Czytelnia

Ks. Karol Dąbrowski CSMA źródło: https://www.katolik.pl/

Wyjątkowe znaczenie dla całego życia św. Faustyny miało pierwsze spotkanie z Jezusem w łódzkim parku. Naznaczyło ono charakter jej powołania.
Cóż szczególnego wówczas się wydarzyło? Faustyna ujrzała Jezusa umęczonego, obnażonego z szat, okrytego całego ranami (Dz. 9). Nie Jezusa uwielbionego, jak siedem lat później w swojej celi w Płocku (Dz. 47). W Łodzi Sekretarka Bożego Miłosierdzia zobaczyła Jezusa w męce, w cierpieniu. Być może zastanawiała się wtedy nad znaczeniem tego spotkania, nad przesłaniem zawartym w takim ukazaniu Jezusa.
Odpowiedź otrzymała osiem lat później, gdy podczas odprawianej godziny świętej stanął przed nią Jezus, obnażony z szat, okryty ranami na całym ciele, oczy tonęły we krwi i łzach, twarz cała zeszpecona, pokryta plwocinami. Wszystko stało się jasne, gdy Pan jej powiedział: Oblubienica musi być podobna do Oblubieńca swego. Zrozumiała. Podobieństwo moje do Jezusa ma być przez cierpienie i pokorę (Dz. 268). Św. Anastazy Antiocheński napisał, że Jezus doznał cierpień: inaczej bowiem człowiek nie mógłby zostać zbawiony. Ta, która w odwiecznym zamyśle Boga została wybrana i przeznaczona, by pomagać zbawiać grzeszników (por. Dz. 186. 1645. 1777), musiała pójść za cierpiącym Oblubieńcem Jego drogą krzyża, drogą cierpienia: cierpieć będziesz wiele, ale niedługo, i spełnisz wolę Moją i życzenia Moje (Dz. 36).

Naznaczona cierpieniem
Od spotkania z Jezusem umęczonym rozpoczęło się cierpienie św. Faustyny. Doświadczała go ona stopniowo. Początkowo było to cierpienie wewnętrzne, duchowe. Najpierw z powodu nagłego rozstania z rodzicami. Faustyna nie pożegnała ich osobiście, choć tak bardzo ich kochała. Kilka godzin później, gdy już znalazła się w Warszawie, w swej bezradności pytała: lęk mnie ogarnął: co z sobą robić? Gdzie się zwrócić, nie mając nikogo znajomego? (Dz. 11). Do lęku dołączył ból, gdy szukała klasztoru, do którego mogłaby wstąpić. Wszędzie spotykała się z odmową. Potęgowała się jej bezsilność. Ból ścisnął mi serce i rzekłam do Pana Jezusa: Dopomóż mi, nie zostawiaj mnie samej (Dz. 13). Również całorocznemu oczekiwaniu na wstąpienie do wybranego dla niej przez Jezusa zakonu (Dz. 19) towarzyszyło cierpienie. Po latach Faustyna wspominała: W tym czasie musiałam walczyć z wielu trudnościami (Dz. 15).
Po przekroczeniu furty i rozpoczęciu życia zakonnego wydawało się, że już zawsze będzie ona niezmiernie szczęśliwa, jak w raju (Dz. 17). Niestety, podobnie jak pierwsi rodzice, tak i Faustyna szybko, po trzech tygodniach, swój raj utraciła. Została „wygnana”, by odtąd wieść nie życie rajskie, lecz życie doświadczane bólem, męką, cierpieniem ciała i duszy. Jak dotknięte długotrwałą, bolesną chorobą dziecko szuka pomocy u najbliższej, najdroższej dla siebie osoby, tak św. Faustyna skarżyła się Matce Bożej: Maryjo, Matko moja, czy Ty wiesz, jak strasznie cierpię (Dz. 25). A Mater Dolorosa – ta, która cierpiała, gdy patrzyła na Boskiego Syna ból – uśmiechnęła się serdecznie i odpowiedziała: Wiem, ile cierpisz. I dodała: ale nie lękaj się, ja współczuję z tobą i zawsze współczuć będę (Dz. 25). Podsumowując zaś ogrom wszystkich swoich cierpień w ciągu trzynastu lat życia zakonnego, św. Faustyna powiedziała Jezusowi: O Chryste, gdyby dusza wiedziała naraz to, co przez całe życie cierpieć będzie, umarłaby z przerażenia pod tym widokiem, nie przyłożyłaby do ust kielicha goryczy; ale że jej dano po kropelce, wysączyła do dna (Dz. 1655).

