Czytelnia

Katechizm inaczej. Modlitwa

ks. Tomasz Horak dodane 16.05.2006 20:13 źródło: kosciol.wiara.pl
Skarbiec wiary Kościoła jest ogromny. Są w nim "nova et vetera" - rzeczy nowe i stare. Te "stare" nie starzeją się nigdy. A "nowe" nie są nowe. Trzeba jedynie najdawniejszą tradycję Kościoła odczytywać na nowo.- abp Alfons Nossol
To prawda. Bo głęboko w sercu zapisana jest potrzeba kontaktu ze Stwórcą, a równocześnie doświadczamy kruchości tego kontaktu. Powody bywają bardzo różne. Skutek ten sam: nie potrafię się modlić - mówimy. Jakie są tego przyczyny?

Żyjemy w epoce ogromnej aktywności. Liczy się skuteczność działania oceniana przez efekty. A im szybciej osiągane - tym lepiej. Skuteczność modlitwy jest innego rodzaju - przede wszystkim rzadko bywa wymierna, widzialna i uchwytna materialnie. Po drugie - skuteczność modlitwy sięga wieczności i rozliczanie jej w małych odcinkach czasu jest zwykłym nieporozumieniem. Jednak wszyscy temu ulegamy. W rezultacie odkładamy modlitwę na później, by zająć się tym, co może przynieść efekt szybki i widoczny. A tyle jest do zrobienia! Nie mamy więc na modlitwę czasu (jakżeż pokrętne i nadużywane powiedzonko: “Nie mam czasu”). Zajęci zewnętrzną aktywnością możemy już tylko powiedzieć: nie potrafię się modlić… Patrząc zaś na kogoś, kto więcej czasu poświęca modlitwie, łatwo o wyrok: on ucieka od świata. Czy ta trudność w modlitwie nie rodzi się z naszej zbyt małej wiary?

Z innego wypaczenia wiary rodzi się inna trudność modlitwy. Nazwałbym to wypaczenie pogańskim. Otóż człowiek ulega pokusie bycia bogiem. I ten bóg chciałby Boga sięgnąć, sobie podporządkować, coś na Nim wymusić. Taki sens mają magiczne zaklęcia i rytuały pogańskie. Przeczytaj barwną opowieść o proroku Eliaszu walczącym orężem wiary z prorokami bożka Baala (1 Krl 18, 20nn). Czciciele Baala, patrząc powierzchownie, też się modlili. Ale tak naprawdę usiłowali wymusić odpowiedź, która nie przyszła - bo to bóstwo po prostu nie istnieje. Eliasz modlił się - w jego postawie, w krótkiej prośbie jest zawarta cała moc wiary. Więcej: Eliasz na pierwszym miejscu postawił Boga. W jego modlitwie było zatroskanie o prawdę. Ilekroć na modlitwie stawiamy na pierwszym miejscu siebie, ilekroć usiłujemy na Bogu coś wymusić wedle swojego pomysłu - tyle razy ulegamy ogromnemu rozczarowaniu. Kończy się to zawsze podobnie: nie potrafię się modlić - mówimy. I zniechęceni próbujemy sami stać się bogami. A modlitwę trzeba zaczynać z Jezusem, powtarzając: “Ojcze mój, niech się stanie twoja wola” (Mt 26, 42).

Zbyt słaba wiara rodzi kolejną trudność: fatalizm. Skoro wszystko jest Bożą wolą, to po co w ogóle się modlić? Co ma być - będzie. To zbytnie uproszczenie. W realizację Bożych planów należy się włączać świadomie, z przekonaniem, że zamysły dobrego Ojca są najlepsze. Na modlitwie zaś szukać zharmonizowania swojej woli z wolą Boga i zrozumienia (na ile to możliwe) Bożych planów. A wszystko po to, by stać się narzędziem - wolnym i świadomym - dobra, jakie zamierzył Bóg. Jeśli jednak górę weźmie fatalizm, prędzej czy później człowiek powie sobie: nie potrafię się modlić. Albo popadnie w zabobon - wypaczoną modlitwę formuł i rytuałów, którym przypisuje magiczne znaczenie.

Na modlitwie - jak w każdych osobowych kontaktach człowieka - przychodzą czasem oschłości. Największa miłość na takie chwile jest narażona. Jeśli wiara zbyt słaba i chwiejna, oschłości na modlitwie powodują zniechęcenie. Wydaje się wtedy, że “Bóg daleko a niebo wysoko”, że może inni to mogę nawiązać z Nim kontakt, ale ja…? Łatwo wtedy o zniechęcenie, nawet o odrzucenie modlitwy. A tymczasem właśnie wtedy, “gdy nie umiemy modlić się tak, jak trzeba, sam Duch [Święty] przyczynia się za nami” (Rz 8, 26). W czas największego ludzkiego zmagania się Jezusa, gdy konał na krzyżu, niebo zdawało się milczeć. Wołał On wtedy słowami psalmu: “Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił” (Mt 27, 46). Gdy przychodzą na nas chwile podobnej próby, warto sobie powiedzieć: “Wierzę w słońce - nawet, gdy nie świeci. Wierzę w miłość - nawet, gdy skryta. Wierzę w Boga - nawet gdy milczy”…

…a może nie milczy? A może to tylko ja nie potrafię usłyszeć? Może jest ze mną tak, jak z owym młodym człowiekiem, którego Jezus zaprosił, by poszedł za nim. “Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości” (Mk 10 22). Dlatego modlitwa potrzebuje ascezy, świadomego ograniczania swych - także słusznych - potrzeb. Zaniedbania czystości i wolności serca, zmniejszenie czujności wobec zła wkradającego się w życie - to wszystko powoduje duchową głuchotę człowieka, a tym samym bardzo utrudnia, a bywa że i uniemożliwia modlitwę. To też jest brak wiary, który “objawia się nie tyle przez wyznane niedowiarstwo, co przez faktyczny wybór” [2732].

