Czytelnia

Mamy papieża! – przed 40. rocznicą wyboru kard. Wojtyły

Tomasz Królak / Warszawa (KAI) 2018-10-15 11:20 źródło: http://www.niedziela.pl/

16 października mija 40. rocznica wyboru kard. Karola Wojtyły na papieża. Publikujemy garść faktów, wspomnień, opinii i ciekawostek dotyczących pamiętnego konklawe.
Bardzo znamiennie, z perspektywy przyszłych wydarzeń, brzmią słowa jakie kard. Wojtyła wypowiedział 11 października 1978 w bazylice Mariackiej, podczas Mszy św. intencji zmarłego papieża, Jana Pawła I: „Mężowie stanu, głowy państw mówią o tym, że zapoczątkował nowy styl pasterzowania na Stolicy Apostolskiej. Styl pełen ogromnej prostoty, pełen ogromnej skromności, pełen olbrzymiego poszanowania dla człowieka”.
15 sierpnia 1963 r. podczas uroczystości koronacji przez prymasa Wyszyńskiego figury Matki Bożej Ludźmierskiej miał miejsce znamienny – z perspektywy późniejszych wydarzeń – epizod. Kardynał Wojtyła uchwycił berło, jakie podczas procesji w pewnym momencie wypadło z ręki Madonny. "Karolu, Maryja dzieli się z Tobą władzą" – powiedział do bp. Wojtyły stojący obok jego kolega, ks. Franciszek Macharski.
Niektórzy bliscy znajomi kard. Wojtyły uważają, że jego niezwykłe zachowanie w dniach poprzedzających konklawe (w tym szczególne skupienie i małomówność) mogło wskazywać, że przeczuwał on to, co się ostatecznie wydarzyło. Kiedy rankiem 29 września 1978 r. metropolita krakowski dowiedział się o niespodziewanej śmierci Jana Pawła I, głęboko wstrząśnięty powiedział: “Niezbadane są wyroki Boże, chylimy przed nimi głowę”.
Ostatnią noc przed wyjazdem na pogrzeb Jana Pawła I i konklawe, przyszły papież spędził w domu gościnnym sióstr urszulanek na warszawskim Powiślu. W tym samym domu od lat mieszkał wybitny historyk filozofii Stefan Swieżawski, od lat przyjaciel Karola Wojtyły. "Był bardzo milczący. Pożegnaliśmy się właściwie bez słowa. Widziałem, że nie chce nic mówić. A on już wiedział..."
Przed konklawe, które wybrało go na papieża kard. Wojtyła mieszkał w Papieskim Kolegium Polskim przy Piazza Remuria. Wczesnym rankiem, 14 października 1978 r. w kaplicy Kolegium odprawił Mszę św. Po południu odjechał na konklawe samochodem prowadzonym przez brata Mariana Markiewicza ze Zgromadzenia Braci Serca Jezusowego. Wysłużone już wówczas auto kupił po latach amerykański aktor Jon Voight, odtwórca roli papieża w amerykańskim filmie "Jan Paweł II" (USA, 2005).
Bezpośrednim poprzednikiem Jana Pawła II na Stolicy Piotrowej był kard. Albino Luciani, który przybrał imię Jana Pawła I. Zmarł na atak serca 28 września 1978 r. po 33 dniach pontyfikatu. Wedle niepotwierdzonych doniesień, papież zmarł we śnie trzymając w dłoni słynne dzieło Tomasza a Kempis „O naśladowaniu Chrystusa”.
Kard. Wojtyła niemal „na styk” zdążył na konklawe, które wybrało go na papieża. 14 października metropolita krakowski wybrał po południu do rzymskiej kliniki Gemelli, by odwiedzić chorego przyjaciela, biskupa Deskura. Do Kaplicy Sykstyńskiej wszedł ostatni a trzeba wiedzieć, że po zamknięciu wrót Kaplicy do środka nie wpuszcza się nikogo, nawet kardynałów....
Kard. Karol Wojtyła został wybrany na papieża w poniedziałek, 16 października 1978 r., w drugim dniu konklawe. Biały dym zwiastujący dokonanie wyboru pojawił się nad Kaplicą Sykstyńską o godz. 18.18. Metropolita krakowski stał się 262. następcą św. Piotra. Ostatnia notatka w prowadzonej przez metropolitę krakowskiego ‘Księdze czynności biskupich’, przesłanej później do Krakowa, brzmi: „Około godz. 17.15 – Jan Paweł II”.
Podczas konklawe, prymas Polski kard. Stefan Wyszyński szepnął kardynałowi Wojtyle: “Jeśli wybiorą, proszę nie odmawiać...”.
Znamienne reminiscencje z konklawe zamieścił papież w swoim testamencie: „Kiedy w dniu 16. października 1978 konklawe kardynałów wybrało Jana Pawła II, Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński powiedział do mnie: ‘zadaniem nowego papieża będzie wprowadzić Kościół w Trzecie Tysiąclecie’. Nie wiem, czy przytaczam to zdanie dosłownie, ale taki z pewnością był sens tego, co wówczas usłyszałem. Wypowiedział je zaś Człowiek, który przeszedł do historii jako Prymas Tysiąclecia. Wielki Prymas. Byłem świadkiem Jego posłannictwa, Jego heroicznego zawierzenia. Jego zmagań i Jego zwycięstwa. ‘Zwycięstwo, kiedy przyjdzie, będzie to zwycięstwo przez Maryję’” – zwykł był powtarzać Prymas Tysiąclecia słowa swego Poprzednika kard. Augusta Hlonda.
Kolegium Kardynalskie, które dokonało wyboru liczyło 111 purpuratów. Spośród kardynałów elektorów tylko 18 było młodszych od kard. Wojtyły. Został on najmłodszym z papieży, jakich wybrano od półtora wieku. Zgodnie z kościelną normą określoną przez papieża Pawła VI, w konklawe nie brali udziału kardynałowie powyżej 80. roku życia.
Jan Paweł II był pierwszym od 455 lat papieżem nie-Włochem (od czasu pontyfikatu Hadriana VI, który był Holendrem i pełnił najwyższy urząd w Kościele w latach 1522-23), najprawdopodobniej pierwszym w dziejach papieżem-Słowianinem i pierwszym w historii Kościoła papieżem, który przybranym imieniem powołuje się aż na trzech swoich bezpośrednich poprzedników (Jana XXIII, Pawła VI i Jana Pawła I).
Pełne, oficjalne i uroczyste określenie urzędu, na jaki wybrano kard. Wojtyłę brzmi: “Jego Świątobliwość Ojciec Święty Jan Paweł II, Biskup Rzymski, Namiestnik Pana Naszego Jezusa Chrystusa, Następca Księcia Apostołów, Najwyższy Kapłan Kościoła Katolickiego, Patriarcha Zachodu, Prymas Italii, Arcybiskup i Metropolita Rzymskiej Prowincji Kościelnej, Suwerenny Władca Państwa Watykańskiego, przedtem Arcybiskup i Metropolita Krakowski Karol Kardynał Wojtyła”.
Obrady są absolutnie tajne, zaś kardynałów obowiązuje tajemnica, niemniej wedle miarodajnych opinii metropolita krakowski został wybrany w ósmym głosowaniu, przytłaczającą większością 99 głosów (spośród 111 wszystkich uczestników konklawe).
Chociaż kardynał Wojtyła zyskiwał od czasu udziału w obradach coraz większe uznanie wśród hierarchów z całego świata, to nie był wymieniany przez media w gronie papabili a więc purpuratów, których wybór na papieża jest wielce prawdopodobny. Wynik konklawe był absolutną światową sensacją.
Postać papieża z Polski stała się przez szereg dni po konklawe kluczowym temat światowych mediów, które nie kryły zafascynowania jego osobą. Zwracano uwagę na jego horyzonty intelektualne, wszechstronność zainteresowań, bogactwo doświadczeń duszpasterskich; podkreślano, że zna biegle sześć języków, lubi spływy kajakowe, uprawia narciarstwo a do tego jest poetą...
Gdy uczestnicy konklawe zostali zapoznani z wynikami rozstrzygającego głosowania, sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej kard. Villot, zadał metropolicie Krakowa przewidziane rytuałem pytanie: “Czy przyjmujesz dokonany przed chwilą kanonicznie wybór twojej osoby na Najwyższego Kapłana?” Wyraźnie wzruszony kard. Wojtyła odpowiedział: „W duchu posłuszeństwa wobec Chrystusa, mojego Odkupiciela i Pana, w duchu zawierzenia wobec jego Matki – przyjmuję”.
Zgodnie ze zwyczajem, tuż po wyborze nowy papież przyjmuje od kardynałów elektorów ślubowanie posłuszeństwa. Jak poinformowali świadkowie tego wydarzenia, Jan Paweł II dokonał w tej ceremonii znamiennej modyfikacji, którą biorąc pod uwagę styl całego pontyfikatu, można określić jako wręcz symboliczną: w przeciwieństwie do poprzedników odebrał ten hołd w pozycji stojącej a nie siedząc na tronie.
Jednym z hierarchów, który podczas przerw w kolejnych sesjach konklawe, optował na rzecz wyboru metropolity krakowskiego był ówczesny arcybiskup Wiednia i przyjaciel metropolity krakowskiego, kard. Franz König. Wielce znamienną rozmowę odbył on z kard. Wyszyńskim, któremu zasugerował, że Polska ma odpowiedniego kandydata. “Co? Miałbym opuścić Warszawę i pozostać w Rzymie? To byłby triumf komunistów!” – odparł na to Prymas. Kard. König doprecyzował więc, kogo miał na myśli...