Definicja cierpienia
Czym było cierpienie dla św. Faustyny? Zdefiniowała je ona za pomocą czterech określeń.
1. Cierpienie jest stałym pokarmem mojej duszy (Dz. 276). Ciało codziennie musi spożywać pokarm, by żyć i wykonywać swoje funkcje. Prosimy naszego Ojca w niebie, aby dawał nam chleb powszedni dzisiaj (Mt 6, 10), na każdy dzień (Łk 11, 3). Dusza św. Faustyny otrzymywała cierpienie – swój stały, codzienny pokarm, by spełnić wolę i życzenia Jezusa.
2. Cierpienie jest stałą towarzyszką mojego życia (Dz. 316). Nieodłączną towarzyszką. Nie odstępowało jej na krok, wszędzie i zawsze było przy niej, czyniąc codzienne życie trudnym i ciężkim.
3. Cierpienie jest skarbem największym na ziemi (Dz. 342). Z pewnością nie dla każdego choroba i cierpienie są skarbem. Bo co człowiek ma z posiadania takiego skarbu? Ból, łzy, przygnębienie, bezradność, często samotność, złość… A jednak dla św. Faustyny cierpienie było skarbem, do tego największym! Dlaczego? Bo dostrzegała w nim potrójną korzyść: a). Cierpienie przynosi oczyszczenie duszy. Jest jak ogień złotnika, który przetapia i oczyszcza (Ml 3, 2n), b). Cierpienie daje poznanie, kto jest dla nas prawdziwym przyjacielem. Mędrzec Pański poucza: Bywa przyjaciel, ale tylko na czas jemu dogodny, nie pozostanie nim w dzień twego ucisku, a wierny przyjaciel potężną obroną, kto go znalazł, skarb znalazł (por. Syr 6, 5-16), c). Cierpienie daje poznanie prawdziwej miłości, którą mierzy się termometrem cierpień (Dz. 342). Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości, zwłaszcza jeśli przywołamy słowa Jezusa z wieczernika: Największa zaś miłość, na jaką człowiek w ogóle może się zdobyć, polega na tym, że ktoś oddaje swoje życie za swoich przyjaciół (J 15, 13 – wg Biblii Warszawsko-Praskiej).
4. Cierpienie jest najwdzięczniejszym tonem (Dz. 385). Dźwięk ten wydobywał się z duszy św. Faustyny bardzo często. Czasami był cichy, delikatny, niesłyszalny, niezauważalny. Cisza wszędzie jak w tabernakulum… tylko z mojej celi Bóg słyszy jęk duszy (Dz. 19); zmęczona weszłam do kaplicy, jakiś dziwny ból ścisnął moją duszę i zaczęłam cicho płakać (Dz. 596). Innym razem był głośny, przejmujący, wzbudzający litość, przyzywający pomocy. Ból straszny zalał mi duszę…, rozdarło się serce moje, opadły mnie zupełnie siły fizyczne i upadłam na twarz, nie tając głośnego płaczu (Dz. 384).
Ton ten był dźwiękiem, graniem, pieśnią, nuceniem: Grać będę pieśni wdzięczne na strunach swego serca (Dz. 385), W chwilach ciężkich i bolesnych nucę Ci, o Stwórco, hymn ufności (Dz. 275). Był głosem wewnętrznym i bolesnym skierowanym do Pana: Jezu, ratuj mnie (Dz. 644). Był jak „crescendo” wzmacniające natężenie dynamiki w utworze muzycznym, co wyraża choćby następujący wspaniały passus w „Dzienniczku”: chociaż burza szaleje i straszne gromy uderzają wokoło mnie, a czuję się wtenczas sama jedna, jednak serce moje czuje Ciebie, a ufność moja potęguje się i widzę całą wszechmoc Twoją, która mnie utrzymuje. Z Tobą, Jezu, idę przez życie, wśród tęcz i burz, z radości okrzykiem, nucąc pieśń miłosierdzia Twego. I ten ostatni akord, jakże przejmujący i ujmujący: Nie umilknę w swym śpiewie miłości, aż pochwyci ją anielski chór (Dz. 761).

Bez łaski nie do zniesienia…
W opisach cierpienia św. Faustyna używa wielu określeń, dających wyobrażenie jakie ono było. Przede wszystkim było wielkie (np. Dz. 823. 1656). Można powiedzieć, że przekraczało zwykłą miarę cierpień człowieka, co jest charakterystyczne dla wszystkich świętych. Ileż szczerości jest w tym wyznaniu: Tyle cierpię, ile słaba natura moja udźwignąć może (Dz. 953). Trudno wyobrazić sobie wielkość cierpienia św. Faustyny, nawet jeśli czyta się tak przerażające wyznanie: Od miesiąca czuję się gorzej, a przy każdym odkaszlaniu czuję rozkład w płucach. Nieraz się zdarza, że czuję zupełny rozkład własnego trupa; co to jest za wielkie cierpienie, to trudno wyrazić… Dla natury jest to wielkie cierpienie, większe aniżeli noszenie włosiennicy i do krwi biczowanie (Dz. 1428). Cierpienie to było straszne i upokarzające. Jedna z sióstr po chwili rozmowy ze św. Faustyną powiedziała do niej: Siostro, ja trupa tu czuję, zupełnie jakby się rozkładał. O, jakie to straszne (Dz. 1430). Cierpienia siostry Faustyny były ustawiczne i gwałtowne (Dz. 1633), nie do opisania (Dz. 1276), ponad siły (Dz. 73. 101). Jej dusza była w morzu cierpień (Dz. 893), zamroczona cierpieniem (Dz. 195), zmiażdżona cierpieniem (Dz. 489), zmielona i starta cierpieniem jak pszeniczne ziarna (Dz. 1629). Cierpienia były rozmaite (Dz. 1487). Często Faustyna odczuwała je w rękach, nogach i boku (Dz. 1468. 1536. 1646), we wnętrznościach (Dz. 1726. 1428), w głowie (Dz. 1425). Cierpiała w poszczególne dni.
W Wielki Czwartek weszła w rodzaj konania, widziała się jakoby ubita za grzechy świata (Dz. 644). Szczegółowo opisała Faustyna swoje cierpienia piątkowe: W czasie modlitwy ujrzałam wielka jasność, a z tej jasności wyszły promienie, które mnie ogarnęły, i wtem uczułam straszny ból w rękach, nogach i boku, i ciernie korony cierniowej. Odczuwałam te cierpienia w czasie mszy św. w piątki, ale był to bardzo krótki moment. Przez parę piątków się to powtarzało i później już nie czułam żadnych cierpień, aż do chwili teraźniejszej... W czasie mszy św. w piątek odczułam, jak mnie przeniknęły te same cierpienia; i powtarza się [to] co piątek i czasami przy spotkaniu się z duszą, która nie jest w stanie łaski. Chociaż to jest rzadko, [i] cierpienie to trwa bardzo krótko – jednak jest straszne, i bez szczególnej łaski Bożej nie zniosłabym (Dz. 759, podobnie 942).

