Czytelnia

Andrzej Kerner dodane 26.09.2021 18:23 źródło: https://opole.gosc.pl/

Jeśli Kościół w Polsce nie ujawni społeczeństwu innego oblicza chrześcijaństwa, proces sekularyzacji będzie bardziej radykalny niż w Hiszpanii czy Irlandii.

Byłem niedawno na pogrzebie. Nad trumną zmarłego kaznodzieja powiedział kazanie o zagrożeniach cywilizacyjnych, o atakach na Kościół i wiarę, o tym, że małżeństwo to kobieta i mężczyzna, etc…. I także o tym, że zdecydowana większość zmarłych znajduje się w czyśćcu, a w piekle też jest wielu [nieprawda, Kościół nigdy o nikim nie orzekł, że znalazł się w piekle - przyp. aut.].
Nie usłyszałem słowa o nadziei życia wiecznego dla zmarłego, który był praktykującym parafianinem. I dla jego rodziny.
W chwili traumy po nagłej śmierci kochanego człowieka jego żonie, córce, mamie, wnukom i braciom nie przyniósł kaznodzieja słów chrześcijańskiej pociechy... Tylko tyle powiem, i to delikatnie.
Przypomniały mi się słowa ks. Krzysztofa Grzywocza z wykładów z ostatniego przed jego zaginięciem w Alpach semestru (zebrane w książce "Patologia duchowości").
"Myślę, że wielu mogłoby być nawet oburzonych, gdyby subtelne formy fanatyzmu na dobrej superwizji - szczególnie księży - wyciągnąć na powierzchnię. To może być naprawdę forma przemocy: wobec całej wspólnoty parafialnej, wobec dzieci, młodzieży" - mówił ks. Grzywocz.
No więc wyciągam na powierzchnię jedną z form takiego fanatyzmu i psychomanipulacji funkcjonujących czasami w naszym duszpasterstwie. Duszpasterstwo oparte na strachu, lęku, na pomstowaniu na zepsuty świat i na tym się zatrzymujące. I choć wszystko może się w tego rodzaju kazaniach czy katechezach faktograficznie nawet zgadzać, to brakuje w nim przede wszystkim nadziei. Dobrej Nowiny, że pozwolę sobie sięgnąć po górne rejestry.
Tego jesteśmy spragnieni najbardziej, tego nam brakuje i jestem o tym absolutnie przekonany. Nie wiem, czy trzeba to wciąż powtarzać, ale widocznie chyba tak: największą siłą - i sednem - chrześcijaństwa jest nadzieja, jaką ono niesie.
Niedawno ks. Tomáš Halík, znany czeski myśliciel i teolog, podczas kongresu ewangelizacyjnego w Łodzi powiedział: "O ile polski Kościół nie zrozumie obecnego kryzysu jako kairosu i wezwania do głębokiej reformy, jeśli Kościół nie ujawni polskiemu społeczeństwu - a zwłaszcza młodemu pokoleniu - innego oblicza chrześcijaństwa, obecny proces sekularyzacji w Polsce będzie jeszcze bardziej radykalny niż w innych krajach katolickich, jak Hiszpania czy Irlandia".
Jeszcze jest czas. Jeszcze jest wiara ludu. Gdybyście słyszeli potęgę śpiewu ok. 200 osób - a większość to byli mężczyźni - które przyszły na pogrzeb, byłoby wam łatwiej zrozumieć, dlaczego tak myślę. W tym właśnie śpiewie słyszałem i chrześcijańską nadzieję, i równie chrześcijańskie współodczuwanie z przeżywającymi ciężki czas.

 

Red. /Bp Andrzej Przybylski 2021-10-20 12:55 źródło: https://www.niedziela.pl/

Ile razy tak naprawdę można przystępować do Komunii św. w ciągu jednego dnia? Czy nie moglibyśmy przyjmować Jezusa tyle razy, ile chcemy?