Niezwykłą adnotację zawiera księga metrykalna parafii Karola Wojtyły w Wadowicach. Nazajutrz po konklawe z 16 października 1978, pod kolejnymi adnotacjami – o chrzcie, bierzmowaniu, święceniach, sakrze biskupiej, kreowaniu kardynałem – ksiądz proboszcz Edward Zacher, w obecności dziennikarzy z całego świata, wypisał wiecznym piórem: “Die 16 X 1978, in Summum Pontificem electus, et imposuit sibi nomen: Joannes Paulus PP”...
Postać nowego papieża wzbudzała medialną gorączkę na całym świecie, zaś osoby, które znały kard. Wojtyłę udzielały nieskończonej liczby wywiadów. Tuż po konklawe ciekawą charakterystykę metropolity krakowskiego przedstawił włoskiemu radiu sekretarz Episkopatu Polski bp Bronisław Dąbrowski: “Żyje bardzo ubogo. Gdybyście widzieli, jak mieszka w Krakowie, gdzie jest wielki pałac, a on zajmuje mały pokoiczek, nic więcej... To człowiek pracy. Śpi mało, pracuje wiele (...) Mogę powiedzieć, że jest ludzki, że to człowiek święty, bardzo dobry, otwarty dla wszystkich”.
Wśród wielu zadziwiających faktów dotyczących Karola Wojtyły, jakie u kresu pontyfikatu zebrał szwajcarski dziennik „Tribune de Geneve” podano i ten, że metropolita krakowski przybył na konklawe mając ze sobą wyjątkowo skromne kieszonkowe, stanowiące odpowiednik 125 franków szwajcarskich.
Dla bloku państw komunistycznych, na czele z ZSRR wybór polskiego kardynała na papieża był potężnym ciosem. Ciężki szok przeżywało kierownictwo PZPR, które tuż po wyborze zwołało specjalną naradę. Jej klimat opisywał jeden z jej funkcjonariuszy: “Konsternacja widoczna. Olszewski wylewa na jasne spodnie filiżankę czarnej kawy. Westchnienia. Ciężkie. Czyrek ładuje się z tezą (...) – ‘ostatecznie lepszy Wojtyła jako Papież tam, niż jako Prymas tu’. Teza jest chwytliwa. Trafia do przekonania. Ulga”.
Oficjalna reakcja władz na wybór kard. Wojtyły na Papieża była utrzymana w tonie radości i satysfakcji. Niekiedy starania aby robić “dobrą minę do złej gry” przynosiły efekt humorystyczny. W telegramie wystosowanym przez władze PRL nazajutrz po zakończeniu konklawe napisano m.in.: “Na tronie papieskim po raz pierwszy w dziejach jest syn polskiego narodu, budującego w jedności i współdziałaniu wszystkich obywateli wielkość i pomyślność swej socjalistycznej ojczyzny...”
Wybór hierarchy “zza żelaznej kurtyny” wywołał radość i wzbudził wiele nadziei. Vaclav Havel, wówczas słynny dysydent i dramaturg (później prezydent Czechosłowacji a następnie Republiki Czeskiej) siedział z przyjaciółmi w swoim górskim domku. “Kiedy usłyszeliśmy tę wiadomość, zaczęliśmy wiwatować i krzyczeć z radości do późnego wieczora. Instynktownie czuliśmy, że jest to olbrzymie wsparcie dla wszystkich ludzi kochających wolność a żyjących w świecie komunistycznym”.
Wielki pisarz rosyjski, wygnany z ojczyzny przez władze radzieckie, autor słynnego „Archipelagu Gułag”, Aleksander Sołżenicyn, tak skomentował decyzję konklawe z 16 października 1978 r.: „Wybór papieża Wojtyły to jedyna dobra rzecz, jaka wydarzyła się ludzkości dwudziestego wieku”.
Wietnamski arcybiskup van Thuan czwarty rok siedział w odosobnieniu skazany przez komunistyczne władze swojego kraju (w areszcie domowym i więzieniach spędził w sumie lat 13). Kilka lat wcześniej widział się kard. Wojtyłą w Rzymie. Ktoś potajemnie przekazał mu wieść o wyniku konklawe. “Bardzo się ucieszyłem, ponieważ w moim przekonaniu była to wielka łaska dla Kościoła”.
Pontyfikat Jana Pawła II od pierwszych dni pełen był zachowań, słów i gestów, które odmieniły oblicze papiestwa w oczach świata, przybliżając je do zwykłych ludzi. Już pierwszego dnia po wyborze Ojciec Święty zdecydował się na rzecz nie do pomyślenia przez poprzedników: opuścił mury Watykanu by udać się do szpitala Gemelli w odwiedziny do chorego przyjaciela, kard. Andrzeja Deskura.
Brytyjski „The Times” nazajutrz po konklawe z 16 października: „Wybór kardynała Wojtyły na papieża jest wydarzeniem o niezwykłym znaczeniu. Kardynałowie wyprawili Kościół w podróż, której koniec nie jest znany (...) Być może postąpili najmądrzej, jednak zaryzykowali wyzwolenie takich sił ludzkich, politycznych i religijnych, który nie będą w stanie kontrolować”.
Wybór papieża z Polski był niezwykłym wydarzeniem w dziejach świata, ale, jak się okazało, zapowiedzianym w poetyckim proroctwie innego Polaka. Juliusz Słowacki napisał w 1848 r.: „Pośród niesnasek Pan Bóg uderza/W ogromny dzwon,/Dla słowiańskiego oto papieża/Otworzył tron, (...)// Twarz jego słowem rozpromieniona,/Lampa dla sług,/Za nim rosnące pójdą plemiona/W światło, gdzie Bóg./Na jego pacierz i rozkazanie/Nie tylko lud -/Jeśli rozkaże, to słońce stanie,/Bo moc - to cud!
Proroctwo Juliusza Słowackiego o słowiańskim papieżu odczytano na Placu św. Piotra podczas koncertu jaki zorganizowano dokładnie w 20. rocznicę wyboru kard. Wojtyły. Wielotysięczny tłum pielgrzymów i turystów gorącym aplauzem przyjął słowa polskiego wieszcza odczytane po włosku przez jednego z aktorów. Kilka chwil później niemal dokładnie co do minuty w 20 lat po swoim wyborze, w oknie Pałacu Apostolskiego pojawił się Jan Paweł II. Pozdrowił krótko przybyłych, podziękował im za pamięć o rocznicy i pobłogosławił ich.
Według tak zwanego Proroctwa świętego Malachiasza przydomek papieża Wojtyły brzmi „De labore Solis” – Z trudu słońca. Tego rodzaju alegorycznymi czy poetyckimi określeniami w proroctwie tym określano kolejnych papieży. Tekst proroctwa św. Malachiasza (prymasa Irlandii) powstał w XII wieku.
Kiedy drugiego (i ostatniego) dnia konklawe dyskusje wśród kardynałów coraz wyraźniej wskazywały na możliwość wyboru metropolity krakowskiego, dawny rzymski znajomy ks. Wojtyły a wówczas już kardynał, o. Maksymilian de Fuerstenberg, pochylił się nad nim cytując słowa z Ewangelii św. Jana: „Dominus adest et vocat te” (Pan jest i woła cię).
Uczestnik konklawe, hiszpański kardynał Enrique y Tarancon, powiedział po wyborze kard. Wojtyły: „Nie szukaliśmy kandydata konserwatywnego ani postępowego, tylko ‘pewnego’ jeśli chodzi o kontynuowanie linii Soboru Watykańskiego II. Kryteria oceny nie miały charakteru ideologicznego. Poza tym Wojtyła był typem biskupa-duszpasterza, co miało zasadnicze znaczenie”.
Powracając po latach do czasów swojego wyboru na papieża, Jan Paweł II oceniał, że w ten sposób konklawe „jak gdyby zażądało świadectwa Kościoła, z którego ten kardynał przychodził – jakby go zażądało dla dobra Kościoła powszechnego. (...) Wybór Polaka nie mógł nie oznaczać jakiegoś przełomu. Świadczył o tym, że konklawe, idąc za wskazaniami Soboru, starało się odczytywać ‘znaki czasu’ i w ich świetle kształtować swoje decyzje”.
W homilii podczas Mszy z okazji 25. rocznicy pontyfikatu, 16 października 2003 r. Papież wyznał, że w momencie wyboru silne odczuł w swym sercu pytanie, jakie skierował Jezus do Piotra: „Miłujesz Mnie, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?”(J 21, 15-16); i dodał: „Każdego dnia odbywa się w mym sercu ten dialog, a w duchu wpatruję się w to łaskawe spojrzenie zmartwychwstałego Chrystusa, które ośmiela, aby jak Piotr ze świadomości swej ludzkiej ułomności ze spokojem odpowiadał: ‘Panie, Ty wiesz... Ty wiesz, że Cię kocham, a potem podejmować zadania, jakie On sam przed nami stawia”.
Wybitny polski pisarz Andrzej Kijowski, który znał ks. Wojtyłę jeszcze z czasów jego pracy w kościele św. Floriana, tu po wyborze polskiego kardynała na papieża opublikował w miesięczniku “Więź” ciekawą “przepowiednię”: “Nie będzie cudzoziemcem ani w Rzymie, ani w świecie, ponieważ ma ten rodzaj inteligencji, która każdemu, kto się z nim zetknie, uświadamia jego inteligencję własną. Ma dar otwierania serc na tajemnie Boga i tajemnice człowieka. (...) uniwersalna mądrość tego papieża, jego talent identyfikacji z innymi, jego wewnętrzna wielość i jego wielkość rzucą blask na całą nadchodzącą epokę w historii Kościoła”. *

