Czytelnia

Po co idę – piesza pielgrzymka na Jasną Górę oczami pątników

2018-08-14 10:57 mir / Częstochowa (KAI) źródło: http://www.niedziela.pl/

Piesze pielgrzymowanie na Jasną Górę nazywane jest fenomenem. Na pątniczy szlak wyruszają wszystkie pokolenia oraz grupy społeczne i zawodowe. Modlą się w sprawach Kościoła, Ojca Świętego i Ojczyzny, a także swoich rodzin, wypraszają łaskę narodzin dziecka i dziękują za uzdrowienie duszy czy z choroby ciała. Niektórzy tu czują się czują się "u siebie"- rozumiani i akceptowani. Na Jasnej Górze spotyka się „wiele ludzkich historii”.

Idzie Chrystus…
Biskup zielonogórsko – gorzowski Tadeusz Lityński zwrócił uwagę na wielką odwagę i determinację tegorocznych pielgrzymów, którzy nie przestraszyli się ekstremalnych temperatur i podjęli trud wędrówki do Częstochowy - Oni niosą Chrystusa, to dla mnie jest uroczystość Bożego Ciała, chciałem ich uszanować, Jezusa w ich duszach i sercach – powiedział bp Lityński, który klękał przed każdą z grup.
Przewodnicy pielgrzymek podkreślają, że wzrasta świadomość pielgrzymów. Trud podejmują ci, którzy chcą rzeczywiście przeżyć rekolekcje w drodze. Choć pielgrzymki na Jasną Górę na ogół kojarzy się z grupami młodych rozśpiewanych i roztańczonych ludzi, to niezmiennie od lat utrzymuje się zainteresowanie tzw. grupami pokutnymi czy ciszy.
S. Laura elżbietanka, która przyszła w grupie pokutnej pielgrzymki wrocławskiej podkreśliła, ze grupa pokutna ma wiele intencji, ludzie też powierzają im wiele próśb. Cały dzień pielgrzymkowy staramy się wypełniać modlitwą, w tym roku szczególnie za Ojczyznę w stu lecie niepodległości, medytacją Słowa Bożego, modlimy się całą Liturgią Godzin – wyjaśniła zakonnica. Kolejnym specyficznym akcentem pielgrzymowania w „jedynce” są nawiedzenia Pana Jezusa obecnego w Najświętszym Sakramencie w każdym mijanym kościele. Jak dodaje s. Laura, „inni myślą, że to pokuta, a dla nas to radość”. Duchowi pokutnemu służy także dzień ciszy czy piątkowy post o chlebie i wodzie.
- Mega przeżycie – nocna adoracja Jezusa – wyznaje Robert z pielgrzymki Młodzieży i Rodzin Różnych Dróg. Dla niego motywem decydującym podjęcia wędrówki jest „po prostu gdzieś w głębi chęć szukania Pana Boga, od którego się oddalam, trafienie na siebie. Jan Paweł II mówił kiedyś, że człowiek nie może zrozumieć siebie w pełni bez Chrystusa, może coś w tym jest”. Mirek po raz pierwszy wyruszył z pielgrzymką hipisowską w 1981 r. i jak mówi z mocą, to uratowało mu życie, wrócił do Kościoła i sakramentów. Pytani o motywację pielgrzymi ze „szpakowiska” odpowiadają, ze po prostu tu czują się "u siebie"- rozumiani i akceptowani. Wierzą, ze ich opiekun zmarły w ubiegłym roku inicjator pielgrzymki hipisowskiej ks. Andrzej Szpak błogosławi im z nieba. Pamiętają, że uczył ich, ze rozmowa jest jak sakrament i że każdy ma szansę być świętym.
- Dzięki modlitwie, dzięki pracy nad sobą niemożliwe staje się możliwe, można wyjść z narkomanii, poprawić relacje w rodzinie, odszukać siebie nawzajem - powiedziała Dorota Szczęsna, która modliła się za syna i innych uzależnionych w grupie Karan, czyli Katolickiego Ruchu Antynarkotykowego w pielgrzymce krakowskiej.
Bp Jacek Jezierski zauważył, że pielgrzymowanie to szczególny czas, kiedy „moc w słabości się doskonali”, poprzez trud, fizyczne zmęczenie, dolegliwości, oparzenia, otarcia nóg, skręceniu kostek, pątnicy w swoich słabościach oni się doskonalą, stają się silniejszymi.
Słowa biskupa potwierdza Piotr Modliński z grupy elbląskiej: „Super wakacje, jak w Turcji, słońce świeci, gorąco, all inclusive, jedzenie, naprawdę warto i wszystkich gorąco zapraszam” śmiał się pątnik, a na poważnie wyjaśniał, że pielgrzymka to wspaniały czas, niesamowity reset od rzeczywistości, pędu. Siłę trzeba czerpać od Pana Boga i z siebie. Podkreślił, ze to nie ból fizyczny, jest największym problemem, ale ten psychiczny „kiedy człowiek zaczyna się zastanawiać nad tym co robi, co dzieje się w jego życiu”.
Wielu, szczególnie młodych, czas pielgrzymki wykorzystuje na przemyślenie życia i znalezienie odpowiedzi – co dalej. Rozeznają powołanie do małżeństwa, kapłaństwa czy życia zakonnego. Paweł dwa lata temu modlił się o rozpoznanie życiowej drogi. W tym roku oświadczył się Kindze przed Cudownym Obrazem Matki Bożej. Oboje przyszli w 40. Pieszej Pielgrzymce Diecezji Toruńskiej.
Ci, którzy chcą pielgrzymować do Matki i Królowej w Częstochowie nie znają przeszkód, nie są nimi ani podeszły wiek, ani niepełnosprawność.