Z ofiarą z życia włącznie…
Gdy na Hioba spadł ogrom cierpień, jeden z jego przyjaciół wyznał: Boleść nie z roli wyszła, ani z ziemi cierpienie wyrosło. To człowiek się rodzi się na cierpienie, jak iskra, by unieść się w górę (Hi 5, 6n). Do swoich uczniów Jezus powiedział: Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje (Mt 16, 24). Mąż Boleści z obliczem zmienionym przez krew, pot i łzy powołał św. Faustynę. Decydując się iść za Nim, zgodziła się ona przyjąć wszystkie trudności i cierpienia, jakie niesie ze sobą życie ucznia Jezusowego, po ofiarę z życia włącznie.
Kończąc nowicjat Faustyna wyznaczyła sobie cel: Już mam walczyć z Jezusem, pracować z Jezusem, cierpieć z Jezusem; jednym słowem – żyć i umierać z Jezusem (Dz. 217). A w święto Chrystusa Króla [25 X 1936] napisała: jest ze mną Jezus, z Nim nie lękam się niczego. Dobrze zdaję sobie sprawę ze wszystkiego i wiem, czego Bóg ode mnie żąda. Cierpienie, wzgarda, pośmiewisko, prześladowanie, upokorzenie będzie stałym udziałem moim, nie znam innej drogi; za szczerą miłość – niewdzięczność. Taka jest ścieżka moja, wydeptana śladami Jezusa (Dz. 746). Niezwykły, ponadprzeciętny, heroiczny program życia!

ks. Karol Dąbrowski
Któż jak Bóg 4/2020

 

Agata Bobryk źródło: https://www.katolik.pl/

Zła muzyka może skutecznie przeszkodzić w przeżywaniu liturgii, tak samo jak piękna może sprawić, że naszym myślom łatwiej będzie wznieść się do spraw niebiańskich. Czy muzyka w polskich kościołach zbliża do Boga?
Chyba każdy zna takie historie. Organista grał melodię jednej pieśni, a śpiewał zupełnie inną. Schola młodzieżowa zaintonowała Baranka Bożego na melodię Morskich opowieści, a ksiądz zaśpiewał z ambony państwu młodym Alleluja „ze Shreka”, przygrywając sobie na gitarze. Jest takie powiedzenie – ironiczna trawestacja słów św. Augustyna – kto śpiewa, ten modli się dwa razy, kto fałszuje – trzykrotnie, a kto słucha fałszującego, ten czterokrotnie. Życiowe doświadczenie podpowiada jednak, że zła muzyka może skutecznie przeszkodzić w przeżywaniu liturgii, tak samo jak piękna może sprawić, że naszym myślom łatwiej będzie wznieść się do spraw niebiańskich. Zbliża się wspomnienie Świętej Cecylii, patronki muzyków kościelnych. Warto przy tej okazji porozmawiać o tym, jak to jest z tą naszą muzyką kościelną? Pomaga nam czy utrudnia modlitwę?

Muzyka, która znaczy
Sprawa muzyki obecnej w kościołach nie należy do błahych. Jak wyjaśnia Instrukcja Konferencji Episkopatu Polski o muzyce kościelnej, „muzyka w liturgii nie jest jej «oprawą», ale integralnie wiąże się z celebracją świętych obrzędów. Może być szczególnym sposobem uczestnictwa w świętych obrzędach, w tajemnicy wiary”. Muzyka należy do sfery sacrum – to coś dużo więcej niż umilenie sobie czasu wspólnym śpiewaniem. Muzyka może być modlitwą, kanałem komunikacyjnym między Bogiem a człowiekiem. – Gdy siadam przy organach, czuję się strasznie słaby – mówi Jakub Gościniak, organista z Zielonej Góry. – Jakby ci to wytłumaczyć? Powiedzmy, że na Mszy jest dwieście osób, w tym jedna konkretna, u której coś się dzieje. Pan Bóg o tym dobrze wie i ma też narzędzie w postaci mnie jako organisty. Przez Ducha Świętego Bóg wysyła mi natchnienie, abym zagrał tę konkretną pieśń, o tym konkretnym tekście, która może bardzo wzmocnić tę osobę. To ogromna odpowiedzialność.
Słuchając słów Jakuba, przypominam sobie swoją ostatnią spowiedź. Wracam z konfesjonału do ławki i zastanawiam się: to już? Pan naprawdę mi wybaczył? Msza się zaczęła, zaraz będzie Komunia. Organista zaczyna grać Panie, dobry jak chleb, a ja czuję łzy w oczach. Dla większości – po prostu pieśń eucharystyczna, słyszałam nawet zdania, że oklepana, dla mnie pieśń o łasce uświęcającej i miłości Boga do mnie. Bardzo osobista i ważna. W tej parafii ostatni raz słyszałam ją chyba pół roku temu. Czyżby organista poszedł za natchnieniem od Ducha Świętego?