Fragment książki "1001 rzeczy, które warto wiedzieć o Janie Pawle II", Wydawnictwo M, Kraków

 

Rozmowa z ks. Grzegorzem Strzelczykiem dodane 11.10.2018 20:00 źródło: https://prasa.wiara.pl/ Jesień/96/2018

Gdy zdarza się zjawisko określane jako „cud”, możemy je interpretować na kilka sposobów: albo działanie Boże, albo działanie naturalne, albo działanie Boże sprzężone z działaniem naturalnym. Jeśli przyjmiemy, że Bóg jest w nieustannym informacyjnym kontakcie z rzeczywistością, to właściwie nie ma czegoś takiego jak działanie naturalne w sensie ścisłym. Zawsze jest jakiś rodzaj informacji, który w pewnym momencie został „wstrzyknięty” do systemu albo było to „wstrzyknięcie pierwotne”…

[…]
Jeden z ojców rewolucji cyfrowej, Nicholas Negroponte, mówi: „Świat cyfrowy jest inherentnie skalowany” – oznacza to, że ciągłe przekształcanie i zmienianie należy do jego natury. To się pokrywa z tym, co Ksiądz powiedział na temat teologicznej natury rzeczywistości, która nieustannie się przekształca, lecz nie ginie.

„Bądźcie płodni i rozmnażajcie się” – ten nakaz ustawia perspektywę antropologii chrześcijańskiej w bardzo dynamicznej linii. „Tu się coś dzieje, a wy macie uczestniczyć w tym dzianiu się”. Do tego dochodzi judeochrześcijańska koncepcja czasu, który jest czasem liniowym. Istnieje początek czasu. Mamy nadzieję, że istnieje również jego koniec, który jednak jest pewnym przekształceniem, a nie ostatecznym końcem.

To koniec pewnego etapu.
Po tym końcu wciąż mówimy o pewnej liniowości. To koniec tej formy funkcjonowania materio-informacji. Po drodze mamy do czynienia z nieustannie dziejącą się historią. Mocno podkreślała to dwudziestowieczna teologia, zwłaszcza z odkrytą na przełomie XIX i XX wieku ideą historii zbawienia. Mamy do czynienia z „dzianiem się” Bożego zbawienia.
Łaska buduje na naturze. W Evangelii Gaudium Franciszek dopowiada: „łaska buduje na kulturze”. Ja dopowiedziałbym: „łaska buduje na historii”. Jeden z elementów procesu, jakim jest historia świata, to działanie Boże. Bóg uzupełnia i dodaje nowe informacje. On cały czas uczestniczy w tym procesie.
Dochodzimy do metafory, do której często się uciekam, gdy mam wyjaśnić, czym jest działanie Opatrzności Bożej. Metafora backdoor. Bóg tak stworzył świat, że być może nigdy nie wykryjemy Jego działania w czasie rzeczywistym, jednak to działanie cały czas jest obecne. Możemy jedynie w niektórych momentach podejrzewać, że to działanie nastąpiło. Podobnie użytkownicy systemów komputerowych czasami odkrywają nową funkcję. Niedawno ze szczerą radością odkryłem, że bank przestał do mnie wysyłać SMS-y, mogę natomiast potwierdzić operację w aplikacji na smartfonie.
Co to oznacza w praktyce? W czasie rzeczywistym ktoś dokonał modyfikacji oprogramowania na poziomie serwera administratora, ale też na poziomie klienta. Nie zauważyłem tego, chociaż na bieżąco używam aplikacji bankowej. Zauważyłem dopiero skutek tej modyfikacji. Nie wiem nawet, w którym momencie zaszła zmiana. Gdybym nie wiedział, jak to się dzieje, mógłbym pomyśleć na przykład tak: „ta funkcja zawsze tu była, ale wcześniej jej nie zauważyłem!” albo „to naturalny proces rozwoju oprogramowania, program sam się rozwija”.
Gdy zdarza się zjawisko określane jako „cud”, możemy je interpretować na kilka sposobów: albo działanie Boże, albo działanie naturalne, albo działanie Boże sprzężone z działaniem naturalnym. Jeśli przyjmiemy, że Bóg jest w nieustannym informacyjnym kontakcie z rzeczywistością, to właściwie nie ma czegoś takiego jak działanie naturalne w sensie ścisłym. Zawsze jest jakiś rodzaj informacji, który w pewnym momencie został „wstrzyknięty” do systemu albo było to „wstrzyknięcie pierwotne”…