“Nie potrafię się modlić!” Tak, nikt nie potrafi na tyle, by móc uważać swoją modlitwę za doskonałą. Wzrastanie w modlitwie, zagłębianie się w jej orzeźwiający strumień - to wysiłek na całe życie. A warto go podjąć, bo odnajdując Boga, odnajdujemy siebie.

Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 2725 - 2733.

 

Agata Puścikowska dodane 11.01.2018 04:45 źródło: http://rodzina.wiara.pl/

…żeby nie utonąć. I żeby nie utopiły się w nim nasze dzieci.
 
Trzy krótkie „pornohistoryjki z życia wzięte”.
Pierwsza. Specjalistka od bezpieczeństwa w sieci opowiada dziennikarzowi o sposobach zabezpieczania się przed wirusami i cyberprzemocą. Dziennikarz pyta o sposoby uchronienia dzieci przed kontaktem z pornografią. Specjalistka nie rozumie problemu. Twierdzi, że „wszyscy oglądaliśmy świerszczyki” i nikomu nie zaszkodziły, a poza tym „sprawa jest ideologiczna”.
Druga. Rozmowa matek o nastoletnich synach. „Mój Krzysiek to mądry chłopak. Takich świństw nie ogląda”. Druga matka również zarzeka się, że jej Michał „nigdy, bo to dobre dziecko jest”.
Trzecia. Ojciec zauważył, że 16-letnia córka szukała w internecie „takich filmów”. Chciał z córką porozmawiać, może zabronić. Ale jak dobrać słowa, żeby się nie czerwienić i żeby córka nie pomyślała, że ojciec „beton” jest, i nie zamknęła się w sobie.
Te historyjki łączy brak świadomości, czym jest pornografia, jakie są jej skutki i jak o niej rozmawiać. Stowarzyszenie Twoja Sprawa wychodzi tym problemom naprzeciw. Tworzy swoiste kompendium wiedzy i praktycznych umiejętności, które pozwolą oswoić trudny temat. Bez czerwienienia się czy udawania, że problem nie istnieje.

Walka z wiatrakami?
Gdy na każdym niemal billboardzie widać roznegliżowaną panią, a jedno kliknięcie w smartfonie może doprowadzić do tysięcy linków „z filmami dla dorosłych”, może się wydawać, że walka z pornografią i kulturą pornograficzną jest bezcelowa. Nic bardziej mylnego. Wieloletnia praca i działania STS wskazują, że warto stawiać opór.
Tama zbudowana z rzetelnej wiedzy, badań na temat pornografii, oraz docieranie do świadomości rodziców i decydentów przynoszą efekty. Szkoły, rodzice i stowarzyszenia zajmujące się wspieraniem rodzin mają coraz większą wiedzę na temat skutków korzystania z pornografii. Zwykli obywatele też potrafią się bronić przed zalewem niechcianych treści – choćby protestując, wysyłając listy, lobbując przeciwko obscenicznym zdjęciom czy seksualizującym reklamom. Konieczne jest wielopłaszczyznowe i szerokie informowanie, uczenie, propagowanie wzorców zachowań, które mogą uchronić przed pornografią nasze dzieci (i dorosłych). Zarówno na poziomie urzędników, budowania opinii społecznej, czy prawa, jak i na poziomie prywatnym, rodzinnym. Stąd nowy pomysł STS: kampania edukacyjna „Pornografia szkodzi dzieciom”. Składają się na nią opracowanie raportu na podstawie badań naukowych i artykułów dotyczących pornografii oraz przygotowanie materiału, który przystępnie i w uporządkowany sposób pokazuje konsekwencje korzystania z pornografii. Opracowanie trafi do mediów, prokuratur, policji. Aby wyeliminować ignorancję w tej kwestii.
Druga gałąź projektu jest skierowana do rodziców. Bo to w ich rękach i ustach jest potężny oręż w walce z pornografią. STS zachęca, by w prosty, przystępny sposób rozmawiać z dziećmi na temat pornografii. Na stronie bezpornografii.pl rodzice i wychowawcy znajdą filmy, które wspomogą w podejmowaniu trudnych tematów. – Pornografia nie może i nie powinna być tematem tabu w naszych domach – mówi Izabela Karska ze Stowarzyszenia Twoja Sprawa. – Udawanie, że bagno pornografii nas nie dotyczy, jest utopią. I szybko można się w nim utopić.