Zwykle spotykam ludzi, którzy mają dokładnie odwrotny problem i trzeba ich namawiać, żeby przynajmniej w okresie świątecznym wyspowiadali się i przyjęli Komunię św. Dobrze jest nosić w sobie pragnienie tak częstego przystępowania do Komunii św. Przypomnę jednak tę znaną pewnie zasadę, że możemy tylko dwa razy przystąpić do Komunii św. w ciągu dnia.
Ważne jest, że ten drugi raz musi być związany z uczestnictwem w całej Mszy św. Oczywiście, jest to troska Kościoła o to, aby ludzie nie kolekcjonowali ilości przyjętych Komunii św., co mogłoby być przyczyną wielu nadużyć.
W kościele, w którym kiedyś pracowałem, na każdej Mszy św. do Komunii św. przystępował mężczyzna, który żebrał przed świątynią. Okazało się, że przyjęcie Komunii św. było dla niego okazją, aby zaprezentować się ludziom obecnym w kościele i jego potencjalnym darczyńcom.
Pewnie niezdrowe byłoby latanie od kościoła do kościoła, aby jak najczęściej przystąpić do Komunii św. Są to jednak argumenty bardzo zewnętrzne.

Przekonał mnie natomiast bardzo prościutki argument. Byłem świadkiem, jak podobne pytanie postawiła jednemu księdzu bardzo rozmodlona członkini jakiejś wspólnoty charyzmatycznej. „Dlaczego nie możemy przyjmować częściej Pana Jezusa niż dwa razy?” - zapytała kapłana. „A sądzi Pani - odpowiedział ksiądz - że jedna Komunia św. jest niepełna i nie wystarczy?” Przecież nawet jeśli kapłan podczas jednej Mszy św. poda nam kilka konsekrowanych hostii - to i tak przyjmujemy jednego Jezusa w całej Jego pełni.
Jedna czy pięć Komunii św. to przecież jeden i ten sam Chrystus, z tą samą mocą uzdrawiania nas i umacniania. Wiemy przecież dobrze, że w każdej nawet najmniejszej cząstce Eucharystii jest cały Jezus, z całą swoją mocą.

Korzystajmy więc chętnie z przywileju dwukrotnego przystępowania do Komunii św., a zachowując wielką roztropność, pamiętajmy, że Jezus obecny w jednej Komunii ma tyle samo mocy i jest cały i prawdziwy, co w kilku Komuniach św. Nie bójmy się też, kiedy już zdarzy się taka okazja, przystąpić drugi raz do Komunii św., pamiętając jednak, że ten drugi raz ma być zawsze w czasie pełnej Mszy św.
Przy tej okazji warto też przypomnieć o tzw. poście eucharystycznym. Starsi pamiętają, jak przed laty trzeba było być na czczo, aby pójść do Komunii św. Dziś obowiązuje nas godzinny post, czyli powstrzymanie się od pokarmów na godzinę przed przystąpieniem do Komunii św. To też jedna z ważniejszych praktyk przygotowująca naszą duszę i nasze ciało do przyjęcia żywego Chrystusa.
Jeśli pamiętasz teksty ewangeliczne o pierwszej Mszy św. w wieczerniku, to połowa tego opisu dotyczy przygotowania Paschy. Jezus chce nas pouczyć, że owocność przyjmowanej Komunii św. może też zależeć od naszego przygotowania się do Mszy św. Również wspomniany post jest elementem tego przygotowania się. Nie można więc mówić o reglamentacji Pana Jezusa, bo bez względu na to, ile razy Go przyjmiemy w ciągu jednego dnia, przyjmujemy Go zawsze w całym Jego Bóstwie i mocy.

 

Agnieszka Porzezińska Niedziela Ogólnopolska 21/2017, str. 18-19 źródło: https://www.niedziela.pl/

Gdyby św. Jan Paweł II żył, 18 maja obchodziłby swoje sto pierwsze urodziny. Jego wpływ na nas pozostaje wielki i błogosławiony. Papież Polak głosił Ewangelię z nową mocą, będąc we wszystkim wierny nauczaniu Jezusa. Gdy wspominam postać św. Jana Pawła II, to najpierw staje mi przed oczami jego wielka miłość do nas, jego rodaków, i do Polski.