…takie, którego wcześniej nie dostrzegliśmy.
Pytanie, czy algorytm początkowy nie przewidywał scenariusza, który się wydarzył.

Funkcja włączyła się dokładnie wtedy, na kiedy została zaplanowana na początku tworzenia systemu.
Anzelm z Canterbury twierdzi, że Bóg jest najdoskonalszą z istot, jakie możemy sobie wyobrazić. W tym przypadku nie zgadzam się z nim – Bóg musi być nieskończenie doskonalszy od najdoskonalszej istotny, jaką możemy sobie wyobrazić. A zatem, jeśli Bóg taki jest, to wielce prawdopodobne, że ogarnia jakikolwiek, nawet najbardziej skomplikowany system. My się natomiast poddajemy – są tak złożone systemy, że ludzki umysł nie zdoła ich ogarnąć.
W danym momencie historii zastajemy świat z daną pulą informacji. Bóg nie jest Nieruchomym Poruszycielem i w toku historii dodaje informacje. W gruncie rzeczy oznacza to, że ilość informacji w świecie powiększa się.
Tak. Wszechświat się rozszerza. Informacji jest coraz więcej. Jest to widoczne również w chrześcijańskim rozumieniu Objawienia. Zakładamy przecież, że Duch Święty przyczynia się do pogłębienia zrozumienia objawienia. Innymi słowy, wiemy coraz więcej.

O tym mówi też Sobór Watykański II…
Mówi o tym wprost w Konstytucji Dei Verbum. Bardzo lubię cytat z jednego ze średniowiecznych teologów: „nie jesteśmy nikim innym jak tylko karzełkami, ale widzimy dalej niż wszystkie poprzednie pokolenia, bo stoimy na ramionach olbrzymów”. Człowiek nieustannie odkrywa kolejne połacie informacyjne. Najzabawniejsze jest to, że wieczna szczęśliwość, a więc cel ostateczny człowieka, opisywany jest w teologii chrześcijańskiej w kategoriach poznawczych.

„Ujrzymy Go takim, jakim jest”.
Używamy metafory „widzenia uszczęśliwiającego”, bo to zmysł, który dostarcza nam najwięcej informacji. Widzenie jest ze swej natury poznawcze. Mistycy uznają właśnie poznanie za owoc zjednoczenia. W Bogu widzi się całą rzeczywistość. Mistyk doświadcza absolutnej harmonii rzeczywistości, ale nie wyciąga z tego konkretnych wniosków dla nas. On zrozumiał świat na głębszym poziomie.

Zobaczył sposób działania systemu, ale nie wie, jak to zostało zakodowane…
Musiałby opowiedzieć o tym, jak działają poszczególne algorytmy, a on zobaczył działanie systemu.

Nie siedzi w głowie Programisty.
Ale posługuje się językiem dotyczącym poznania. Ostatecznie Miłość doprowadza do doświadczeń z dziedziny wiedzy. Z miłowania braci następuje zjednoczenie, a ze zjednoczenia następuje poznanie. Zataczamy krąg i wracamy do rdzenia pierwotnego objawienia biblijnego – dlaczego tak ważne jest drzewo poznania dobra i zła?

Poznalibyśmy zbyt wiele i zbyt szybko?
Być może. Zły użytek z wiedzy. Chcieliśmy panować.

Wejść do systemu i kodować…
To była hakerska próba włamania. Z zasady nie majstrujemy przy tym systemie.

Ale możemy go poznawać, widzieć owoce tego systemu.
Możemy wykorzystywać jego możliwości. Co więcej – w pewnych miejscach możemy ingerować. Mamy API – interfejs użytkownika dostosowany do naszych możliwości. Bóg opowiada nam o tym interfejsie: „Nie jedz z tego drzewa”, „Nie zabijaj” i tak dalej. A zatem: nie używaj tego rodzaju informacji. My jednak chcemy hakować. Tak hakowaliśmy, że gdy złośliwy kod wniknął do systemu, do dziś nie potrafimy go wyrzucić.
Pokusę też można wyjaśnić w kategoriach informacyjnych. Jest lato, mężczyzna idzie ulicą i widzi kobietę. Dotarła do niego określona informacja. Trzeba ją przetworzyć i coś z nią zrobić.

Pismo opisuje również relację seksualną w kategoriach poznawczych. Terminologia cyfrowa uwalnia nas od fatalistycznego myślenia, że świat zmierza ku upadkowi. Istnieje rodzaj fundamentalizmu, który technologię uznaje za rzeczywistość z gruntu złą.
Antropologia znacznej części protestantów zakłada zdecydowany pesymizm. Podejrzane jest wszystko, co człowiek robi po grzechu pierworodnym. W pewnym momencie przejęliśmy ten rodzaj myślenia. Próbował na to zareagować Pierre Teilhard de Chardin ze swoim widzeniem ewolucji jako procesu, który jest nośnikiem zbawienia. Zbawienie i stworzenie nie są od siebie oddzielone, nie stoją w opozycji, lecz są komplementarne – to jest wizja, w którą wierzy katolicyzm. Większość z rzeczy, które udało nam się zrobić w ramach cywilizowania się, to rzeczy dobre. Jest kilka mocno nieudanych przedsięwzięć i jeszcze więcej zastosowań rzeczy udanych do bardzo głupich celów. Trzeba się uderzyć w piersi. Zresztą robimy to. Mamy przecież encyklikę Laudato si’. Ona jest wynikiem poważnej samoświadomości cywilizacji i Kościoła.

Krzepiąca jest myśl, że teologia i teoria informacji uzupełniają się. Z drugiej strony dziś doświadczamy nadmiaru informacji. Czy to oznacza, że zbyt dużo informacji jest dla człowieka nie do zniesienia? A może to kwestia porządkowania? Nicholas Negroponte mówi, że w rzeczywistości cyfrowej szczególnie istotna jest „informacja o informacji”, etykietowanie informacji, nadawanie pewnego porządku.
Tu znów kodowanie jest dobrym punktem odniesienia. Gdy się pisze rozbudowany kod, czyli długi program, niezwykle istotne jest to, żeby w którymś momencie zacząć bardzo uważnie wprowadzać do tego kodu komentarze, dbać o strukturę, odpowiednie nazywanie zmiennych. Jeżeli się tego nie zrobi, programista pogubi się we własnym kodzie. Informatycy są przed tym przestrzegani podczas studiów, a jednak człowiek zwykle uczy się na własnych błędach, to znaczy rozwija kod do punktu, w którym sam zaczyna się gubić. Następnie program przestaje działać i trzeba godzinami czytać własny kod od nowa. To bardzo uciążliwy proces.
Oznacza to, że w przetwarzaniu informacji konieczna jest pewnego rodzaju asceza. To ona pozwala powstrzymać się przed wchłanianiem wszystkiego jak leci. Dziś pojęcie chrześcijańskiej ascezy wraca z nową mocą w odniesieniu do sfery informacji.
Przede wszystkim powinienem zacząć ograniczać wpływ. Pierwszy wymiar ascezy zawsze polega na ograniczeniu czegoś.