Jak narkotyk
Badania są jednoznaczne: kontakt z pornografią powoduje gwałtowny skok poziomu dopaminy (hormonu przyjemności i nagrody). W takiej sytuacji mózg szuka „nowej” równowagi, podnosząc tolerancję na dany środek lub zachowanie. – W efekcie potrzeba coraz silniejszych bodźców, by uzyskać wcześniejszy poziom przyjemności. W przypadku pornografii prowadzi to do coraz częstszego oglądania i do sięgania po brutalniejsze filmy – tłumaczy Karska.
– Dopamina działa na ten obszar mózgu, który odpowiada za tzw. czynności wyższe, czyli myślenie, percepcję, pamięć czy rozumienie konsekwencji własnych działań. Pod wpływem nadmiaru jej wydzielania zmianie ulega struktura mózgu. Badania wskazują, że użytkownik pornografii, który nie ukończył 25. roku życia, narażony jest na zmiany w obszarze płata czołowego mózgu, zanim jeszcze miał on szansę poprawnie się rozwinąć. Istotne jest również to, że pornografia tworzy błędne wyobrażenie o współżyciu seksualnym, w wyniku czego może ono w przyszłości bardzo odbiegać od prawidłowego. Zmienia się też postrzeganie kobiety, relacji damsko-męskich, a naturalna wrażliwość i poczucie wstydu ulegają stępieniu. Osoby mające problem z pornografią bardzo często przejawiają społeczne i emocjonalne wycofanie, rozdrażnienie i trudności w budowaniu zdrowych relacji. Bywa, że ich plan dnia ulega zmianie, bo większość czasu i uwagi pochłania pornografia.

Info dla opornych
Z badań Instytutu Profilaktyki Zintegrowanej wynika, że ponad połowa dzieci w Polsce ma kontakt z pornografią przed 12. rokiem życia. Aż 15 proc. chłopców w II i III klasie gimnazjum ogląda takie treści ponad 30 razy w miesiącu. – Jeśli rodzice monitorują korzystanie przez dziecko z internetu, to świetnie. Musimy mieć jednak świadomość, że już kilkuletnie dziecko może natknąć się na pornografię przypadkiem – mówi Izabela Karska. – W dzisiejszych czasach nie jest możliwe całkowite odcięcie dziecka od sieci. A im dziecko starsze, tym trudniej skontrolować jego aktywność internetową. Możemy nie kupować dziecku smartfona czy komputera, ale do internetu podłączone są również konsole do gier i nowoczesne telewizory. Poza tym dziecko nie żyje w próżni; komórkę lub tablet mają koledzy i koleżanki. Czy mamy wpływ na to, jak i z kim dziecko spędza na przykład przerwy w szkole?
Co zatem robić? – Świadomy rodzic może porozmawiać z dzieckiem i, stosownie do wieku, uprzedzić je, na co może natknąć się w internecie. Ponadto warto uruchomić ochronę rodzicielską na urządzeniach, do których dostęp ma dziecko, oraz na routerze, który rozprowadza internet w domu – uważa Karska.

Trudne rozmowy
Wydaje się, że im szybciej rodzice zabiorą się za temat pornografii, dostosowując język i zakres tematu do wieku dziecka, tym lepiej. Jeśli jednak dziecko już swoje (nastoletnie) lata ma, a do rodziców dopiero dotarły informacje na temat szkodliwości pornografii, sytuacja nieco się komplikuje. Co nie oznacza, że jest beznadziejna. Po prostu język i przedmiot rozmów zaczynają być poważniejsze, a „program naprawczy” należy wprowadzić jak najszybciej i konsekwentnie. – Temat seksualności jest trudny, rodzi bezradność, bo nie wiemy, jak o niej mówić, jakiego słownictwa używać; nikt z nami – gdy byliśmy dziećmi – takich rozmów nie prowadził. Szczególnie trudno mówić o sferach naszej intymności, kiedy w rodzinie brak poczucia bezpieczeństwa i zaufania, a młody człowiek nie potrafi się przed rodzicem otworzyć i od rozmów ucieka – mówi Karska. – W naszej kampanii uczymy rodziców, jak rozmawiać z dziećmi, jak pokonać barierę wstydu, jakiego języka użyć.
Rodzice boją się też, że ich kompetencje i wiedza nie są wystarczające, by poruszać „taki temat”. – Czytajmy, wiedza na temat uzależnienia od pornografii, przemysłu pornograficznego jest dostępna na stronie bezpornografii.pl. Podjęcie takiej rozmowy będzie dla dziecka sygnałem, że może przyjść i zwyczajnie zapytać, i nie zostanie wyśmiane ani odrzucone – tłumaczy Karska. – Podstawa to bycie naturalnym, unikanie dwuznaczności, niedomówień i przede wszystkim wyraźne oddzielenie pornografii od zdrowo pojmowanej seksualności, której nie powinniśmy piętnować.