Bardzo nas kochał
Ta miłość wręcz przynaglała naszego Papieża do pielgrzymek do Polski. Także w Rzymie cieszyliśmy się szczególną troską. W „polskich” audiencjach, organizowanych czasem co kilka dni w Watykanie, uczestniczyły w sumie setki tysięcy osób. Gdziekolwiek Jan Paweł II rozmawiał z rodakami – w Polsce, w Rzymie czy w czasie spotkań z Polonią rozsianą po całym świecie – wszędzie okazywał swoją radość i wzruszenie. Przytulał, znajdował słowa otuchy, patrzył z czułością i troską. W czasie stanu wojennego organizował międzynarodową pomoc dla Polski. Gdy była taka potrzeba, to – jak mądrze kochający ojciec – przestrzegał nas przed naszymi słabościami. Mobilizował do nawrócenia i wierności Chrystusowi. Mówił z bólem o tym, co go w jego Ojczyźnie i w postawach Polaków niepokoiło czy wręcz bolało. Odnosił się do nas jak zatroskany i współcierpiący przyjaciel, a nie jak chłodny, zewnętrzny obserwator. Nie próbował nawet ukrywać swojej wielkiej miłości do Ojczyzny. W czasie czwartej pielgrzymki wręcz wykrzyczał swój niepokój o los Polski: „Może dlatego mówię tak, jak mówię, ponieważ to jest moja matka, ta ziemia! To jest moja matka, ta Ojczyzna! To są moi bracia i siostry! I zrozumcie, wy wszyscy, którzy lekkomyślnie podchodzicie do tych spraw, zrozumcie, że te sprawy nie mogą mnie nie obchodzić, nie mogą mnie nie boleć! Was też powinny boleć!” (Kielce, 3 czerwca 1991 r.). Te słowa zawsze mnie wzruszają. Cała postawa św. Jana Pawła II w odniesieniu do rodaków i Ojczyzny świadczyła o tym, że w każdej chwili gotowy był oddać życie w obronie swojego ukochanego Narodu.

Boży prorok
Św. Jan Paweł II patrzył na ludzi i na świat w świetle Ewangelii. Był mistykiem, a jednocześnie wielkim realistą. Potrafił w sposób przenikliwy odczytywać znaki czasu i patrzeć w głąb rzeczywistości. To on z proroczą trafnością powiedział, że to, co się dzieje w coraz bardziej zlaicyzowanej i ateistycznej Europie, prowadzi do cywilizacji śmierci. To Papież Polak w radykalny sposób uświadamiał nam fakt, że naród, który zabija własne dzieci, nie ma przyszłości, i że „nie ma solidarności bez miłości” (Sopot, 5 czerwca1999 r.). To on wyjaśniał, że demokracja bez wartości wcześniej czy później stanie się jawnym czy zakamuflowanym totalitaryzmem.

Uczył wolności
Gdy odzyskiwaliśmy wolność zewnętrzną, św. Jan Paweł II uczył nas wolności wewnętrznej. Wiedział, że gdy wyjdziemy z jednej niewoli, tej politycznej, grozi nam popadnięcie w niewolę dużo bardziej niebezpieczną, którą jest niewola zła, grzechu, uzależnień, nowych, nieludzkich ideologii, które kpią sobie z człowieka, z jego podobieństwa do Boga i z jego powołania do świętości. Wyjaśniał z mocą, że warunkiem życia w wolności jest respektowanie Bożych przykazań. Wszystkich przykazań! Ludziom młodym tłumaczył, że każdy z nas „znajduje w życiu jakieś swoje «Westerplatte». Jakiś wymiar zadań, które musi podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć. Jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić. Nie można «zdezerterować»” (Westerplatte, 12 czerwca 1987 r.). Przypominał, że „trzeba umieć używać swojej wolności, wybierając to, co jest dobrem prawdziwym. Nie dajcie się zniewolić, nie dajcie się skusić pseudowartościami, półprawdami, urokiem miraży, od których później będziecie się odwracać z rozczarowaniem, poranieni, a może nawet ze złamanym życiem” (Poznań, 3 czerwca 1997 r.).