Liturgia w rytmie sacro polo
Gdy rozmawiam z organistami, powtarza się opinia, że poziom muzyki w polskich kościołach jest bardzo zróżnicowany. Z parafiami, w których grają prawdziwi wirtuozi, sąsiadują takie, w których poziom muzyki woła o pomstę do nieba. – Niestety, ludzie często próbują oceniać muzykę innymi kryteriami niż ma to znaczenie – zauważa Jakub. – Wyobraź sobie małą dziewczynkę. Ona bardzo kocha Pana Jezusa i rysuje kredkami Jego obrazek. Czy mamy powiesić go w kościele? No nie. Tak samo to, że jakiś pan Henio chce chwalić Jezusa, nie oznacza jeszcze, może to robić jako organista.
Dobry organista powinien umieć dobrać repertuar z poszanowaniem przepisów liturgicznych oraz posiadać pewne umiejętności pedagogiczne, które pomogą mu rozśpiewać wiernych. Sytuacje, w których funkcje organistów pełnią osoby bez odpowiedniego wykształcenia czy umiejętności, nie należą jednak do rzadkości. Dlaczego tak się dzieje?
Po pierwsze, istnieje pewne przyzwolenie na bylejakość. Odrapane ściany kościoła, zniszczone ornaty, wybite szybki w witrażach – to rzeczy, które widać, więc łatwiej przychodzi nam o nie zadbać. I wiernym, i księżom brakuje edukacji muzycznej, co sprawia, że często nie potrafimy rozpoznać kiczowatego sacro polo ani nie mamy świadomości, że naprawdę może być lepiej i warto się o to postarać. Teksty niektórych popularnych pieśni (czy raczej piosenek) religijnych rażą infantylnością, a melodie mają więcej wspólnego z muzyką świecką niż sferą sacrum. Istnieją przepisy liturgiczne, zawarte m.in. we wspomnianej już instrukcji KEP, które dokładnie określają, co wolno, a czego nie wolno, aby nie uchybić godności liturgii. – Niektóre muzyczne – przepraszam za wyrażenie – patologie tak bardzo wgryzły się w uszy słuchaczy, że są odbierane jako norma – zauważa Leszek Knopp, organista w parafii pw. Podwyższenia Krzyża św. w Sulechowie, wykładowca Diecezjalnego Studium Organistowskiego w Zielonej Górze. – I nagle, gdy ktoś przychodzi i próbuje zrobić coś tak, jak być powinno, jest traktowany jak dziwak. Wielokrotnie takie sytuacje przeżywałem. Na przykład, że się upieram, aby psalm był śpiewany z ambony. Po co wydziwia? Bo tak powinno być!

Żywot organisty poczciwego
W zależności od diecezji i położenia danej parafii znalezienie dobrego muzyka może być nie lada kłopotem. Najłatwiej jest w dużych miastach, w których znajdują sią akademie muzyczne i inne ośrodki kształcenia organistów. Tutaj pracy organisty chętnie podejmują się studenci, chcący w ten sposób sobie dorobić. Rynek muzyków kościelnych nie jest zaś zbyt duży. W zeszłym roku ks. Wojciech Szary, przewodniczący diecezjalnej Komisji Śpiewu i Muzyki Kościelnej, informował, że w diecezji radomskiej brakuje około 60 wykwalifikowanych muzyków kościelnych. Młodzi muzycy nie chcą być organistami. Dlaczego?
Zawód organisty jest nieatrakcyjny z wielu powodów. Organista zawsze pracuje w niedzielę i święta, a więc w czasie, gdy jego rodzina i bliscy mają czas wolny i spotykają się razem. Tej trudności nie rekompensuje wyższa pensja. Najczęściej za zagranie Mszy św. w dni powszednie organista otrzymuje od 20 do 30 złotych (wszystkie liczby podaję na podstawie ankiety przeprowadzonej wśród 75 organistów z różnych diecezji). Wynagrodzenie wzrasta w przypadku Mszy niedzielnych – częściej mowa wówczas kwotach rzędu 30, 40 i 50 złotych. Do tego dochodzą pieniądze od wiernych za pogrzeby – przeciętnie 150–200 zł oraz śluby – średnio od 200 do 400 zł. – Nie ma regulacji, za co organista otrzymuje zapłatę ani w jaki sposób jest zatrudniany – mówi dr Michał Kocot, organista, członek Diecezjalnej Komisji ds. Muzyki Kościelnej i Organów w diecezji zielonogórsko-gorzowskiej. – W naszej diecezji niewielu jest organistów, którzy mają umowę o pracę, co jest problemem, gdy gra jest dla kogoś podstawowym źródłem dochodów. Dla małych, ubogich parafii z kolei zatrudnienie organisty na umowę o pracę może być zbyt dużym wysiłkiem finansowym – dodaje. Brak finansowego bezpieczeństwa sprawia, że mniej studentów uczelni muzycznych wybiera specjalizację w muzyce kościelnej i tym samym mniej fachowców trafia na rynek. Koło się zamyka.