Technika i… zasady
Rodzice powinni mieć też świadomość, że w sukurs ich wychowawczym staraniom i ochronie dzieci przychodzi wachlarz technicznych zabezpieczeń przed pornografią. Ale blokady, programy ochrony dostępne w sieci nie zastąpią zdrowego rozsądku i jasnych reguł. – Warto wspólnie ustalić z dziećmi zasady korzystania z urządzeń elektronicznych. W zależności od wieku dziecka określmy konkretne dni i czas korzystania z internetu i urządzeń, a bardziej szczegółowo – zasady dotyczące gier komputerowych, portali społecznościowych czy odwiedzania stron WWW – zachęca Izabela Karska. – Im wcześniej takie zasady wprowadzimy, tym lepiej.
Stowarzyszenie Twoja Sprawa prowadzi też specjalistyczne szkolenia. Dociera z nimi do szkół, domów kultury, instytucji i stowarzyszeń zajmujących się wychowywaniem dzieci i rodziną. – Zachęcamy, by z nich korzystać. Wiedza na temat szkodliwości pornografii w połączeniu z umiejętnościami komunikacyjnymi to najlepsza ochrona dzieci i rodzin. Każdy, kto weźmie udział w naszych prelekcjach, a następnie obejrzy przykładowe dialogi, nie będzie się mógł doczekać, aby swoje umiejętności wprowadzić w życie – dodaje Karska.

 

ks. Zbigniew Niemirski dodane 11.01.2018 09:10 źródło: http://biblia.wiara.pl/

To do chrześcijan Pontu i Bitynii, został wysłany list, który w Nowym Testamencie nosi nazwę Pierwszy List św. Piotra
Piotrowy list sprzed 2 tys. lat jest nadal tak bardzo aktualny.
Było to nieco ponad 10 lat po wniebowstąpieniu Pana Jezusa. W czasie prześladowania uczniów Chrystusa, rozpętanego przez króla Heroda Agryppę I, św. Piotr został uwięziony, a potem w cudowny sposób uwolniony przez anioła Pana. Wówczas, jak informują Dzieje Apostolskie, Piotr „udał się gdzie indziej”. Badania dziejów pierwotnego Kościoła pokazują, że Książę Apostołów nie dotarł jeszcze wówczas do Rzymu, ale niezwykle owocnie ewangelizował w dzisiejszej północnej Turcji, w rzymskich prowincjach leżących na wybrzeżu Morza Czarnego (znów nazwa współczesna). To tam, do chrześcijan Pontu i Bitynii, został wysłany list, który w Nowym Testamencie nosi nazwę Pierwszy List św. Piotra.
Jak wielkie owoce przyniosła ta praca, pokazuje pełen dramatyzmu list Pliniusza Młodszego, namiestnika Bitynii, który na początku II w. wysłany został do Rzymu, do cesarza Trajana: „Wszędzie to wierzenie się rozkrzewia, nie tylko w miastach i wsiach, ale w całym kraju. Świątynie pustoszeją i już od dawna nie składano żadnych ofiar”. A dalej namiestnik pisze o niedzielnych Eucharystiach: „Mają zwyczaj w pewnych dniach przed wschodem słońca zbierać się i zanosić modlitwy do Chrystusa jako Boga”.
Rzecz jasna to pogańskie świątynie pustoszały. I zdawało się, że wszystko obraca się na korzyść prześladowanych chrześcijan. Ale nie do końca. Bo we wspólnotach uczniów Chrystusa pojawili się wichrzyciele, którzy odrzucali naukę o sądzie Bożym. I to w tym kontekście trzeba rozumieć fragment Drugiego Listu św. Piotra (2 P 3,8-14). Wydaje się, że Pan zwleka z powtórnym przyjściem, co niektórzy rozumieli w ogóle jako brak Bożego sądu. Ale to pozór, bo w istocie „jak złodziej przyjdzie dzień Pański, w którym niebo z szumem przeminie, gwiazdy się w ogniu rozsypią, a ziemia i dzieła na niej zostaną odnalezione”.
Współczesne badania socjologiczne naszej religijności pokazują, że wielu z nas ma największy problem z przyjęciem prawdy o sądzie Bożym po śmierci i w ogóle z akceptacją prawdy o zmartwychwstaniu. Bóg istnieje, to prawda powszechnie akceptowalna przez ponad 90 proc. badanych, ale co z nami po śmierci? Tu już rozpoczynają się schody. Odrzucenie sądu czy brak akceptacji tej prawdy prowadzi do bagatelizowania wymogów, jakie niesie ze sobą bycie chrześcijaninem. Piotrowy list sprzed 2 tys. lat jest nadal tak bardzo aktualny.

ks. Tomasz Horak źródło: http://opole.gosc.pl/

Tamta epoka - czas nakazowego i systemowego świętowania - wielu ludziom odebrała zdolność świętowania. I tak trochę nie wiedzą, co z Trzema Królami zrobić...