Bronił małżeństwa, rodziny i życia
Jan Paweł II słusznie nazywany jest papieżem rodziny. On ciągle przypominał nam, że los poszczególnych ludzi i całej ludzkości zależy od tego, co dzieje się z małżeństwami i rodzinami. To dlatego Ewangelia małżeństwa i rodziny była w centrum jego nauczania. To dlatego do małżonków i rodziców apelował o wierność sakramentalnej przysiędze miłości: „Wołam do was, bracia i siostry, byście rozpalali na nowo Boży charyzmat małżonków i rodziców, jaki jest w was przez sakrament małżeństwa. Tylko w oparciu o łaskę tego sakramentu możliwe jest pełne przebaczenie, pojednanie i podjęcie na nowo wspólnej drogi. Przez nią odnawia się i ożywia ludzka miłość oraz tożsamość i prawdziwość ludzkich przyrzeczeń. (...) Trzeba najpierw zmienić stosunek do dziecka poczętego. Nawet jeśli pojawiło się ono nieoczekiwanie, (...) nigdy nie jest intruzem ani agresorem. Jest ludzką osobą, zatem ma prawo do tego, aby rodzice nie skąpili mu daru z samych siebie, choćby wymagało to od nich szczególnego poświęcenia. Świat zmieniłby się w koszmar, gdyby małżonkowie znajdujący się w trudnościach materialnych widzieli w swoim poczętym dziecku tylko ciężar i zagrożenie dla swojej stabilizacji; gdyby z kolei małżonkowie dobrze sytuowani widzieli w dziecku niepotrzebny a kosztowny dodatek życiowy. Znaczyłoby to bowiem, że miłość już się nie liczy w ludzkim życiu” (Kielce, 3 czerwca 1991 r.).
Papież Polak przypominał nam, że trud rodzicielstwa nierozerwalnie wiąże się z trudem wychowania: „Drodzy rodzice, dobrze wiecie, że nie jest łatwo w dzisiejszych czasach stworzyć chrześcijańskie warunki, potrzebne do wychowania dzieci. Musicie czynić wszystko, aby Bóg był obecny i czczony w waszych rodzinach. (...) Niech waszym największym pragnieniem będzie wychowanie młodego pokolenia w łączności z Chrystusem i Kościołem. Tylko w ten sposób dochowacie wierności waszemu powołaniu rodzicielskiemu i potrzebom duchowym waszych dzieci” (Łowicz, 14 czerwca 1999 r.).

Przyjaciel młodzieży
Szczególnie na sercu leżał Janowi Pawłowi II los młodzieży. Dla ludzi młodych miał dużo czasu i czułości. Z tej papieskiej troski o młode pokolenie zrodziły się Światowe Dni Młodzieży, które były oczkiem w głowie w piotrowej posłudze Papieża Polaka. Jego spotkania z młodymi były długie i serdeczne. Chciał im dać miłość i mądrość, zwłaszcza tym, którzy nie doświadczali jej w domu rodzinnym: „Tak bardzo bym chciał, abyście wszyscy mieli w waszych domach atmosferę prawdziwej miłości. Bóg dał wam rodziców i za ten wielki dar winniście Panu Bogu często dziękować. Szanujcie i kochajcie waszych rodziców. Oni was zrodzili i wychowują. Rodzice są dla was najbliższymi przyjaciółmi, u których winniście szukać pomocy i rady w waszych życiowych problemach. W tej chwili myślę z bólem i wielką troską o tych waszych rówieśnikach, którzy nie mają domu rodzinnego i pozbawieni są miłości i ciepła rodziców. Powiedzcie im, że Papież o nich pamięta w swoich modlitwach i bardzo ich kocha. (...) Pan Jezus chce wam pomóc. Chce być dla was podporą i umacniać w młodzieńczej walce o zdobywanie takich cnót, jak: wiara, miłość, uczciwość, szlachetność, czystość i wielkoduszność. Gdy będzie wam trudno, gdy będziecie w życiu przeżywać jakieś niepowodzenie czy zawód, niech myśl wasza biegnie ku Chrystusowi, który was miłuje i który pomaga przetrwać każdą trudność” (Łowicz, 14 czerwca 1999 r.). Młodzi czuli tę szczególną miłość Papieża i dlatego ze wzruszającym entuzjazmem reagowali na jego obecność i jego słowa. Pod koniec pontyfikatu to oni przychodzili do niego, gdy on nie miał już sił przychodzić do nich.