A więc nie odciąć, usunąć, ale ograniczyć…
Asceza nie polega na tym, że nie jem w ogóle, ale na tym, że jem mniej. Asceza uczy wybierania i chroni przed przesytem, spasieniem się. My dziś jesteśmy otyli informacyjnie, a przez to potwornie ociężali.

Może dlatego, że pobieranie informacji przychodzi współcześnie bez wysiłku?
Leżymy nad żłobem i możemy żreć. Prawdopodobnie przyczyną jest nie tylko przyrastanie informacji, ale też fakt, że ten przyrost dokonał się akurat w czasie, kiedy jako cywilizacja byliśmy antyascetyczni. Kultura po 1968 roku z wielkim trudem radzi sobie z jakimkolwiek samoograniczeniem. Powoli zaczyna się to zmieniać. Razem z dominującą kulturą fizycznego treningu i ćwiczeń wraca również trochę ascezy. Innymi drzwiami, bez motywacji religijnej, ale wraca.

Google zdiagnozowało, że 70 proc. użytkowników ich narzędzi chciałoby otrzymać wsparcie w mądrzejszym „balansowaniu” między światem cyfrowym a realem. W związku z tym firma chce wprowadzić program „Digital Wellbeing”, a na jego stronie czytamy: „dobra technologia powinna polepszać nasze życie, a nie dekoncentrować” [https://wellbeing.google/]. Być może w przypadku firmy Google jest to dalekosiężne myślenie biznesowe i obawa, że ze smartfonem może być trochę tak jak z papierosami…
Nie będzie tak jak z papierosami, ponieważ papieros zaspokaja potrzebę, której nie musimy zaspokajać albo możemy ją zaspokoić w inny sposób. Nie uwolnimy się już z cyberprzestrzeni. Mam tu na myśli szeroką definicję tego słowa – kontakt z maszynami liczącymi. Z wielu powodów jest to niemożliwe, ale przede wszystkim dlatego, że tak żyje się wygodniej. Chętnie przyjmę interfejs, który będzie bezpośrednio podłączony do mojej głowy.

Na pewno? Nawet, gdyby oznaczało to trwałą ingerencję w Księdza biologiczny organizm?
Klawiatura również jest trwałą ingerencją w mój biologiczny organizm, tyle że fizycznie pozostaje na zewnątrz. Pozornie, bo nie jesteśmy w stanie bez niej funkcjonować.

Idzie Ksiądz po linii transhumanistów. Rzeczywistość biologiczna człowieka podlega takim przekształceniom, że uzupełnianie ciała o technologię jest w gruncie rzeczy nieuniknione.

Już się to dokonało. Niektórzy filozofowie informatyki powiadają, że człowiek jest częścią interfejsu komputera. Wiem, że brzmi to okropnie.

Rzeczywiście, gdy kilka razy wypowiemy to zdanie na głos, ciarki przechodzą…
A jednak w taki sposób projektuje się duże systemy informatyczne – myśląc o człowieku jako części interfejsu. Pytanie brzmi, czy nie jest to po prostu kolejna faza ewolucji? Nie wiem. Nie mówię jako etyk, kwestie etyczne odkładam teraz na bok. Z pewnością w tej przestrzeni jest wiele niebezpieczeństw zrobienia sobie potężnej krzywdy i powinniśmy mieć tego świadomość. Z drugiej strony musimy patrzeć na to, co faktycznie się dzieje. „Cyborgizujemy się”, odkąd pojawiły się PC-ty, odkąd komputer osobisty na stałe zagościł w naszych domach.
[…]
Fragmenty wywiadu z ks. Grzegorzem Strzelczykiem. Całość można przeczytać w jesiennym numerze „Życia Duchowego” (96/2018).

Ks. Grzegorz Strzelczyk (ur. 1971), chrystolog, adiunkt Katedry Teologii Dogmatycznej i Duchowości Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, prezbiter archidiecezji katowickiej. Opublikował między innymi: Kościół a charyzmaty. Teoria, praktyka, kontrowersje; Niebo dla średnio zaawansowanych (w rozmowie z Szymonem Hołownią); Ćwiczenia duszy, rozciąganie mózgu (w rozmowie z Jerzym Vetulanim).

 

kl. Władysław Czujko SCJ źródło: https://www.katolik.pl/

Jest jednym z najważniejszych miejsc w historii zbawienia. To tutaj wszystko się zaczęło. To tutaj „Pan wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy” i to tu, przez wieki, nieustannie wznosi się do nieba radosna pieśń odkupionych.

„To, co niemądre wybrał Pan…”

Nazaret, mała, nic nie znacząca wioseczka, położona w Dolnej Galilei w pobliżu Via Maris – szlaku handlowego wiodącego do Egiptu. Tak było postrzegane w starożytnych czasach miejsce, w którym żyła Maryja. Jednak Bóg widział więcej. Widział Tę, która miała stać się ziemską matką Jego Jednorodzonego Syna, Miriam, zatopioną w modlitwie. Wszystko się zaczęło od małej dziewczynki, małej, a jednak mocnej w swej więzi z Bogiem.

„Błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia…”

Pismo Święte pokazuje Nazaret jako miejsce szczególnego objawienia się Boga człowiekowi, dlatego miejsce zwiastowania nigdy nie popadło w zapomnienie. Pamięć o nawiedzeniu Maryi przez archanioła Gabriela nie znikła, już pierwsi chrześcijanie otoczyli opieką i czcią to święte miejsce. Dom rodzinny Matki Bożej wyglądał bardzo prosto i ubogo: został wybudowany w sposób tzw. nabatejski. Do naturalnej groty dobudowano kamienne ściany. Dlatego współcześnie jako miejsce zwiastowania czcią otaczana jest niewielka skalna grota.

W pierwszych wiekach chrześcijanie spotykali się na modlitwę zazwyczaj w miejscach szczególnie związanych z życiem Jezusa. Grota zwiastowania nie była wyjątkiem. Dom, w którym dorastała Maryja, prawdopodobnie pozostał w rękach krewnych Jezusa, o których Pismo Święte nie raz wspomina. Przekazany w ręce judeochrześcijan stał się domem modlitwy. Pierwsza chrześcijańska społeczność była ściśle związana z kulturą żydowską – większość jej członków pochodziła z narodu wybranego. Dlatego też pierwsza budowla, którą w III wieku wzniesiono na miejscu zwiastowania, była synagogą – żydowskim miejscem modlitwy. Już w IV wieku, gdy chrześcijaństwo stało się religią bardzo rozpowszechnioną i dozwoloną w cesarstwie bizantyjskim, zaczęto czynić starania o wybudowanie większej świątyni.