A kto powiedział, że trzej? Ewangelista opowiada o mędrcach ze Wschodu. Liczba mnoga, i tyle. Jeden to nie mędrcy. Jeśliby był drugi to... to nieznaczący jeden plus nieznaczący jeden – to jeszcze nie są mędrcy. Dopiero kolejny jeden przechyla szalę. Tak, jeśli trzej, to można powiedzieć: mędrcy. Bez wątpienia liczba mnoga. Ale jeśli by było jeszcze dwóch – to też mędrcy. Nie wiemy zatem. Może więcej ich było? Ale co najmniej trzech. To już i imiona można im nadać. I mamy Kacpra, Melchiora i Baltazara. Trzej mędrcy z pokłonem u Króla wieków. Oni pewnie też królowie. I to lepiej brzmi: Trzej Królowie.
A dary? Złoto – może i królewski dar, zależy w jakiej ilości. Nie wiemy, nie filozofujmy. Kadzidło – to taki starożytny, orientalny dezodorant. Co zamożniejszy człowiek używał – choć to też sprawa gatunku kadzielnego towaru. Znowu nie wiemy. No i mirra. Może płynna, może sproszkowana – tak czy owak była towarem bieżącego życia. Potrzebna nie tylko jako kosmetyk, ale jako konieczny element obrzędów pogrzebowych. Każdy umiera, każdy pogrzeby miewa. Dorobiono do tych darów stosowną ideologię. Jak najbardziej osadzoną w mentalności tamtych czasów i ani chybi zamierzoną przez Boga, który był przecież zarówno autorem scenariusza, jak i reżyserem samego wydarzenia.
Takie lekkie, z przymrużeniem oka roztrząsanie owego wydarzenia nie jest bynajmniej obrazoburstwem. Jest próbą zrozumienia tego, co się właściwie wydarzyło w owych dniach w Betlejem. A że musiało to być wydarzenie widowiskowe, to i widowiskowych interpretacji wstydzić się nie trzeba. I tak powstało nasze, chrześcijańskie święto. Chociaż pierwsza jego historyczna warstwa była głęboko teologiczna i sformułowana po grecku: Επιφανια του Κυριου. Po polsku się to wykłada: Objawienie Pańskie. A dotyczyło nie tylko pokłonu trzech mędrców, lecz całego mega-wydarzenia, od narodzin Jezusa poczynając, aż po cud wina i wiary w Kanie Galilejskiej.
Ale nie jest rzeczą felietonisty w teologię wchodzić. Cóż mnie zatem interesuje? Współzależność między ową teologiczną warstwą a sposobami wyrażania owych głębokich i – jakby nie było – zawiłych spraw w obyczaju i kulturze ludzkiej społeczności. Zatem – o świętowanie chodzi. Świętowali starożytni – jeszcze zanim pojawił się Chrystus i chrześcijaństwo. Świętowali Rzymianie, świętowali Żydzi, świętowali Persowie, Medowie i Elamici. No i o Grekach zapomnieć nie wolno, bo ich świętowanie jakoś odbiło się na europejskim obyczaju.
Biblia zawiera szereg opisów świąt i świętowania. Najbardziej wzruszający jest opis świętowania odbudowy świątyni Pana w Jerozolimie. Uroczystość działa się na świątynnym wzgórzu, ale potem przeniosła się do domów. Tym, których nie było w świątyni, zaniesiono po kawałku słodkiego placka. A z radości to ludziska aż płakali.
Jeśli z horyzontu ludzkiej myśli znika Bóg, często przepędzany przez zazdrosnych władców, to świętowanie nie znika. Tyle że zamiast Boga Najwyższego trzeba stworzyć boga na dziś, wielkiego ludzką miarą, a tak naprawdę małego. Nadyma się on tym bardziej, im mniejszy jest w rzeczywistości. Czy trzeba przypominać dwóch strasznych bogów minionego stulecia? Hitlera i Stalina. A to, co się dzieje w Korei Północnej? Z jednej strony militarne wysiłki, z drugiej świętowanie dni przywódców. Scenerię znamy z telewizyjnych doniesień.
W Polsce przerabialiśmy to na mniejszą skalę i, na szczęście, z przymrużeniem oka. Na szczęście minęło. Ale wyłom w umysłach i sercach wielu ludzi pozostał. Inne świętowanie też traktują z przymrużeniem oka. I jest ono dla wielu tyko okazją, by było wolne. Wolne od czego? Od pracy? Od środowiska? A może i od bliskich ludzi? Czasem okazją do nieskrępowanego leniuchowania podlewanego alkoholem.
Tamta epoka – czas nakazowego i systemowego świętowania – wielu ludziom odebrała zdolność świętowania. I tak trochę nie wiedzą, co z Trzema Królami zrobić... Budujemy na nowo to jedno z najstarszych chrześcijańskich świąt. A jak mają świętować niechrześcijanie? Myślę, że powinniśmy – jak za czasów Nehemiasza – „posłać im po kawałku słodkiego placka”. Może nie dosłownie. Ale pokazać naszą radość, nasze otwarcie na przeszłość i przyszłość, nasz entuzjazm dla tego co czasowe i dla tego co wieczności sięga.
Póki co, nie zostawiajmy Trzech Króli samym sobie. Zbyt głęboka treść ich pielgrzymowania, być zbyć ją obojętnością.