Podziwiał i wspierał kobiety
Św. Jan Paweł II był wielkim i stanowczym obrońcą kobiet. O ich geniuszu mówił często i z radością. W Liście apostolskim „Mulieris dignitatem” dziękował „za «tajemnicę kobiety» i za każdą kobietę – za to, co stanowi odwieczną miarę jej godności kobiecej, za «wielkie dzieła Boże», jakie w niej i przez nią dokonały się w historii ludzkości. W rzeczy samej, czyż nie w niej i przez nią spełniło się największe wydarzenie w historii człowieka na ziemi: Bóg sam stał się człowiekiem? Kościół dziękuje więc za wszystkie kobiety i za każdą z osobna: za matki, siostry, żony; za kobiety poświęcone Bogu w dziewictwie, za te, które oddają się posłudze tylu ludziom czekającym na bezinteresowną miłość drugich; za te, które czuwają nad człowiekiem w rodzinie będącej podstawowym znakiem ludzkiej wspólnoty; za kobiety wykonujące pracę zawodową, za te, na których ciąży nierzadko wielka odpowiedzialność społeczna, (...) – za wszystkie: tak jak zostały pomyślane przez Boga w całym pięknie i bogactwie ich kobiecości; tak jak zostały objęte przez Jego odwieczną miłość (...). Kościół składa dzięki za wszystkie przejawy kobiecego «geniuszu» w ciągu dziejów, pośród wszystkich ludów i narodów; składa dzięki za wszystkie charyzmaty, jakie Duch Święty udziela niewiastom w historii ludu Bożego, za wszystkie zwycięstwa, jakie zawdzięcza ich wierze, nadziei i miłości: składa dzięki za wszystkie owoce kobiecej świętości” (n. 31). Przy św. Janie Pawle II każda kobieta czuła się dostrzeżona, uszanowana, kochana i wspierana.

Wytrwał do końca
Swoją postawą Jan Paweł II potwierdzał, że życie doczesne ma sens na każdym jego etapie i w każdej sytuacji. Czyż nie najbardziej umacniał nas wtedy, gdy był najsłabszy fizycznie, gdy ledwie się poruszał i gdy już nie mógł mówić? To właśnie wtedy moc Bożego Ducha jeszcze bardziej z niego promieniowała. Papież Polak własnym życiem świadczył o tym, że miłość jest zawsze ofiarna i że ten, kto kocha, nigdy nie schodzi z krzyża.
Tą swoją heroiczną postawą wierności i wytrwałości do końca św. Jan Paweł II mobilizuje mnie do tego, by kochać także tych ludzi, których trudno kochać. Upewnia mnie w tym, że nawet skrajnie trudna miłość ma sens. Św. Jan Paweł II jest wzorem męstwa w chorobie, słabości i cierpieniu. Przez jego dobre serce polecam Bogu wszystkich moich bliskich, którzy bardzo cierpią.
* * *

Agnieszka Porzezińska
Dziennikarka, scenarzystka, w TVP ABC prowadzi program „Moda na rodzinę”, mama 3 córek
2017-05-17 09:43

 

