pierwszym miejscu stawia to, co my powinniśmy uczynić, aby się zbawić, przemilczając Boże dary, Boże pierwszeństwo, konieczność ciągłego przyjmowania łaski Boga. Wtedy moralność oddziela się od sakramentów. Na homiliach głosi się tylko, co powinniśmy robić, a nie łączy się tego ze źródłem łaski, które płynie w sakramentach, Słowie i modlitwie i daje nam siłę do wypełnienia tych wymagań.
Po drugie, rytualizm i obrzędowa religijność, która jest oddzielana od wydawania owoców w postaci miłości bliźniego, zmiany postaw wewnętrznych, powstrzymywania pierwszych odruchów, owoców Ducha Świętego. Wtedy wydaje się, że wystarczy, iż chodzisz do kościoła, zaliczasz sakramenty, manifestujesz swą wiarę i przynależność w wiecach, procesjach, nosisz religijne emblematy, a nawet czynisz wielkie znaki i uzdrowienia. Ale jeśli prawie nie widać żadnych postępów w miłości do bliźniego, co więcej, nadal jest wrogość, podział, egoizm w relacjach, to należy się pytać, czy to jest chrześcijańskie podejście do kultu.
Po trzecie, klerykalizm, który czyni proroków tylko z księży, co jest wygodne także dla wiernych świeckich. Klerykalizm jest również formą fałszywego proroctwa, bo za bardzo podkreśla rolę hierarchii, a umniejsza misję świeckich w świecie.
Fałszywe proroctwo polega więc na oddzielaniu słów od czynów, separowaniu Boga od człowieka i od codziennego życia, na wprowadzaniu podziału na sacrum i profanum.

Dariusz Piórkowski SJ - rekolekcjonista i duszpasterz. Pracuje obecnie w Domu Rekolekcyjnym O. Jezuitów w Zakopanem /// Tekst pierwotnie ukazał się na jego Facebooku

 

Jezuita o przysiędze Wojowników Maryi: macza w tym palce diabeł

Dariusz Piórkowski SJ / kk 11.06.2019 11:12 źródło: https://www.deon.pl/

Kiedy patrzę na mężczyzn, którzy nazywają się wojownikami Maryi i trzymają miecze w ręku z wojowniczym nastawieniem, to pytam się znowu, w jakim Kościele ja żyję?