 

Ks. Łukasz Ostruszka Życie duchowe - Zima 93/2018 dodane 10.01.2018 11:46 źródło: http://prasa.wiara.pl/

Ale czy w chrześcijaństwie najpiękniejsze nie jest to, że człowiek oddając się przykazaniu miłości, po prostu rzuca się Bogu w ramiona?
Kryzys migracyjny jest dla chrześcijan wielkim dziejowym sprawdzianem ze znajomości nauki Jezusa.
Całkiem możliwe, że po przeczytaniu tytułu tego tekstu nie masz już ochoty na dalszą lekturę. Politycy powiedzieli ci już wszystko na ten temat, rozgrywając bezlitośnie uchodźców na potrzeby bieżącej sytuacji. Ulubione czasopisma i portale też już wszystko opisały. A może jednak nie?
W biało-czerwonej chrześcijańskiej Polsce nie wszystkim podoba się papież Franciszek, który nieustannie mówi, że wierzący człowiek musi się otworzyć na drugiego. A papież nie tyle mówi od siebie, co przekłada na współczesność treść Biblii. Nie podoba się też Angela Merkel, córka ewangelickiego pastora, która mówi, że jeśli boimy się islamizacji, to powinniśmy w końcu zacząć chodzić do swoich kościołów.
Obcy budzi strach, ale dla chrześcijanina obcy jest bliźnim – niezależnie od tego, czy jest on chrześcijaninem, muzułmaninem, czy kimkolwiek innym. Doskonale zdają sobie z tego sprawę osoby, które w szaleństwie obojętności próbują być świadectwem Jezusa Chrystusa, a przy okazji zawstydzają zastygłe, wygodne, wymuskane i sztuczne chrześcijaństwo, któremu łatwo się poddać. Takich jest wielu, ale ciągle za mało.

Podróż w nieznane
Naděje Pro Národy („Nadzieja dla Narodów”) to fundusz założony przez grupę zapaleńców w ramach czeskiej fundacji Białe Plamy, która powstała, by szukać na terenie Czech miejsc, gdzie jeszcze nie ma parafii, i pomagać lokalnej ludności w zakładaniu zborów. Nie jest wielką organizacją z wielomilionowym budżetem. Nadzieja dla Narodów to inicjatywa kilku osób z różnych zborów z Czech i Polski, które oglądając w telewizji doniesienia o napływie uchodźców, postanowiły pokonać ich szlak do Europy, by poznać tych ludzi, nieść pomoc i opowiadać im o Jezusie, a przede wszystkim sprawdzić, jak to właściwie jest z tymi uchodźcami.
Całym przedsięwzięciem kieruje drobna, ale rezolutna Ilona Machandrová, która jest mózgiem każdej wyprawy.
– Jestem prawniczką, a swą służbę dla Pana Boga wyobrażałam sobie zupełnie inaczej, w ramach swego wykształcenia i wykonywanego zawodu, ale powierzyłam to Panu Bogu w modlitwie. Miałam, dzięki Bożemu prowadzeniu poprzez projekt „Modlitwy 24/7”, kontakt z misjonarzami z Czech, którzy już dłuższy czas zajmują się rozdawaniem Ewangelii cudzoziemcom. Oni zaproponowali, żeby udać się do uchodźców. Temat mnie dotknął i wyruszyłam w drogę – opowiada Ilona Machandrová.
Pierwszy wyjazd miał miejsce w 2014 roku do greckiego miasta portowego Patras, gdzie w rozpadających się halach fabrycznych wegetowały setki uchodźców. Na początku były wyjazdy grupy przyjaciół, ale inicjatywa zyskała rozgłos po obu stronach granicy południowej Polski, więc powołano fundusz, który daje przejrzystość i pozwala działać w prawnych ramach. Wolontariusze odbyli już blisko dwadzieścia podróży wzdłuż tak zwanej trasy bałkańskiej i pokonali 40 tysięcy kilometrów. Jeżdżą w kilkuosobowych grupach. Skład się zmienia, bo na czas wyjazdu konieczne jest wzięcie urlopu w pracy. To ludzie na co dzień funkcjonujący jak każdy – mają pracę, rodzinę i swoje obowiązki. W sumie na szlaku uchodźców pojawiło się już trzydzieści pięć osób związanych z funduszem.
Każdy wyjazd relacjonują na Facebooku, a po powrocie spotykają się w parafiach różnych Kościołów, żeby opowiedzieć o tym, co przeżyli, i przy okazji obalić kilka mitów na temat uchodźców. Na trasie zatrzymują się głównie w nielegalnych obozach i pracują z muzułmanami, więc owych mitów nie brakuje. Tłumaczą więc, że nie spotykają terrorystów, ale ludzi otwartych, a przekazywana pomoc jest szanowna i doceniana.