Wojciech Żmudziński SJ Wczoraj, 09:00 źródło: https://deon.pl/

Czy wierzysz, że człowiek jest winny tym wszystkim negatywnym zmianom klimatycznym? - zapytałem koleżankę z organizacji pozarządowej. - Nieważne, czy wierzę, czy nie wierzę, ważne, że dają pieniądze na ekologię i dzięki temu mamy z czego żyć - odpowiedziała.
Przysłuchujący się temu koordynator projektu, mającego na celu ratowanie jednego z zagrożonych wyginięciem gatunków zwierząt, powiedział zgorszony:
- Gdybyś ty wiedziała, ile pieniędzy dostają ci, którzy mają nas przekonać, że to wszystko jest bujdą wymyśloną przez komunistów.
Wtedy po raz pierwszy usłyszałem o negacjonistach produkujących fake newsy, opłacanych przez wielkie koncerny, by ekolodzy nie wchodzili w drogę „porządnym firmom”.
W tym tygodniu przeczytałem w watykańskim "Osservatore Romano" artykuł o książce dziennikarki Stelli Levantesi zatytułowanej "I bugiardi del clima" ("Klimatyczni kłamcy"). Autor artykułu Gaetano Vallini przyznaje, że od lat strategia fake newsów przynosi rezultaty i zbiera sprzymierzeńców najbardziej irracjonalnych teorii. Tłumaczy, że sianie dezinformacji zwykle sprzyja najbogatszym. Dzieje się tak również w temacie zmian klimatycznych. Troska o środowisko naturalne oraz przeciwdziałanie negatywnym zmianom klimatycznym zagraża grupom dobrze nam znanym - pisze Vallini. Jest policzkiem wymierzonym negacjonistom.
Gdy naukowcy zaczęli podnosić alarm, przemysłowcy wydobywający i przetwarzający surowce energetyczne dobrze wiedzieli już od dawna, jak negatywne skutki na środowisko naturalne wywiera ich dochodowa działalność. Zaczęli więc finansować twórców fake newsów.
Jeśli narzekamy dzisiaj na brak zdecydowanej i skutecznej polityki w sprawie klimatu na świecie, jeśli proces zmian wydaje się nie do zatrzymania, to przyczyną tego jest - jak czytamy w książce - machina finansowana od dziesiątek lat wielkimi kwotami, wprawiona w ruch z wykorzystaniem najnowszych technik propagandowych i rozwiniętej inżynierii komunikacyjnej. Ich głównym celem jest przekonanie ludzi, że zmiany klimatyczne nie są rzeczywistością naukowo udowodnioną, lecz tylko teorią, jedynie opinią.
Prawda jest taka, że źródłem kryzysu klimatycznego i konsekwencji z nim związanych jest władza polityczna i ekonomiczna, która nie chce zrezygnować z eksploatacji surowców i robienia na nich dużych pieniędzy. Finansuje więc, już od lat 70-tych grupy nacisku, think tanki i fałszywych ekspertów. Organizuje - jak określa to dziennikarka - „największą znaną w najnowszej historii akcję mydlenia oczu”.
Levantesi podaje przykłady przedsiębiorstw, które już od lat 50-tych wydawały duże pieniądze na ukrywanie konsekwencji zatruwania klimatu i na organizowanie kampanii dezinformacyjnych. Demaskuje „naukowców”, którzy zaprzeczają negatywnemu wpływowi na środowisko działalności przemysłowej, udowadniając, że pracują dla tych właśnie przedsiębiorstw, których bronią.
Negacjoniści, finansowani przez ekonomiczne giganty, uniemożliwiają wspólne działania polityczne mające na celu zapobieganie negatywnym zmianom klimatycznym. Konserwatywna ideologia i zaprzeczanie wynikom badań naukowych oraz skuteczny lobbing - jak określa to Levantesi - przyczyniają się do odrzucania naukowego konsensusu w sprawie zmian klimatycznych. Wydaje się, że niestety tzw. postprawda triumfuje nad racjonalnym podejściem do tematu. Nie liczą się fakty, ale to, co powiedział guru, dobrze opłacony lider polityczny, populista potrafiący manipulować tłumem.
„Kiedy negacjoniści proponują alternatywną rzeczywistość w świecie pogrążonym w kryzysie, sytuacja staje się naprawdę niebezpieczna. W centrum znajduje się oszustwo grubymi nićmi szyte. Negacjonizm jest strategią, jest zamierzonym działaniem pod publikę. I jeśli nie przestaniemy odróżniać narracji od rzeczywistości, kłamstwa od prawdy; jeśli nie przywrócimy wartości faktom i nauce, świat będzie na łasce ekofaszystów, populistów, dyktatorów i negacjonistów” – pisze dziennikarka.
Książka Stelli Levantesi, oparta na naukowych argumentach i na udokumentowanych informacjach, jest wartościowym wsparciem dla tych, którzy chcą kształtować swoje własne zdanie na temat zmian klimatycznych - pisze watykański recenzent.
Wierzę, że człowiek jest winny wielu negatywnym zmianom klimatycznym. Wierzę również, że mądrość zwycięży nad populizmem i zatroszczymy się o nasz wspólny dom, choćby to miało nas kosztować wiele wyrzeczeń.

(na podstawie Gaetano Vallini, „I bugiardi del clima” w: Osservatore Romano nr 237 z 18 października 2021, s. 9)