W tym samym czasie grotę zwiastowania odwiedził św. Hieronim, co niewątpliwie potwierdza ważność tego szczególnego miejsca. Najważniejszym świadkiem intensywnego życia modlitwy nie są jednak pielgrzymujący do Nazaretu ludzie. Jest nim, odkryty przez archeologów, krótki napis-wezwanie w języku greckim „X????, ?????”, oznaczający to samo, co „Zdrowaś, Maryjo!”. To świadectwo epigraficzne jest jednym z najstarszych świadków istnienia kultu Maryjnego na świecie i z pewnością bardzo wymowne dla miejsca, w którym te słowa zostały wypowiedziane przez archanioła Gabriela.

Wraz z rozwojem chrześcijaństwa w Nazarecie został wybudowany pierwszy kościół. Była to bazylika bizantyjska, długa na około 20 metrów. Obok niej w 427 roku powstał także monaster, w którym gromadzili się mnisi, tworząc w Nazarecie ośrodek nieustannego czuwania i modlitwy. Niestety, w okresie podbojów arabskich w VII wieku bazylika, jak i cała wspólnota chrześcijan Bliskiego Wschodu poważnie ucierpiała. Natomiast około 1010 roku bazylika została całkowicie zniszczona, ale nie zapomniana.

W 1099 roku krzyżowcy opanowali Ziemię Świętą i stworzyli Królestwo Jerozolimskie. Książe Tankred odbudował klasztor wraz ze świątynią: powstała więc bogato zdobiona katedra o trzech nawach, a nad grotą zwiastowania utworzono główny ołtarz. Lecz i ten okazały budynek został zrujnowany w 1263 roku, gdy Galilea została z powrotem podbita przez Arabów. W tym miejscu pozostała jedynie niewielka kaplica, przypominająca o świętości miejsca.

W 1620 roku franciszkanie przejęli opiekę nad ruinami i grotą zwiastowania. Uzyskali pozwolenie na wybudowanie kościoła, lecz musieli zrobić to w ciągu siedmiu miesięcy – taki warunek postawił zakonnikom szejk Dhaher al-Omar. Prace rozpoczęły się dopiero w 1730 roku, gdy ilość napływających pielgrzymów zaczęła być zbyt wielka. Budowa została ukończona na czas, jednak kościół wyglądał bardzo prymitywnie. Dopiero w 1877 roku świątynia została rozbudowana i otoczona murem.

Bazylika Zwiastowania Pańskiego, jaką oglądamy dzisiaj, jest dziełem nowoczesnym. Została ukończona w 1968 roku w miejsce starego franciszkańskiego kościoła. Piękna, wybudowana z białego kamienia bazylika góruje nad całym miastem. W środku znajdują się rozmaite wizerunki Maryi.

„Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenie, nad tymi, którzy się Go boją…”

Historia zbawienia rozpoczęła się w Nazarecie, od młodej dziewczyny, którą wybrał Bóg, którą później przez wieki będą otaczać czcią wszystkie ludy ziemi. Wytrwale zanoszona z tego świętego miejsca modlitwa niewątpliwie odegrała swoją rolę w dziejach groty zwiastowania, nieustannie wskrzeszając i odnawiając sanktuarium, poświęcone tajemnicy wcielenia.

kl. Władysław Czujko SCJ
wstan.net

 

Ks. Tomasz Horak źródło: https://opole.gosc.pl/

Nie posyłałbym biskupów z kosiarkami na katedralne czy kurialne trawniki. Problem tkwi gdzie indziej.

Zbierałem materiał do cyklu reportaży z pogranicza. Pojechałem do proboszcza niewielkiego miasteczka po czeskiej stronie. Miły chłopak, zresztą Polak, jak to często tam bywa. Rozmawiamy. Przez otwarte okno wdarł się hałas kosiarek. Proboszcz wychylił się, kosiarki ucichły. Krótko pogadał z tamtymi, zażartował, podziękował. „Marcin, kto ci kosi trawę?” (Miasteczko całe wypielęgnowane aż miło). „No, miasto”. Na moje chyba zdziwione spojrzenie dodał: „Przecież to wszystko teren miasta, które całe powinno dobrze wyglądać”.
Kilka dni później jestem u proboszcza w polskiej parafii, duża wieś, tak średnio zadbana. Wokół kościoła i plebanii wszystko jak przy angielskim pałacyku. Niemal automatycznie powtórzyłem moje pytanie, kto kosi i podlewa trawę (wąż do wody leżał wokoło). „Jak to kto. Proboszcz, jak mnie widzisz”. Na moje nieco zdziwione spojrzenie dodał: „Kosili, ale wyglądało jak na pastwisku, nie mam siły ich uczyć”.
Gdzie indziej, miejscowość wyraźnie zostawiona Opatrzności Bożej. Tu zastałem przy koszeniu duet – niemłody proboszcz i jeszcze mniej młoda gospodyni. Dwoje kosiarzy, dwie podrutowane kosiarki. Trawy dużo. „Szczęść Boże”, przekrzykuję maszyny. „A, szczęść Boże! Żeby to jeszcze poszczęścił ziarnem pszenicy a nie trawy!”. Ja tu sobie z aparatem, a oni spoceni. „Sami to robicie...?” Stwierdzenie, pytanie... Machnął ręką i powiada: „Czasem ktoś pomoże. Ale takich coraz mniej. Płaciłem za robotę, ale i na tych parę złotych chętnych nie ma. Pracowitsi wyjechali za euro, mniej pracowici zawsze na piwo mają, ale roboty się nie chwycą. Nie udawaj, że nie wiesz. I tylko żadnych zdjęć tutaj!”.
To wszystko było dość dawno temu, nie warte felietonu. Aliści ostatnio trafiłem na felieton ze zdjęciem. Kardynał Seán O’Malley, franciszkański zakonnik, arcybiskup Bostonu kosi trawę. Habit, biskupi krzyż, widać tylko skrawek podwórka, trudno ocenić wielkość całego areału. Kontekst felietonu to skandale wśród księży. Wspomniany amerykański biskup miał z tym, pewnie ma dalej, ogromny problem – także finansowy. Oczywiście, dolary zaoszczędzone na koszeniu nie zaspokoją w najmniejszej części ogromnych sum orzeczonych przez amerykańskie sądy. A więc o co chodzi?
Nie posyłałbym biskupów z kosiarkami na katedralne czy kurialne trawniki. Problem tkwi gdzie indziej. Powiem krótko: szkoda biskupiego czasu na głupią trawę, którą może skosić ktokolwiek. Albo i zostawić nie skoszoną. Albo – jak pewien proboszcz z gór rodem – kupić kilka owiec, niech ją skubią codziennie. Biskupi czas potrzebny jest gdzie indziej.
Mutatis mutandis, czas każdego duszpasterza potrzebny jest gdzie indziej. Biskupi czas – wśród księży. Księżowski – wśród parafian. Skoro mamy jednego biskupa z Ameryki, to jeszcze jeden. Na północy Stanów. Owszem, kuria jest, ale tam są tylko urzędnicy, w liczbie koniecznej. Biskup co kilka dni jest gdzie indziej. „Hallo Jimmy, jutro jestem u ciebie!” Przyjeżdża do jakiejś parafii, zostaje na kilka dni. Najkonieczniejsze wyposażenie kancelaryjne w samochodzie. Telefon w kieszeni. Łączność, także w sferze dokumentów, internetowa. No i oczywiście potrzebny do tego taki amerykański styl bycia. Ubawiło mnie kiedyś „hallo, bishop” w telefonicznej rozmowie dość młodego księdza, który do biskupa dzwonił. W Stanach, rzecz jasna.
Oczywiste, że nie stanowi to doskonałego remedium na ewentualne bolączki czy zagrożenia w diecezji. Niemniej jednak wydaje się bardziej efektywne niż zachęta do koszenia trawy. Zaś powielenie pomysłów owego amerykańskiego hierarchy wędrownego zdaje się u nas nie do przełknięcia. Ale może ktoś coś wymyśli? I pewnie w sprawie kolędy zwanej wizytą duszpasterską można (a na pewno trzeba) coś wymyślić? Radykalnie nowego i naprawdę duszpasterskiego.
Post scriptum. Proponuję na wiosnę, gdy trawa największa, urządzić zawody w koszeniu na czas i wyrównanie trawnika. Jakaś firma lokując swój produkt użyczy maszynek i wystawi sędziów. Ogłosimy zapisy dla wszystkich w sutannach z obszywkami i bez, miejscowy handel ufunduje wodę mineralną dla poratowania wydolności kosiarzy. Będzie wesoło i pożytecznie. Pożytecznie – bo to i skoszone będzie, i księża z ludem Bożym uciechę mieć będą. Nie mówiąc o tym, że to dobra odtrutka na nasze toksyczne czasy.