Pokora i dialog
Kwestie ekonomiczne to nie jedyne bolączki organistów. W czasie moich rozmów często przewija się wątek spięć na linii organista – kapłan. Organiści mają poczucie, że księża nie ufają ich kompetencjom, brakuje też otwartości na dialog oraz wzajemnego szacunku. Ten ostatni objawia się na różnych płaszczyznach, począwszy od zrozumienia, że „robotnik godzien jest swej zapłaty”, po uznanie, że skoro muzyk ma w swoim dorobku dyplom Akademii Muzycznej, prawdopodobnie lepiej zna się na swoim fachu niż ksiądz, którego wykształcenie w tym kierunku jest minimalne. W parze z brakiem szacunku do człowieka często idzie niedbały stosunek do liturgii. – Z racji tego, że pracuję w Komisji Diecezjalnej ds. Muzyki, organiści opowiadają mi o różnych trudnych sytuacjach – opowiada Leszek Knopp. – Zdarza się, że księża traktują zakaz zastępowania w czasie Bożego Narodzenia części stałych kolędami jak jakiś nowy wymysł. I gdy organista odmawia zagrania Gdy się Chrystus rodzi zamiast Chwały na wysokości, spotykają się ze zdaniem typu „ja tu jestem proboszczem, więc niech tak będzie”. I co organista ma w takiej sytuacji zrobić? Posłuchać przepisów czy proboszcza, którego też przecież te przepisy obowiązują?
Pokory brakuje nie tylko księżom, ale także wiernym. Szczególny problem jest z liturgią weselną. Młode pary, często słabiej związane z Kościołem, nie zdają sobie sprawy, że nie wszystkie pieśni o religijnym tekście pasują do powagi sakramentu. Piosenka Jezu, proszę przyjdź na melodię The winner takes it all zespołu ABBA – proszę bardzo. A jeśli organista lub proboszcz w danej parafii nie wyrazi zgody na taką oprawę muzyczną ślubu, zawsze można poszukać innej. W końcu się znajdzie.

Śpiew nasz codzienny
A wbrew pozorom ludzie chcą śpiewać. – Słowa nie zawsze wypowiedzą to, co może powiedzieć melodia. Pochodzę ze wschodu, a tam chwalenie Pana Boga śpiewem, a zwłaszcza Matki Bożej, jest bardzo rozwinięte. Moi dziadkowie i moja mama zawsze śpiewali Godzinki, więc mam śpiewanie tak jakby zakodowane w organizmie – mówi pan Marian, 80-letni parafianin z Gorzowa Wielkopolskiego. I zwraca uwagę na potrzebę zadbania o to, aby wyświetlany za pomocą rzutników tekst pieśni był duży i wyraźny, tak by starsi ludzie o słabszym wzroku też mogli z niego skorzystać. Marcie, licealistce ze Szczecina, muzyka pomaga zrozumieć i przeżywać misterium Eucharystii. – Najlepiej czuję się u dominikanów – mówi – tam wszystkie pieśni wykonywane są bez akompaniamentu, w czterogłosie, i na wszystko jest czas. Czasem mam wrażenie, że nasze światy – młodych i „dorosłych” – zupełnie się mijają. Nie pyta się nas, czego potrzebujemy, tylko zakłada się, co będzie dla nas atrakcyjne. W naszych czasach, gdy wszędzie pędzimy, lubię zastać na Eucharystii spokój, pomyśleć: stop, zatrzymaj się, teraz jesteś tutaj i to jest twój czas tylko dla Pana Boga. Nigdzie nie musisz się spieszyć.
Rozśpiewanie wiernych jest możliwe, potrzebny jest jednak czas oraz wysiłek ze strony organisty i duszpasterza. – Nie dam się przekonać, że nauczenie wiernych czegoś nowego czy poprawnego wykonywania pieśni jest niemożliwe. Można, tylko to trzeba wypracować – mówi Leszek Knopp. – Trzeba do ludzi wyjść, kulturalnie wyjaśnić im, o co chodzi, zachęcić do śpiewania, powiedzieć, że śpiew jest formą modlitwy i to bardzo zaawansowanej. Ja takie rzeczy robię i to działa.
Najważniejsze to nie zapomnieć co, a właściwie Kto jest sensem muzyki kościelnej. – Jeślibym zagrał wszystkie hymny świata i zaśpiewał wszystkie najpiękniejsze psalmy, a ludziom nie otworzyłoby to serca na Boga, to wszystko byłoby psu na budę – mówi Jakub Gościniak. – To ks. Jan Twardowski chyba powiedział: „to wszystko jest psu na budę bez miłości”. I tak właśnie jest.

Agata Bobryk
Przewodnik Katolicki 46/2019

 

Leszek Śliwa publikacja 03.08.2009 11:37 źródło: https://kosciol.wiara.pl/

Obraz Matki Bożej Piekarskiej słynął cudami. Przestał, gdy wywieziono go z Piekar Śląskich do Opola. Cudami zaczęła natomiast słynąć… zawieszona prowizorycznie w jego miejscu kopia.