Nie mam nic przeciwko temu, by mężczyźni tworzyli różne grupy i wspólnoty w Kościele, bo rzeczywiście jest ich dla nich za mało. Panowie potrzebują akcji, działania. Mam jednak wątpliwości, czy miecz połączony z Maryją i archaniołem Michałem, a potem stylizowanie się na średniowiecznych rycerzy krucjaty, to dobry pomysł na dziś. Wojownicy twierdzą, że miecz jest symbolem walki z grzechem i złem w sobie. Niestety, miecz nie kojarzy się jedynie tak. To narzędzie wojny, śmierci i przemocy. Nie tylko w świecie. W Kościele też używano miecza, by zabijać innowierców i heretyków. Takie wyobrażenie siedzi w zbiorowej świadomości. W ten sposób wskrzesza się upiory.
Nie pomoże tutaj powoływanie się na św. Pawła, który porównuje chrześcijanina do żołnierza. Z prostego powodu. Apostoł ma na myśli symbol, a nie sam miecz. Po drugie, tym żołnierzami mają być zarówno mężczyźni jak i kobiety. Na wojnach to głównie walczyli i walczą mężczyźni. Sam św. Paweł został ścięty mieczem. Poza tym, niebezpieczeństwo polega na tym, że przejście od duchowej walki ze złem w sobie do walki ze złem w innych, czyli w ostateczności z nimi, jest bardzo płynne i często wręcz niezauważalne.
Kiedy do Ogrójca przyszli arcykapłani i straże z mieczami i kijami, uczniowie natychmiast odpowiedzieli tym samym zachowaniem: obronić Jezusa mieczem, chociaż On już wcześniej stanowczo tego zabronił. Kazał Piotrowi schować miecz do pochwy. To znak. Chrześcijanin z mieczem w ręku dla jakichkolwiek powodów nie działa po myśli Jezusa. (Chciałbym jeszcze dodać, że nie jestem pacyfistą).
Co się więc dzieje? W Kościele w Polsce w wielu środowiskach narasta atmosfera osaczenia. Wrogowie napierają zewsząd. Budzi się rozpaczliwa potrzeba obrony wiary, moralności, wartości, Boga, tradycji. Ale budzi się jeszcze coś innego. Macza w tym palce diabeł. Inspirując się przypowieścią Jezusa o pszenicy i chwaście z trzynastego rozdziału Ewangelii św. Mateusza, mam na myśli "mentalność chwastu", czyli diabelskiego sposobu poradzenia sobie ze złem w świecie.
I to właśnie z tej mentalności rodzi się wysyp egzorcystów, obrona zranionych uczuć religijnych, przestrach na widok tych, którzy nie podzielają chrześcijańskich wartości, agresja, okopywanie się w twierdzy, mentalność getta, obrona Jasnej Góry przed Szwedami. To z tej mentalności zrodził się faszyzm, hitleryzm, komunizm. Wszyscy przecież działali dla dobra narodu, robotników, uciśnionych. Wszyscy chcieli dobrze. I wiemy, jak wyszło.
Chrystus nas nie łudzi, że będziemy żyć na ziemi jak w raju. Mówi o zgorszeniach, o tym, że pomiędzy nami nie będzie samego dobra. Chwast jest po to zasiany, za przyzwoleniem Boga, aby najpierw wyszło na jaw to, co siedzi w sercach wierzących. Jest zasiany po to, by wciągnąć człowieka w logikę zła i ciemności. Główną siłą napędową mentalności chwastu jest lęk przed złem w drugich, który prowokuje do użycia różnych form przemocy, manipulacji. Ale jest to lęk okryty "słuszną" walką w obronie dobra. W mentalności chwastu zajmujemy się głównie złem, a nie dobrem.
Mentalność chwastu jest pozorem dobra. Przed tym ostrzega nas Chrystus. Trudno to zauważyć, że broniąc dobra, możemy czynić zło, ponieważ motywacja wydaje nam się dobra. Samo oburzenie i lęk na widok zła jest w sumie jeszcze zrozumiałe. Pan z przypowieści nie dziwi się reakcjom sług. chociaż on sam nie panikuje. Ważniejszy jest jednak kolejny krok: jaka jest ich reakcja na powstałe zgorszenie, oburzenie i lęk. To jest w chrześcijaństwie kluczowe. Nie to, czy się oburzamy czy nie, ale do czego nas to oburzenie popycha.
Najbardziej intrygujące w przypowieści jest to, że my często nie walczymy z grzechem w sobie, lecz drażni nas grzech w innych, nazwanych w przypowieści chwastem. Bo nie widzimy go wyraźnie w sobie, a jeśli widzimy, chcielibyśmy się z tym szybko rozprawić. Nigdy na tym świecie nie zwalcza się abstrakcyjnego zła. Zło zawsze zasiane jest między ludźmi i w ludziach. I na tym polega problem.
Druga rzecz zadziwiająca jest taka, że pole, na którym nagle słudzy zauważyli chwast nie należy do nich. Nie zasiali również pszenicy. Nie mają pojęcia, skąd się wziął na nim chwast. Nie zapobiegli jego zasianiu. Ale oto nagle wiedzą, jak sobie z nim poradzić. Ich pierwszą reakcją jest wyrwać i usunąć chwast. Mają receptę. Wydaje im się, że wiedzą. Pan jednak zabrania takich rozwiązań, bo płyną z lęku, niecierpliwości i pychy, bo my rzekomo wiemy, jak rozwiązać problemy tego świata.
W przypowieści słudzy jednak najpierw poszli zapytać gospodarza, co zrobić. Czy my tak zawsze robimy z naszym lękiem i zgorszeniem? Mam duże wątpliwości.
No i jak wojownicy Maryi będą próbowali pogodzić miecz w ich rękach ze słowami Jezusa: "Pozwólcie obojgu (pszenicy i chwastowi) rość aż do żniwa?"

 

Łaski liczone kilometrami czyli o pielgrzymce słów kilka

By Magdalena Urbańska on poniedziałek, Lipiec 8, 2019 źródło: https://niezawodnanadzieja.blog.deon.pl/
Pielgrzymki nie są mi obce, choć nigdy nie doświadczyłam trudu pielgrzymowania osobiście. Ostatnio zrodziło się we mnie wielkie pragnienie by pokazać piękno nie tylko samego pielgrzymowania na Jasną Górę, ale i motywację tych, którzy wyruszyli na szlak.

Skąd to pragnienie? Myślę, że ma wiele źródeł…
Znam osobiście wielu pielgrzymów, większość z nich emanuję miłością do Kościoła i Maryi, a przy tym są to osoby mocno osadzone w realiach i trudach codzienności. Odkłamuje się wyobrażenie pielgrzyma jako smutnego osobnika w worku pokutnym, który niesie w plecaku kamienie.