 

ks. Robert Skrzypczak dodane 01.10.2018 20:38 źródło: https://liturgia.wiara.pl/

„Bóg postanowił pozostawić światu dwa środki zaradcze przeciwko złu: Różaniec i nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi” – twierdziła s. Łucja, wizjonerka z Fatimy. Prawdziwym mistrzem modlitwy różańcowej był sługa Boży ks. Dolindo Ruotolo, autor aktu zawierzenia: „Jezu, Ty się tym zajmij”.

Ksiądz Dolindo zasłynął ze szczególnej zażyłości z Jezusem ukrzyżowanym, którego głosił słowem i życiem, dobrocią i cierpieniem. Był także szczególnym wybrańcem Maryi – urodził się w wigilię święta Matki Bożej Różańcowej, 6 października 1882 roku. „Jego dzień stanowił nieustanne odmawianie Różańca. W jego ręku był wciąż obecny różaniec i każdy najmniejszy nawet moment odosobnienia był wypełniany szeptanym »Zdrowaś Maryjo«. Modlił się, gdy szedł ulicą i gdy podróżował, także przed spotkaniem z jakąś duszą. Modlitwa, dzięki której przygotowywał się do głoszenia Słowa, wypełniała go miłością do Chrystusa. Zawsze też, o ile to było możliwe, łączył ją ze świętą spowiedzią. Była dlań jak krople zakrapiane dla rozjaśnienia duszy. Spowiadał się zaś nawet codziennie, jeśli tego wymagało codzienne przepowiadanie Słowa” – czytamy w jednym ze świadectw o nim.

Modlitwa opuściła domy
Kiedy Maryja w Fatimie zachęcała do odmawiania Różańca, była to modlitwa znana już na całym świecie. Tymczasem sto lat później w przeważającej większości rodzin różańca już nie ma. Nowe pokolenie nawet nie wie, co to jest różaniec i jak się nim posługiwać. Pozostał on na szyjach modelek i gwiazdek show-biznesu jako gadżet popkultury. Skutki tego są widoczne. Dlatego też Maryja postanowiła w tej końcówce czasów, w których żyjemy, nadać nową skuteczność modlitwie różańcowej. Nie istnieje żaden, nawet najgorszy problem – materialny czy duchowy – którego nie dałoby się rozwiązać przy pomocy tej pokornej modlitwy. Być może nigdy jeszcze świat nie potrzebował w takim stopniu naszych Różańców.
Był tego w pełni świadomy ks. Dolindo Ruotolo, ukochany syn Bożej Matki – jak o nim mawiano. Nieustannie zachęcał do sięgania po różaniec w rodzinach. Zalecał, by małżonkowie odmawiali go razem. Modlitwę różańcową nazywał „perełkami duszy”.
Ksiądz Dolindo przestrzegał: „Dziś domy opuściła modlitwa. Dudnią w nich jedynie wrzaski wydobywające się z płyt i telewizorów, którym odpowiadają wrzaski członków rodziny: dzieciaki się wydzierają, podlotki próbują naśladować słynnych piosenkarzy, ojciec albo się wścieka, albo też w zniechęceniu odcina się od wszystkich, pogrążając się w zamartwianiu. A matka? Oj, córko moja, także ty powściągnij swoje nerwy! Wielokrotnie robisz sceny, które mimowolnie przemieniają się w pokaz złości”. I zachęcał: „Odwagi, dobra mamo, zaczynaj od nowa! Przywróć twej rodzinie smak modlitwy. Powoli, spokojnie i z łagodnością. Najpierw jedna dziesiątka różańca, potem dwie... aż inni zaczną cię prosić o całą koronkę. Czemu nie starasz się o bardziej świadomą modlitwę, prosząc swoje dzieci, by dołączyły do każdej dziesiątki jakąś myśl... Proś mnie o pomoc, będę blisko ciebie”.
Ten święty kapłan z Neapolu lubił przekonywać, że modlitwa z różańcem w ręku to nic trudnego ani bezużytecznego. Trzeba tylko przemóc samego siebie i pokonać odrętwienie. Bo jeśli się tego nie pokona, przerodzi się ono w paraliż, paraliż zaś może doprowadzić do duchowej śmierci.

Duchowy zamęt
Minęło 100 lat od objawień Matki Bożej w Fatimie, a jednocześnie 300 lat od założenia pierwszej loży masońskiej oraz 500 lat od wystąpień Marcina Lutra i narodzin protestantyzmu. Te rocznice jak w soczewce skupiają i wyrażają duchowy zamęt współczesności. Kardynał Karol Wojtyła mówił przed wyborem na Stolicę Piotrową, że „stoimy dziś w obliczu największej konfrontacji, jaką kiedykolwiek przeżyła ludzkość. Nie przypuszczam, by szerokie kręgi wspólnot chrześcijańskich zdawały sobie z tego w pełni sprawę. Stoimy w obliczu ostatecznej konfrontacji między Kościołem a anty-Kościołem, Ewangelią a jej zaprzeczeniem. Ta konfrontacja została wpisana w plany Boskiej Opatrzności. To czas próby, w który musi wejść cały Kościół, a polski w szczególności. Jest to próba nie tylko naszego narodu i Kościoła. Jest to w pewnym sensie test na dwutysiącletnią kulturę i cywilizację chrześcijańską ze wszystkimi jej konsekwencjami”. W podobnym tonie brzmiała diagnoza postawiona przez amerykańskiego hierarchę, arcybiskupa Fultona Sheena: „Dwie potężne siły: mistycznego Ciała Chrystusa oraz mistycznego Ciała Antychrysta zaczynają odmierzać linię frontu końcowej batalii”. O co chodzi?
17 lutego 2017 roku doszło do znamiennego wydarzenia w Londynie. Gdy kardynał Vincent Nichols, z okazji 100. rocznicy objawień fatimskich, poświęcał w swej katolickiej bazylice westminsterskiej Anglię i Walię Niepokalanemu Sercu Dziewicy Maryi, nieopodal, w anglikańskiej katedrze w Canterbury, za pozwoleniem arcybiskupa Justina Welby’ego, brytyjska loża masońska świętowała 300. rocznicę założenia. Wynajęcie katedry na ten jubileusz kosztowało 300 tys. funtów. Co mógł w tamtej chwili przeżywać spoczywający tam biedny św. Tomasz Becket, zamordowany na ołtarzu tejże katedry (podczas sprawowania Mszy Świętej 29 grudnia 1170 r.) przez czterech siepaczy nasłanych przez króla Henryka II? Wielka loża brytyjska należy do największych na świecie. Od pierwszego objawienia Matki Bożej w Fatimie siły masońskie starały się zwalczać „pogłoski” o interweniowaniu Maryi w losy świata. Burmistrz portugalskiego miasteczka Vila Nova de Ourém Arturo Oliveira Santos uniemożliwił spotkanie trojgu wizjonerom z Najświętszą Maryją Panną 13 sierpnia 1917 roku, podejmując decyzję o aresztowaniu ich i poddaniu psychologicznym torturom, aby zmusić dzieci do zdradzenia „sekretu” Madonny. Burmistrz był masonem, należał do Loży Leiria. Ludzie loży organizowali też ateistyczne ataki na pielgrzymów zmierzających do Fatimy. Zburzyli również kapliczkę wybudowaną w miejscu objawień.