W wymowny sposób skomentował to w XVIII w. superior zakonu jezuitów z Piekar Śląskich, o. Jerzy Bellman: „Nie pędzel tu mocen, ni praca człowieka, ni drzewo, ni płótno, jeno Duch Boży, który sobie to miejsce i ten lud upodobał”.

Obraz namalował nieznany artysta, wzorując się na bizantyńskich ikonach. Malarstwo bizantyńskie wypracowało kilka typów wizerunków Matki Bożej. Jednym z nich była tzw. Hodegetria, co po grecku znaczy „wskazująca drogę”. Były to obrazy przedstawiające Najświętszą Maryję Pannę wskazującą na Dzieciątko siedzące na jej lewym ramieniu. Na piekarskim obrazie Maryja trzyma w ręce jabłko, symbol grzechu pierworodnego. Zdaje się w ten spodób wskazywać, że Jezus jest drogą do pokonania skutków tego grzechu.

Obraz cieszył się kultem od połowy XVII wieku, oficjalnie uznano go za cudowny w 1680 r. W 1702 r. wojska króla szwedzkiego Karola XII wkroczyły do Krakowa. W obawie przed Szwedami obraz wywieziono do Opola. Na czas nieobecności oryginału w Piekarach zawieszono jego kopię. Stan tymczasowy okazał się trwały i kopia wisi w piekarskiej bazylice do dziś.
Oryginał w 1813 roku przekazano kościołowi Świętego Krzyża (obecnie katedra) w Opolu.
Obecnie zwany jest Matką Bożą Opolską. O tym, że w XIX wieku obraz nie wrócił do Piekar, zadecydowały zapewne względy... narodowe. Piekary stały się wówczas silnym ośrodkiem odradzającej się polskości i miejscem pielgrzymkowym.

350 lat kultu maryjnego w Piekarach Śląskich
Wota, kopie, pamiątki można oglądać w Piekarach Śląskich do maja przyszłego roku. Wystawę z okazji 350-lecia kultu maryjnego w Piekarach Śląskich zorganizowano przy bazylice Matki Sprawiedliwości i Miłości Społecznej.
Z dwóch końców sali spoglądają na siebie wizerunki Matki Bożej Piekarskiej. Obrazy jednak różnią się. Po lewej stronie od wejścia wisi najstarszy wizerunek „Mater Admirabilis”, po prawej ten, który znamy obecnie. Obraz Matki Boskiej Piekarskiej odkrył w 1659 ks. Jakub Roczkowski. Przechodząc obok niego, poczuł silny zapach róż. Nieznany, XV-wieczny wizerunek Matki Boskiej przeniósł wtedy z bocznego ołtarza do głównego. Wkrótce nastąpiły liczne przykłady uzdrowień. Tak przed 350 laty rozpoczął się w Piekarach Śląskich kult maryjny.

Dziecko w beciku
Na wystawie „Mater Admirabilis, czyli 350 lat obecności” przedstawione są różne wizerunki Matki Sprawiedliwości i Miłości Społecznej. Pokazane są również wota dziękczynne. Od tych najdawniejszych po współczesne. Jedne ze starszych mają kształt rąk, nóg, oczu… Jest nawet wotum w kształcie dziecka w beciku, które prawdopodobnie jest podziękowaniem za narodziny potomstwa. Inne mają kształt serca i informują o duchowych uzdrowieniach. Są również świece wotywne, w tym wykonana specjalnie na jubileusz 350-lecia kultu Matki Boskiej w Piekarach.

– Na wystawie prezentujemy ornaty, stuły, a nawet repliki koron, jakie miała Matka Boska Piekarska – mówi Agnieszka Nowak, przewodniczka sanktuaryjna. – Są również zdjęcia przedstawiające wielkie pielgrzymki piekarskie, męską i żeńską. W gablotach można zobaczyć to, co otrzymała Piekarska Pani. Jest m.in. dar Jana III Sobieskiego i stuła oraz złoty różaniec podarowany przez Jana Pawła II.

Zwiedzający wystawę mogą oglądać różne wizerunki Matki Sprawiedliwości i Miłości Społecznej.

Udana kopia
W 1676 r. obraz uratował Tarnowskie Góry. Od tego czasu w każdą pierwszą niedzielę lipca do Matki Boskiej Piekarskiej przybywa pielgrzymka dziękczynna. Cztery lata później wybuchła zaraza w Czechach. Cesarz austriacki Leopold I Habsburg poprosił o przywiezienie cudownego obrazu do Pragi. Zaraza ustąpiła. W drodze powrotnej obraz znalazł się w Hradec Kralowe. Tam również miało miejsce uwolnienie od choroby. Wdzięczni mieszkańcy tej miejscowości podarowali piekarzanom obraz wotywny, który również można zobaczyć na wystawie.
– W 1702 r. obraz ze względów bezpieczeństwa wywieziono do Opola, do kościoła Świętego Krzyża, gdzie przebywa do dziś – opowiada Agnieszka Nowak. – Piekary otrzymały wtedy kopię cudownego obrazu. Po krótkim czasie zasłynęła ona z cudownych uzdrowień. Zaczęto nazywać ją Mater Admirabilis, czyli Matka Przedziwna. Nazwę tę wymyślił jezuita Jakub Ren. Stąd też tytuł wystawy – dodaje.