Drugą sprawą jest cel – Jasna Góra. Nie ukrywam, że moja relacja z Maryją jest bardzo dynamiczna. Przez kilka ostatnich miesięcy odkryłam Ją w zupełnie inny sposób. Jak? Nie powiem! Maczał w tym palce pewien kapłan, który jak się okazuje, też zasuwa z buta do Maryi (i to przez całą Polskę, Kaszub jeden!).
Poprosiłam o pomoc przy tworzeniu tego tekstu tych, którzy doświadczyli osobiście trudu tej wyjątkowej formy na spędzanie wakacyjnego czasu. Oddaje im głos, posłuchajcie…

Pielgrzymka – jakie jest Twoje pierwsze skojarzenie (luźne, może być to tylko jedno słowo)?
• Droga, spotkanie z Nim w trudzie. (Agnieszka Workiewicz)
• Wielka opieka i wsparcie. Idzie się i czuje, że nie idziesz sam, bo to po prostu jest fizycznie niemożliwe, że jest jakaś siła, która cię podtrzymuje i cię prowadzi. Czuje się to wręcz namacalnie. (Kasia)
Było wiele bardzo podobnych odpowiedzi – o tym, że to droga, spotkanie, radość, przyjaźń, pogłębianie relacji, bycie tu i teraz. Nikt nie odpowiedział narzekając na trud, pierwsze skojarzenia okazały się w 100% pozytywne.

Dlaczego wracasz (bądź nie) na szlak? Co takiego pociąga Cię w pielgrzymowaniu?
• Przez kilka dni można się „wyłączyć” z bieżącego świata (…) jesteś z własnymi myślami i z tym co On podpowiada, uświadamiasz sobie, że problemy tego świata wcale nie są takie ważne, że najważniejsze to się zatrzymać i skupić na Nim. (Agnieszka Workiewicz)
• By jeszcze raz odkryć poczucie wspólnoty z ludźmi podobnie myślącymi, którzy nie będą oceniać, bo widzą cię umordowaną upałem, brudną, spuchniętą; którzy też idąc obok odmawiają różaniec; którzy nie boją się wziąć odpowiedzialności i pełnią różne potrzebne w drodze funkcje. (Magdalena)
• W sercu wtedy rodzi się taka radość i nadzieja, że ten świat wcale nie jest taki zły, że są promyczki dobra. Są cudowni ludzie bardzo wierzący, pokorni, cisi, czynią miłosierdzie czynem, nie gadaniem… (Kasia)
Wśród kilkudziesięciu odpowiedzi, jakie do mnie dotarły tylko jedna osoba napisała, że nie wróciła na szlak, że to jednak nie jej duchowość.
Zrodziło to we mnie pewną refleksję – co takiego dzieje się w pielgrzymim sercu, że wraca? Co jest tą wartością dodaną, która pokonuje wszelkie przeciwności, sprawia, że ludzie np. rezygnują z urlopu na rzecz np. 19 dniowej pielgrzymki (pielgrzymka Kaszubska idzie 19)? Mogę się tego tylko domyślać (wszak sama urlop wykorzystałam na siedzenie w ciszy na rekolekcjach ignacjańskich). Co albo Kto pcha ich ciągle pomimo trudności?

Największy trud pielgrzymki to…
• Trudne warunki (np. mycie się chusteczkami w komórce, garażu w misce z zimną wodą, życie „na walizkach”, spanie najczęściej w stodołach pełnych siana i kurzu, ale da się i to też ma swój urok (…) z pokorą zaczęłam przyjmować to, co mnie spotyka. Żar leje się z nieba? Ok, zakładam kapelusz, nakładam krem z filtrem i do przodu, leje deszcz – ok, kiedyś przestanie padać. Strasznie zimno w nocy? Zakładam to, co mam i czekam na nowy dzień (…) Zabrakło obiadu? Ok, zjem kabanosa, bez obiadu też da się przeżyć. A na pielgrzymce nigdy nie głodowałam. (Marysia Górczyńska – autorka bloga „Chrześcijanka z sąsiedztwa”)
• Skręcona noga, uczulenie na asfalt, bąble. Okres – a tu do mycia trochę wody w misce. Chleb z pasztetem w kółko. Deszcz 5 dni z rzędu (Magdalena)
• No generalnie nie jest łatwo. Codziennie mówiłam, że wracamy do domu. Ale rano wszystko mijało. Wielka, wielka pomoc i łaska, jak tak się zastanawiam – to nie jest normalne. Pielgrzymi to są wariaci i świry, do których z wielką dumą należę. (Kasia)
Znalezienie ustronnego miejsca, gdy twoja grupa idzie. Mycie się w misce, gdy ma się okres. Obolałe i pokaleczone nogi – te odpowiedzi padały najczęściej. Zaczynam drżeć na samo wyobrażenie tych sytuacji!