Nie jesteś bogiem!
Kiedyś zauważyłem w witrynie sklepowej bawełnianą koszulkę z napisem mniej więcej takiej treści: „Mam dla ciebie dobrą wiadomość. Nie jesteś bogiem. Jest nim Ktoś inny. Odpręż się”. Pomyślałem sobie, że taki przekaz powinien być umieszczony w mojej sypialni, naprzeciw łóżka, bym każdego ranka, gdy tylko otworzę oczy, widział tę formułę ocalenia i nie przeżywał kolejnego dnia w amoku brania spraw we własne ręce. Ilu z nas rozpoczyna poranek bez jakiejkolwiek modlitwy? Ilu z nas przeżywa dzień bez jakiegokolwiek wyznania wiary w Boga jedynego? Ilu z nas zniknął z oczu ukrzyżowany Pan świata?
Maryja jak czuła matka nieustannie interweniuje w jego dzieje, by ratować nas przed własną idolatrią i nieświadomym lucyferiańskim zauroczeniem. Dlatego wręcza nam różaniec jako broń przeciw łatwej i bezrefleksyjnej dezercji ze stanowisk wiary i kompas w drodze do nieba. Byśmy życia nie zamienili na powolny beztroski marsz w stronę cmentarza. Rozważanie Różańca jest też rodzajem maczety służącej do wycinania dróg w gąszczu postnowoczesnego zagubienia i popkulturowego bełkotu. Maryja z różańcem w ręku wzywa niestrudzenie do powrotu do Jej Syna. To jedyny Zbawiciel tego świata. Świata, który wydaje się zmierzać w przepaść jak rozpędzony pociąg, pełen pasażerów wygodnie ulokowanych w eleganckich i wyciszonych przedziałach, z telewizorem i internetem, z których żaden nie jest świadomy tego, że to diabelsko komfortowe pendolino zmierza ku nicości. Kardynał Burke niedawno zainicjował akcję pod hasłem: Operation Storm Haeven. Polega ona na odmawianiu Różańca w intencji przywrócenia ludzkości blasku prawdy. Bowiem, jak uzasadnia amerykański kardynał, zło penetrujące bezlitośnie nasz poturbowany świat sprawia, że ludziom wierzącym opadają ręce. Pierwszą pokusą szatańską zmierzającą do rozbicia nas jest zniechęcenie. Jak mówiła siostra Łucja: „Odkąd Dziewica Maryja nadała wielkie znaczenie odmawianiu Różańca, nie ma takiego problemu materialnego czy duchowego, narodowego czy międzynarodowego, którego nie dałoby się rozwiązać przy pomocy Różańca i własnych wyrzeczeń”.

Różaniec zawierzenia
Ksiądz Dolindo Ruotolo zachęcał do odmawiania modlitwy różańcowej, będącej bronią tych, którzy wydają się zupełnie bezbronni. I nazywał ją „Różańcem zaufania”. Był to rodzaj suplementu dołączanego do klasycznego Różańca. Miał on następujący porządek. Pierwszą, trzecią i piątą dziesiątkę odmawiał tak: na dużym koraliku mówił: „Panie, święć się imię Twoje, bądź wola Twoja!”, następnie na małych dziesięć razy powtarzał: „Jezu, Ty się tym zajmij”. Na koniec odmawiał „Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu…”. Druga i czwarta dziesiątka różniła się nieco. Na dużych koralikach mówił: „Panie, bądź wola Twoja, święć się imię Twoje”, a na małych powtarzał dziesięć razy: „Mamo Maryjo, Ty się tym zajmij”, następnie odmawiał „Zdrowaś Maryjo”. Całą modlitwę kończyło „Ojcze nasz”.
„Nie ma takiej walki czy zmartwienia – wyjaśniał ksiądz Dolindo – które mogłoby pognębić duszę pokładającą ufność w Bogu i Maryi. Szatan pozostaje zaskoczony i powalony zawierzeniem będącym pokornym uznaniem przez człowieka własnej niewystarczalności. Świat nie jest w stanie zagrozić temu, kto bezgranicznie polega na Wszechmocnym. Jego zwycięstwo jest zawsze pewne”.
Neapolitański mistyk doradzał również dostrajanie swego życia do Różańca. Można go – jak przekonywał – odmawiać odpowiadającymi poszczególnym tajemnicom postawami. Na przykład pierwszą tajemnicę radosną można odwzorować serdecznością okazaną komuś, kto nas właśnie zdenerwował; drugą – spiesząc z pomocą potrzebującemu bliźniemu zaoferowaną mu pożyczką; trzecią – prostotą okazaną ze względu na Dzieciątko Jezus; czwartą – osobistym oddaniem się Panu Bogu podczas Mszy św.; piątą zaś – modlitwą za grzeszników, którzy pogubili się w życiu. „W ten sposób – dodawał – Różaniec staje się realnym środkiem pracy nad sobą, a nie materialnym odmawianiem modlitwy, która kończy się… uśpieniem”.
Każdego 19. dnia miesiąca, na pamiątkę śmierci świętego kapłana z Neapolu – która nastąpiła 19 listopada 1970 roku – setki osób gromadzą się w neapolitańskim kościele Matki Bożej z Lourdes i św. Józefa przy ulicy Salvatore Tommasiego, by przy grobie księdza Dolindo adorować Najświętszy Sakrament i modlić się na różańcu. Wielu z tych ludzi wcześniej przygotowywało codzienne jedzenie dla ubogich. Modlitwa i miłość bliźniego wypełniają zapachem świętości miejsce, w którym czeka na jej oficjalne uznanie jeden z najbliższych synów Maryi ubiegłego wieku.

 

NABOŻEŃSTWA

ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU - CODZIENNIE 16:30 - 18:00

NOWENNA DO MATKI BOŻEJ OGNISTEJ - W KAŻDĄ ŚRODĘ 17:40

DO ŚW. JÓZEFA: KAŻDY CZWARTEK 17:40

DROGA KRZYŻOWA: PIĄTEK - 7:00 I 17:30 - DLA WSZYSTKICH, 16:30 - DLA DZIECI

GORZKIE ŻALE: NIEDZIELE WIELKIEGO POSTU 15:00, 17:00

NABOŻEŃSTWIE DO MIŁOSIERDZIA BOŻEGO I ŚW. JANA PAWŁA II: każdy poniedziałek o 17.40

PORZĄDEK MSZY ŚWIĘTYCH

MSZE ŚWIĘTE W NIEDZIELE
6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:15
(Msza św. w intemcji parafian), 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W NIEKTÓRE UROCZYSTOŚCI I ŚWIĘTA:
6:30, 9:30, 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W DNI POWSZEDNIE
6:30, 16:00 - W KAPLICY MATKI BOŻEJ, 18:00