Zmiany wyglądu
Na pierwotnym obrazie Matka Boska trzyma Dzieciątko na lewej ręce, a w prawej jabłko. Ma bizantyjskie rysy, długie szczupłe palce. Karol Diesper dokonując renowacji kopii, zmienił wizerunek Maryi. Nadał Jej bardziej kobiecy wygląd: zaokrąglił twarz, dodał rumieńce, odsłonił czoło i namalował loczek, oczy z piwnych zmienił na niebieskie. Obraz koronował 15 sierpnia 1925 r. nuncjusz papieski Wawrzyniec Lauri. Korony podarował i poświęcił papież Pius XI. Przy renowacji przed pierwszą rekoronacją, która miała miejsce w 1965 r., Matka Boska ponownie otrzymała jabłko. Od tej pory ma również ciemne oczy.

Wystawę można oglądać do maja przyszłego roku w każdą niedzielę po wszystkich Mszach św. oraz w dni powszednie w godz. 9.00–12.00. W przypadku grup zorganizowanych istnieje możliwość zwiedzania w innym terminie.

 

ks. Tomasz Horak dodane 12.09.2020 11:47 https://opole.gosc.pl/

Czy nie jesteśmy przypadkiem świadkami kolejnej rewolucji i kolejnej reformacji?

Myślę, że każdy ma jakieś tam pojęcie na temat znaczenia starego, łacińskiego słowa "contra". Podzielę się swoimi przemyśleniami. Otóż, słówko to znaczy "przeciwnie, inaczej" i ma szereg zastosowań. W nowożytnej historii Europy co najmniej dwukrotnie zrobiło zawrotną karierę. Po raz pierwszy w złożeniu "kontrreformacja". Po raz drugi jako "kontrrewolucja". Oba historyczne przypadki ze swoimi wyjściowymi pojęciami reformacji i rewolucji, wzbogacone ową "kontrą", zapisały się w historii niezwykle krwawo i niszcząco.
Trzeba zauważyć, że zarówno reformacja, jak i rewolucja nie są tu pojęciami znaczeniowo podstawowymi. Słowa zaczynają się przedrostkiem "re-". Jeśliby go wykreślić, będziemy mieli: formacja oraz ewolucja. Oba rdzenne słowa zawierają treść tyleż dynamiczną, co i pozytywną. Formujemy coś - to znaczy nadajemy kształt. Czy to fizyczny, gdy rzeźbiarz z lipowego pnia wydobywa piękną postać Madonny, czy psychologiczno-duchowy, gdy z małej, głodnej i zapłakanej istotki rodzice kształtują więcej niż dziecko, bo człowieka. I ten właśnie człowiek rozwija się, czyli ewoluuje. Objawiają się, dojrzewają, krzepną w nim potrzebne na całe życie cechy, zdolności, możliwości. To tylko jedna ilustracja bogatego znaczenia obu, często uzupełniających się, pojęć.
A druga para? Czyli reformacja i rewolucja? Przedrostek "re-" znaczy, że jakąś czynność, jakiś proces powtarzamy, inaczej formując jego przymioty, kierując jego rozwój na inne tory, w odmiennym kierunku - czy to materialno-fizycznym, czy duchowo-psychologicznym. Stare i dawne musi zniknąć, powstaje coś nowego. Otwarte zostaje pytanie o sposoby, jakimi ktoś będzie oba procesy realizował. No cóż, gdy chodzi o szeroko rozumiane przemiany społeczne, to mieliśmy w minionych stuleciach próbkę najpierw z reformacją, niedługo potem z rewolucją. Obie zapisały się niszczycielsko, krwawo i tragicznie. Czy nieco późniejszy faszyzm był ich strasznym bękartem? Chyba tak. Przecie także chodziło i o przekształcenie społeczeństwa, i o pchnięcie przekształconego w dynamiczny i wszechstronny rozwój. Dynamiczny to on był. Dynamiczny i wszechstronny w niszczeniu i zabijaniu.
Historia dopisała jeszcze jeden przedrostek do obu terminów. To wspomniane na początku krótkie słówko "kontr-". Mamy zatem kontrreformację i kontrrewolucję. Już same owe terminy dźwięczą groźnie i niepokojąco. Jak warczenie wściekłego psa. Kontrreformacja miała przywrócić stan sprzed reformacji. Rychło okazało się, że nie tędy droga. Symbolem dramatu jest wojna trzydziestoletnia, w której efekcie został przy życiu tylko co trzeci mieszkaniec środkowej Europy. Ze wszystkimi konsekwencjami wyludnienia, głodu, epidemii, wałęsających się rozbójników. Niemym, a wymownym i przerażającym pomnikiem tamtego czasu jest kaplica czaszek w Kudowie niedaleko Kłodzka. Kto nie był, powinien tam pojechać na historyczną medytację. Najtragiczniejsze jest to, że bezradnie rozkładamy ręce, próbując odpowiedzieć, kto wtedy był winien.
No i mieliśmy w historii także kontrrewolucję. Upraszczając można powiedzieć, że "biali" usiłowali zniszczyć "czerwonych". A ci wśród swoich rozlicznych agend mieli komitet "do walki z kontrą". Niewiele wie o tym przeciętny Polak (i nie tylko) naszych czasów. Czerwoni w pewnym momencie przestali się tym chwalić. Więcej - zacierali i wciąż zacierają ślady owej walki z kontrą. W Polsce są to ślady sięgające 50. lat minionego stulecia. Historia już naszych dni.
Czy nie jesteśmy przypadkiem świadkami kolejnej rewolucji i kolejnej reformacji? Bez wątpienia tak. Nie chodzi tu o religię, jak przed wiekami. Zresztą nawet wtedy religia była li tylko pretekstem przejęcia władzy nad światem. Nie chodzi o sprawiedliwość społeczną i dolę robotników. To hasło od początku było mistyfikacją. Dlatego gdy masy pracujące przestały być już potrzebne, dostały kopa - za naszych dni w widowiskowy sposób w kopalni "Wujek". O cóż chodzić może w rewolucji na dziś? O wytworzenie powszechnego i głębokiego chaosu przez zniszczenie rodziny jako fundamentu osobowego i społecznego istnienia ludzkości. No a co potem? Potem to choćby potop - zdają się wołać współcześni rewolucjoniści.
Czy wobec tego mamy organizować kolejną kontrę? Stanowczo nie, bo to zawsze powodowało nasilenie zła i wszelakich zniszczeń. Ale musimy być wierni naszym przekonaniom, naszej wierze, naszej etyce, naszej tradycji. W tym wszystkim musimy być otwarci, a nie zamknięci w przydomowych ogródkach przy grillu. Musimy też pilnować "pożytecznych idiotów", także utytułowanych, którzy nie pamiętając (nie znając) historii, wyciągają "bratnią dłoń" do współczesnych rewolucjonistów. Otóż, musimy ich pilnować, by nie rozwadniali konturów naszego świata wartości i nie gadali bzdur w imię fałszywie pojmowanego pokoju - nie ma pokoju między ogniem i wodą. No i najważniejsze - byśmy z całym przekonaniem powtarzali starożytną modlitwę psalmu: "Pan mym pasterzem". Potrzebna ludziom formacja, potrzebna ewolucja. Bez żadnych zniekształcających słówek i rujnujących programów.