Pokazać sens życia
– Uchodźcy, których spotykamy, poszukują sensu życia i stabilizacji, ale nawet jeśli tę stabilizację materialną uzyskają, to ciągle potrzebują autentycznego życia w wymiarze duchowym – mówi ks. Marcin Pilch, pochodzący z Polski duchowny, który służy w Parafii Czeskobraterskiego Kościoła Ewangelickiego „Na Rozwoju” w Czeskim Cieszynie.
Oprócz niesienia najbardziej podstawowej pomocy, jak opatrywanie odmrożonych stóp, pomoc w zakupie leków, gotowanie słodkiej herbaty czy dostarczanie styropianu służącego do zabezpieczenia miejsca noclegowego, wolontariusze podczas każdej podróży prowadzą dziesiątki rozmów, mówiąc w nich o tym, czym jest chrześcijaństwo. Rozdali już ponad dwa tysiące egzemplarzy Ewangelii według św. Łukasza przetłumaczonej na języki uchodźców, przy czym rozdają je tylko tym wyrażającym zainteresowanie. Tłumaczenia przygotowuje ruch „Bóg narodów”.
– Jeśli uchodźcy dowiedzą się, że jest ktoś, kto nadaje życiu sens, to bez względu na okoliczności tak naprawdę zyskają wszystko – przekonuje ks. Marcin Pilch.
Nie chodzi jednak o nawracanie siłą w momencie życiowego kryzysu, ale o pokazanie poprzez praktyczną pomoc tego, kim jest Jezus Chrystus i co niesie chrześcijaństwo. Dla wielu muzułmańskich migrantów to czasem pierwszy kontakt z chrześcijaństwem i od tego, jaki on będzie, zależy ich późniejsze nastawienie do chrześcijan, a więc także integracja z Europą.
– Sytuacja, która wytworzyła się w Europie, jest naprawdę niezwykła, bo przychodzą tutaj ludzie, którzy nigdy w tym rejonie nie byli. Co więcej, przybywają oni z krajów, o które przecież się modliliśmy, żeby tam się Ewangelia dostała, a my ciągle czekamy i zastanawiamy się, jak zareagować – dodaje ks. Marcin Pilch.
Uczestnicy wypraw często odwołują się do akcji misyjnej „Okno 10/40”. To inicjatywa skupiona na krajach znajdujących się w pasie pomiędzy 10 a 40 równoleżnikiem na północ od równika. Rzut okiem na mapę pokazuje między innymi Afganistan, Bangladesz, Irak, Mali i Pakistan. Kiedyś chrześcijanie modlili się, żeby dotarła tam Ewangelia, a teraz nie chcą ewangelicznie przyjąć tych, którzy stamtąd przybywają.
Wolontariusze z Nadziei dla Narodów nie wiedzą, co dzieje się później z uchodźcami, którym dali Biblię. W tłumie zmierzającym do Europy idą różni ludzie z terenów ogarniętych wojną domową, jak Syria, bądź skrajnie i stale niestabilnych, jak Afganistan i Irak. Co ciekawe, według relacji osób uczestniczących w wyprawach muzułmanie odnoszą się z wielkim szacunkiem do Biblii i są zaciekawieni chrześcijaństwem – niezależnie od tego, czy są gorliwymi muzułmanami, czy z islamem łączy ich tylko przylepiona na granicy etykietka.
– Do tej pory byłem tylko raz na wyprawie, ale było to doświadczenie wyjątkowe. Spotkałem ludzi, którzy cenią wartości już dawno u nas zapomniane, choćby niezwykły szacunek do starszego człowieka – mówi Maciej Oczkowski, emerytowany dyrektor muzeum, który jako 73-latek jest jednym z najstarszych uczestników wypraw.
Maciej Oczkowski dał się namówić synowi Michałowi i wybrał się do nielegalnego obozu w Serbii, w którym w barakach przypominających najgorszy okres poprzedniego wieku przebywają głównie młodzi mężczyźni. Nierzadko wysłani przez rodziny jako osoby, które mają największą szansę na przetrwanie i dotarcie do Europy. Wyprawa odbyła się w okresie wielkanocnym, gdy w Polsce rodziny zasiadają przy suto zastawionych stołach. Kontrast był więc szczególnie wyraźnie zarysowany.
– Największym dowodem egoizmu chrześcijańskiego jest cieszyć się zbawieniem, Jezusem i miłością, ale nic nie powiedzieć o tym ludziom, którzy jeszcze nie mieli okazji tego usłyszeć. Nie możemy odkładać spotkania z nimi, ale powinniśmy im opowiadać o Bogu – mówi Maciej Oczkowski.

Malowany chrześcijanin
Trudno ocenić, kto czerpie więcej z tych wypraw. Ilona Machandrová, Maciej Oczkowski, jego syn Michał, czeski diakon Štěpán Marosz, ks. Marcin Pilch i inni uczestnicy wyjazdów do migrantów podkreślają, że każda taka podróż ma silny ładunek duchowy.
– Widzę to jako Boże wezwanie i lustro, które postawił nam Pan Bóg, byśmy zobaczyli siebie i swój sposób na życie. Na każdej drodze okazuje nam swoją bliskość i pokazuje, że to ma sens i jest częścią Jego planu. Nie tylko dajemy innym, ale sami też jesteśmy ubogaceni – mówi Ilona Machandrová.
– Boimy się, że ktoś obcy przyjdzie i „przewalcuje” to nasze chrześcijaństwo, a spójrzmy, jak ono wygląda. Co my możemy im zaoferować? Puste kościoły, rozpadające się małżeństwa, niedzielnych chrześcijan – dodaje jeszcze dosadniej Alicja Pilch, żona księdza Marcina.
Zaktywizowanie tak zwanych niedzielnych chrześcijan to rzeczywiście olbrzymie wyzwanie. Nie jesteśmy prześladowani, mamy swobodę działania i pomagania, ale często stajemy się kanapowymi wyznawcami Jezusa. Tworzymy sztuczne spory, zajmujemy się podziałami, zmieniamy hierarchię wartości i przestajemy zauważać potrzebujących wokoło, a co dopiero tych, którzy giną na dalekim morzu lub w trakcie wyczerpującej wędrówki przez różne kraje. Na rękę jest nam nazywanie ich terrorystami, obcymi pozbawionymi kulturowych korzeni, bo dzięki temu można czuć się usprawiedliwionym.
– Często słyszymy, że uchodźcom nie warto pomagać, bo są bezczelni. Oczywiście, że w wielotysięcznej grupie można spotkać osoby leniwe i bezczelne, ale czy my, Polacy, nie bywamy bezczelni i roszczeniowi? Polacy też chodzą i kombinują, żeby otrzymać na przykład zasiłki – podkreśla Alicja Pilch. Konsekwentnie chcemy więc nazywać siebie chrześcijanami, szczycić się naszą tradycją, ale jednocześnie zaprzeczać wierze, nienawidząc i skreślając innych.
– Nie rozumiem tej strategii. Próbujemy się okopać w naszych kościołach, żeby nikt nie zmienił naszej historii. Przyjemnie jest cytować sobie wersety, opowiadać o Panu Bogu, ale nie można chować się w sytuacji, gdy trzeba działać – dodaje Alicja Pilch.