Gdybym nie spróbowała straciłabym…
• Możliwość tak dużego doceniania tego, co mam np. nawet wanny i świadomość tego, że do szczęścia nie potrzeba tak wiele (kwestie materialne, prestiż) (…) detoks od częstego korzystania z mediów społecznościowych (na pielgrzymce to staje się niepotrzebne) (Marysia Górczyńska – autorka bloga „Chrześcijanka z sąsiedztwa”)
• Cykl dnia, czyli katoagenda (poranna msza, godzinki, różaniec, koronka, apel), tego brakuje po powrocie do domu (…) siedzisz tam w poczuciu, że udało Ci się, że żaden ból Cię nie złamał, że On był przy Tobie, a Ona Cię prowadziła, bo chciała, żebyś doszedł przed Jej wizerunek. Uwielbiam wtedy pójść do Niej, usiąść i patrzeć na jej piękny wizerunek, który mówi „dziękuję, że tu jesteś” (Agnieszka Workiewicz)
• Pielgrzymka mnie wtedy definiowała. Straciłabym naukę wierności modlitwie pomimo okoliczności. Nie spotkałabym moich przyjaciół. Nie nauczyłabym się cieszyć z kanapek z pomidorem, które dostaliśmy na noclegu, ani z tego, że pani gospodyni, widząc nas już zapleśniałe po tych kilku dniach deszczu, rozpaliła piec i mogłyśmy się wysuszyć. Nie nauczyłabym się, że z pomocą Bożej łaski dam radę… (Magdalena)
• Może moja dusza by straciła jakąś cząstkę miłości, której doświadczyłam. (Kasia)
Pod tym pytaniem pojawiło się również kilka odpowiedzi, przy których się wzruszałam. Opowieści o „spowiedziach nie liczonych w minutach, ale w kilometrach” (wow, jakie piękne określenie!). O kapłanach, którzy dzielnie idą mimo upałów w sutannach, gotowi słuchać tych spowiedzi. O ludziach na szlaku, którzy czekali na pielgrzymów, by ugościć ich tym co mają, albo tym, czego na co dzień im brak.

Przede wszystkim były to jednak opowieści głębokie o wewnętrznym spotkaniu – z Bogiem i Maryją. Tak, jakby wszystko inne traciło sens, jakby liczyło się tylko to spotkanie, ta chwila, ta droga ze spojrzeniem we wzrok, którego serce tak mocno pragnie…
Dziękuję wszystkim, którzy tak licznie odpowiedzieli na mój apel o podzielenie się swoja pielgrzymią przygodą, moje serce rosło, gdy czytałam Wasze maile. Wiele odpowiedzi się powtarzało, zacytowałam więc tylko te oddające sedno, które były pewną kwintesencją. Dziękuję też organizatorom Gdyńskiej Pielgrzymki za możliwość wykorzystania zdjęć – jesteście przekochani!
P.S. Zajrzyjcie na Instagram gdyńskich pielgrzymów, wymiatają!

 

KAI dodane 07.07.2019 14:15 źródło: https://papiez.wiara.pl/

Nasza modlitwa nie powinna być ograniczona jedynie do naszych potrzeb i niezbędnych spraw: modlitwa jest prawdziwie chrześcijańska wtedy, gdy ma także wymiar powszechny - powiedział Franciszek w rozważaniach przed modlitwą Anioł Pański na Placu św. Piotra w Watykanie.
Czytany dzisiaj fragment Ewangelii ukazuje Jezusa, który wysyła na misję 72 uczniów, oprócz 12 apostołów; Pan polecił im, aby nie brali ze sobą niczego, ale aby się modlili i udali się w drogę - zwrócił uwagę papież. Nawiązał również do innego fragmentu dzisiejszych czytań, mówiącego o potrzebie posłania robotników na żniwa Pańskie.