 

Kard. Krajewski przyleciał na pogrzeb kard. Jaworskiego.

Na noc zatrzymał się w przytulisku wśród ubogich

Misyjne.pl / Piotr Żyłka Blog / sz 12 września 2020, 10:10 źródło: https://deon.pl/

”Nie chcieli się zgodzić więc spytałem – a gdzie spał wasz założyciel? Panowie mówili,że jeszcze nigdy nie spali z kardynałem. Ja też nie-odpowiedziałem” - opowiada kard. Krajewski.
W piątek miał miejsce pogrzeb kard. Mariana Jaworskiego, przyjaciela Jana Pawła II oraz jego spowiednika. Na mszę przybył również kard. Konrad Krajewski, papieski jałmużnik, który osobiście znał zmarłego duchownego, a w ostatnich latach pontyfikatu był blisko Jana Pawła II jako jego ceremoniarz.
Jak donosi portal Misyjne.pl kard. Krajewski zwrócił się do krakowskich Albertynów z nietypową prośbą. Poprosił o nocleg w ich przytulisku przy ul. Skawińskiej w Krakowie. Bracia początkowo odmawiali, lecz w końcu ulegli prośbie jałmużnika.
"Nie chcieli się zgodzić więc spytałem – a gdzie spał wasz założyciel? Panowie mówili,że jeszcze nigdy nie spali z kardynałem. Ja też nie-odpowiedziałem” - powiedział żartobliwie kard. Krajewski.
A na koniec tygodnia taka wiadomościo-historia budząca nadzieję i uśmiech na ustach.
Mówi jałmużnik papieski:
"Przyleciałem na pogrzeb kardynała Jaworskiego. Poprosiłem braci albertynów o nocleg z mieszkańcami w ich przytulisku na Skawińskiej.
Nie chcieli się zgodzić. Wtedy ich spytałem: A gdzie spał wasz założyciel?
Później Panowie z przytuliska mówili, że jeszcze nigdy nie spali z kardynałem.
Ja też nie - odpowiedziałem”.

 

NABOŻEŃSTWA

ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU - CODZIENNIE 16:30 - 18:00

NOWENNA DO MATKI BOŻEJ OGNISTEJ - W KAŻDĄ ŚRODĘ 17:40

DO ŚW. JÓZEFA: KAŻDY CZWARTEK 17:40

DROGA KRZYŻOWA: PIĄTEK - 7:00 I 17:30 - DLA WSZYSTKICH, 15:30 - DLA DZIECI

GORZKIE ŻALE: NIEDZIELE WIELKIEGO POSTU 15:00, 17:00

NABOŻEŃSTWIE DO MIŁOSIERDZIA BOŻEGO I ŚW. JANA PAWŁA II: każdy poniedziałek o 17.40

PORZĄDEK MSZY ŚWIĘTYCH

MSZE ŚWIĘTE W NIEDZIELE
6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:15
(Msza św. w intemcji parafian), 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W NIEKTÓRE UROCZYSTOŚCI I ŚWIĘTA:
6:30, 9:30, 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W DNI POWSZEDNIE
6:30, 16:00 - W KAPLICY MATKI BOŻEJ, 18:00