Chrześcijaństwo słyszy: sprawdzam!
Czas działa na naszą niekorzyść. Minęły ponad dwa lata od momentu, kiedy w sieci pojawiło się zdjęcie syryjskiego chłopca Alana Kurdiego. Morze wyrzuciło ciało trzylatka na plażę niedaleko Bodrum. Turecki fotoreporter Nilüfer Demir uchwycił moment, który wstrząsnął światem, bo ludzie jakby nagle zrozumieli, że Morze Śródziemne staje się wielkim cmentarzem imigrantów.
Malutki Kurdi pośmiertnie stał się symbolem wszystkich uchodźców, którzy uciekając przed wojną i szukając pokoju, tworzą falę migracyjną, z którą zachodni świat za bardzo nie potrafi sobie poradzić. Kurdi trafił na okładki gazet, pisano o nim na profilach celebrytów w mediach społecznościowych, artyści poświęcali mu swoje dzieła, jak choćby ten, który namalował we Frankfurcie wielki mural z podobizną chłopca. Za życia nikt nie zdążył podać mu ręki i wyciągnąć z wody.
Od czasu pojawienia się fotografii małego uchodźcy życie na morzu straciło ponad 8,5 tysiąca osób, które próbowały przedostać się do Europy. To oficjalne dane Organizacji Narodów Zjednoczonych, nieoficjalne liczby mogą być znacznie wyższe. Poza tym mowa tutaj tylko o morzu, a przecież drogą lądową przedzierają się też tysiące osób, do których docierają takie organizacje jak Nadzieja dla Narodów.
W kościołach rozpływamy się nad słowami Pana Jezusa, który mówi, że cokolwiek uczyniliśmy jednemu z tych najmniejszych, uczyniliśmy samemu Bogu. Poza murami kościoła wolimy słuchać brutalnych i bezwzględnych polityków czy samemu rzucać inwektywy w stronę „tych obcych”. Tymczasem ponad 90 procent z 13,7 tysiąca dzieci, które dopłynęły w pierwszej połowie roku do Włoch, przybyło bez opieki.
Odpowiadamy: to nie takie proste, życie jest skomplikowane, a sprawa uchodźców niejednoznaczna. Życie oczywiście nie jest czarno-białe, a niesiona pomoc musi być przede wszystkim mądra i odpowiedzialna. To wszystko prawda. Ale czy w chrześcijaństwie najpiękniejsze nie jest to, że człowiek oddając się przykazaniu miłości, po prostu rzuca się Bogu w ramiona? Wielokrotnie przekonujemy się, że Bóg potrafi obrócić największe zło i tragedię w zaskakujące dobro. Bóg lubi zaskakiwać człowieka.
W Liście do Hebrajczyków w trzynastym rozdziale czytamy: „Miłość braterska niechaj trwa. Gościnności nie zapominajcie; przez nią bowiem niektórzy, nie wiedząc o tym, aniołów gościli” (w. 1-2).
Ks. Łukasz Ostruszka (ur. 1987), duchowny ewangelicki, dziennikarz i redaktor związany z dziennikiem ekonomicznym „Puls Biznesu”, współpracownik tygodnika „Polityka”. Wcześniej publikował także między innymi w „Przekroju”, „Tygodniku Powszechnym” i „Metrze”. Obecnie pełni służbę w Parafii Ewangelicko-Augsburskiej w Wiśle. Interesuje się teologią praktyczną i wpływem nowych technologii na człowieka.

 

NABOŻEŃSTWA

ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU - CODZIENNIE 16:30 - 18:00

NOWENNA DO MATKI BOŻEJ OGNISTEJ - W KAŻDĄ ŚRODĘ 17:40

DO ŚW. JÓZEFA: KAŻDY CZWARTEK 17:40

DROGA KRZYŻOWA: PIĄTEK - 7:00 I 17:30 - DLA WSZYSTKICH, 15:30 - DLA DZIECI

GORZKIE ŻALE: NIEDZIELE WIELKIEGO POSTU 15:00, 17:00

PORZĄDEK MSZY ŚWIĘTYCH

MSZE ŚWIĘTE W NIEDZIELE
6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:15
(Msza św. w intemcji parafian), 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W NIEKTÓRE UROCZYSTOŚCI I ŚWIĘTA:
6:30, 9:30, 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W DNI POWSZEDNIE
6:30, 16:00 - W KAPLICY MATKI BOŻEJ, 18:00