 

ks. Bartosz Rajewski 23 października 2021, 08:00 źródło: https://deon.pl/

Gdybyś chciał opowiedzieć osobie niewierzącej o chrześcijaństwie tylko jednym tekstem, jaki to byłby tekst? Takie zadanie stawia przed nami papież w encyklice „Lumen fidei”. Dalej Franciszek wyjaśnia, że tym tekstem nie powinny być przykazania, nie błogosławieństwa, ani nawet nie Skład Apostolski. Tym tekstem powinna być Modlitwa Pańska. Dlaczego? Spróbujmy znaleźć odpowiedź na to pytanie.
„A Jezus przemówił do niego: «Co chcesz, abym ci uczynił?» Powiedział Mu niewidomy: «Rabbuni, żebym przejrzał». Jezus mu rzekł: «Idź, twoja wiara cię uzdrowiła». Natychmiast przejrzał i szedł za Nim drogą” (Mk 10,51-52).
Za każdym razem, gdy oczami wyobraźni widzę wydarzenie spotkania Bartymeusza z Jezusem, zastanawiam się, co za wiarę musiał mieć ów niewidomy, że dostąpił łaski cudownego uzdrowienia.
Bardzo często wyobrażamy sobie wiarę jako wyjątkową wiedzę (gnozę), która jest dostępna jedynie wybranym, nielicznym, wyjątkowym ludziom. W takim ujęciu, wiarę ma ten, kto zna odpowiedź na najtrudniejsze pytania: o obecność zła w świecie, o przyczynę nagłej śmierci dziecka; o sens cierpienia; o nieuchronność śmierci itp. Nie o taką wiarę chyba jednak chodzi, skoro Jezus wiele razy pozostawia swoich uczniów z pytaniami bez odpowiedzi. Czym zatem jest wiara?
Odpowiadając najprościej, wiara jest ufnym złożeniem swojego życia w ręce Ojca. Wszak Jezus przyszedł po to, by pokazać nam Ojca; by objawić nam imię Boga; by otworzyć nas na fundamentalną prawdę o Bogu, który jest naszym Ojcem. Jezus sam to imię - Ojciec (Abba) - wielokrotnie powtarza w godzinie swojej Męki. W Ogrójcu mówi: „Ojcze!...”, i na krzyżu kilkakrotnie: „Ojcze, przebacz im…” (Łk 23,34.4.).Wiara nie jest wiedzą. Wiara jest zaufaniem Ojcu.
Niezwykłe, że ślepy żebrak z Jerycha potrafił zobaczyć w Jezusie Boga. Choć niewidomy, to jednak oczami serca i duszy widział Ojca, w którego ręce zawierzył ufnie swój los, swoją niedolę. W odpowiedzi na ten gest ufnego zawierzenia usłyszał: „Twoja wiara cię uzdrowiła”.
Każdy z nas jest po trosze Bartymeuszem. Wszyscy - w mniejszym lub większym stopniu - cierpimy na ślepotę duszy. Jednak pośród ciemności, która nas czasem otacza, potrafimy zobaczyć Boga, rozpoznać w Nim Ojca i w Jego ręce powierzyć nasze życie, cały nasz los. To dlatego tekstem, który najpełniej streszcza chrześcijaństwo i to, co z sobą ono niesie, jest tekst Modlitwy Pańskiej.
Co znaczy przekazać ten tekst? To znaczy otworzyć kogoś na doświadczenie dziecięctwa Bożego. Sprawić, że ten ktoś zobaczy Boga i rozpozna w Nim Ojca. Za tą relacją przyjdzie wszystko inne. Pamiętajcie o tym, ilekroć odmawiacie modlitwę „Ojcze nasz”.

Autor: ks. Bartosz Rajewski Proboszcz parafii na South Kensington w Londynie

NABOŻEŃSTWA

ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU - CODZIENNIE 16:30 - 18:00

NOWENNA DO MATKI BOŻEJ OGNISTEJ - W KAŻDĄ ŚRODĘ 17:40

DO ŚW. JÓZEFA: KAŻDY CZWARTEK 17:40

DROGA KRZYŻOWA: PIĄTEK - 7:00 I 17:30 - DLA WSZYSTKICH, 15:30 - DLA DZIECI

GORZKIE ŻALE: NIEDZIELE WIELKIEGO POSTU 15:00, 17:00

NABOŻEŃSTWIE DO MIŁOSIERDZIA BOŻEGO I ŚW. JANA PAWŁA II: każdy poniedziałek o 17.40

PORZĄDEK MSZY ŚWIĘTYCH

MSZE ŚWIĘTE W NIEDZIELE
6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:15
(Msza św. w intemcji parafian), 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W NIEKTÓRE UROCZYSTOŚCI I ŚWIĘTA:
6:30, 9:30, 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W DNI POWSZEDNIE
6:30, 16:00 - W KAPLICY MATKI BOŻEJ, 18:00