Publikujemy treść rozważań ojca świętego:
Drodzy bracia i siostry, dzień dobry!
Dzisiejszy fragment Ewangelii (por. Łk 10, 1-12. 17-20) ukazuje Jezusa, wysyłającego siedemdziesięciu dwóch uczniów, dodatkowo do dwunastu apostołów. Liczba 72 odnosi się prawdopodobnie do wszystkich narodów, ponieważ Księga Rodzaju wspomina o 72 różnych narodach (por. 10, 1-32). Tak oto owo rozesłanie oznacza zapowiedź misji głoszenia przez Kościół Ewangelii wszystkim ludom.
Tym swoim uczniom Jezus powiedział: "Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo" (w. 2). Ta prośba Jezusa jest zawsze ważna. Zawsze musimy się modlić do "Pana żniwa", to znaczy do Boga Ojca, aby posyłał robotników do pracy na Jego polu, którym jest świat.
I każdy z nas winien to czynić otwartym sercem, w postawie misyjnej; nasza modlitwa nie powinna być ograniczona jedynie do naszych potrzeb i niezbędnych spraw: modlitwa jest prawdziwie chrześcijańska wtedy, gdy ma także wymiar powszechny. Wysyłając siedemdziesięciu dwóch uczniów Jezus daje im dokładne wskazówki, wyrażające cechy charakterystyczne misji.
Pierwsza, jak zauważyliśmy, to módlcie się. Druga: idźcie a następnie: nie bierzcie z sobą trzosa ani torby... mówcie: "Pokój temu domowi!"... zostańcie w tym domu... Nie przechodźcie z domu do domu; uzdrawiajcie chorych i mówcie im: "Przybliżyło się do was królestwo Boże"; a jeśli was nie przyjmą, wyjdźcie na place i pożegnajcie się (por. ww. 2-10).
Nakazy te pokazują, że misja opiera się na modlitwie, która jest wędrowaniem i nie zatrzymuje się; która wymaga odłączenia się i ubóstwa; która niesie pokój i uzdrowienie – znaki zbliżania się królestwa Bożego; która nie jest prozelityzmem, ale jest głoszeniem i świadectwem i która wymaga także szczerości i ewangelicznej wolności ruszenia w drogę, świadcząc w ten sposób o odpowiedzialności za odrzucenie orędzia zbawienia, ale bez potępień i złorzeczeń.
Jeśli jest przeżyta w tych okolicznościach, misja Kościoła będzie się odznaczała radością: "Wróciło siedemdziesięciu dwóch z radością" (w. 17). Nie chodzi o radość przemijającą, która wypływa z powodzenia misji; przeciwnie – jest to radość zakorzeniona w obietnicy, że – jak mówi Jezus – "wasze imiona zapisane są w niebie" (w. 20). Tym wyrażeniem pragnie On obdarzyć radością wewnętrzną i niezniszczalną, rodzącą się ze świadomości, że zostaliśmy powołani przez Boga do kroczenia za Jego Synem. A zatem jest to radość bycia Jego uczniami.
Dzisiaj na przykład tu, na placu każdy z nas może pomyśleć o imieniu, które otrzymał w dni chrztu; imię to jest "zapisane w niebie", w sercu Boga Ojca. I to właśnie jest radość tego daru, który czyni z każdego ucznia misjonarza, kogoś, kto wędruje w towarzystwie Pana Jezusa, który uczy się od Niego spalania się bez reszty dla innych, będąc wolnym od samego siebie i od swoich uzależnień.
Przywołujmy razem macierzyńskiej ochrony Najświętszej Maryi, aby wspierała w każdym miejscu misję uczniów Chrystusa: misję głoszenia wszystkim, że Bóg nas kocha, chce nas zbawić i wzywa nas, abyśmy byli częścią Jego Królestwa.

 

NABOŻEŃSTWA

ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU - CODZIENNIE 16:30 - 18:00

NOWENNA DO MATKI BOŻEJ OGNISTEJ - W KAŻDĄ ŚRODĘ 17:40

DO ŚW. JÓZEFA: KAŻDY CZWARTEK 17:40

DROGA KRZYŻOWA: PIĄTEK - 7:00 I 17:30 - DLA WSZYSTKICH, 15:30 - DLA DZIECI

GORZKIE ŻALE: NIEDZIELE WIELKIEGO POSTU 15:00, 17:00

NABOŻEŃSTWIE DO MIŁOSIERDZIA BOŻEGO I ŚW. JANA PAWŁA II: każdy poniedziałek o 17.40

PORZĄDEK MSZY ŚWIĘTYCH

MSZE ŚWIĘTE W NIEDZIELE
6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:15
(Msza św. w intemcji parafian), 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W NIEKTÓRE UROCZYSTOŚCI I ŚWIĘTA:
6:30, 9:30, 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W DNI POWSZEDNIE
6:30, 16:00 - W KAPLICY MATKI BOŻEJ, 18:00