W drogę na Jasną Górę wyruszyło „wiele ludzkich historii”. O wielości doświadczeń i sposobów przeżywania pielgrzymki mówił do „pielgrzymów od dominikanów” o. Rafał Szymko, neoprezbiter. Wskazał na drogę do Częstochowy jako czas dla jednych kryzysu, dla innych rozwiązywania problemów, czas światłości albo czas ciemności. Wszystkie te historie wchodzą w „kościół drogowy, którym byliśmy” – zauważył zakonnik i podkreślił, ze na pielgrzymce nie ma „lepszej lub gorszej historii”, bo wszystkie znalazły swoje zakończenie przed Maryją.
Znany ewangelizator i raper ks. Jakub Bartczak zwraca uwagę, że idzie się po to, aby przeżyć piękne rekolekcje w drodze. – Jestem dłużnikiem Pana Boga, bo na pielgrzymce wymodliłem sobie powołanie i dlatego trzymam się zawsze pieszej pielgrzymki - opowiadał. Dla ks. Bartczaka najważniejszą rolą na pielgrzymce jako kapłana jest rola spowiednika i duszpasterza – Przyznam się, ze tak co roku sobie podsumowuję, ile było tych spowiedzi, jakie, na ile udało mi się wypełnić właśnie tę rolę. Myślę, że pierwszorzędna rola, to właśnie ta sakramentalna – podsumował duchowny.
Daj Boże kapłanów i siostry zakonne…
- Jesteśmy wstrząśnięci brakiem powołań – powiedział ks. Romuald Brudnowski, przewodnik świdnicki. - Bardzo przejęci jesteśmy powołaniami. Nie możemy się jakoś otrząsnąć z wrażenia, że w tym roku pojawiły się dwa seminaria, do których na razie nie zgłosił się ani jeden kandydat, ale my ich omadlamy – powiedział kapłan. Podkreślił, że „może trzeba taki wstrząs przejść, by ludziom nie zabrakło kapłanów”.
Od początku istnienia pielgrzymki intencja o powołania kapłańskie jest szczególna dla pątników z archidiecezji szczecińsko – kamieńskiej.
Z różańcami w dłoniach wyplecionymi w drodze przybyli wierni z Warmii. Pątnicy wołali o nowe powołania kapłańskie i zakonne. - Siostry wstańcie z kanapy i wyruszcie, bardzo was potrzeba na pielgrzymce, która jest także dziełem powołaniowym – apelował ks. Jarosław Dobrzeniecki, kierownik. W tym roku na pielgrzymce nie było ani jednej siostry zakonnej.
Salezjanin ks. Andrzej Policht z grupy oświęcimskiej, który po raz 30-ty poszedł na pielgrzymkę, na brak powołań nie narzeka, w drogę wyruszyło 17 kandydatów do zgromadzenia. Salezjanin ubolewał, że zdarzają się grupy, w których jest tylko jeden kapłan i księża nie doceniają tych rekolekcji w drodze, a jako księża musimy docenić to duszpasterstwo podkreślał. „Tu mamy być, tu, gdzie są ludzie” – akcentował kapłan i apelował, by klerycy byli wysyłani do posługi w drodze do Częstochowy. Tak zresztą w wielu diecezjach i zgromadzeniach się dzieje, można było spotkać np. kleryków z świdnickiego czy krakowskiego seminarium.
Jest moc – mówił także o. Kamil z grupy franciszkańskiej, w której jedną piątą uczestników stanowiły osoby konsekrowane.
Ks. Karol Waga z Elbląga opowiada, że pielgrzymka to wiele spowiedzi, wiele rozmów, czasami wiele łez – Chce się być księdzem, gdy widzi się taki Kościół właśnie wyznał duchowny.
Pielgrzymki w smartfonowym świecie
Choć dzięki podążającym na Jasną Górę pielgrzymki mają swoje drugie życie m.in. na Instagramie, Facebooku, Snapchacie czy Twitterze, to wielu młodych, podejmując trud rekolekcji w drodze, pragnie "wylogować" się ze współczesnego świata.
- Krzyż to wyrzeczenie polegające na odcięciu się od świata, by zjednoczyć się z Bogiem - mówił Filip z Grupy Salvator-Redemptor. Na czas pielgrzymki nastolatek zdecydował się nie używać internetu. – I to jest fajne, że mogę się tak odciąć i przeżyć to tylko i wyłącznie z Bogiem i Maryją.
Wielu nie sięga po smartfona z powodu… braku czasu. Bartosz Kurkowski z grupy chojnickiej jest porządkowym od kilku lat i tak opowiada o swoich współbraciach: „To są po prostu wariaci – posumował Bartosz swoich współbraci z grupy. – Na każdym postoju nie siedzimy, nie odpoczywamy, tylko gramy w piłkę, tańczymy, śpiewamy i po prostu super się bawimy, a idziemy na pielgrzymkę, bo tu jest samo sedno – Jasna Góra, tu zostawiamy swoje modlitwy, swoje prośby”.
Pielgrzymi z fascynacją opowiadają o wspólnocie, która wytwarza się w drodze do Częstochowy. W dobie promowania indywidualizmu i życia w tzw. świecie „mediów społecznościowych”, dla wielu młodych ludzi to wręcz oczyszczające uczucie. - Postawa wdzięczności wyzwala w nas tyle dobra i tyle pokory, że uczymy się wzajemnego zrozumienia i szacunku. Wdzięczność sprawia również, że ludzie czują się sobie nawzajem bardziej potrzebni.
Pielgrzymka umożliwia spojrzenie z dystansu na rzeczywistość, jest czasem na słuchanie Boga, na modlitwę, która składa się nie tylko z mówienia do Boga, ale i słuchania Go. Jest wypełnianiem swojego powołania i pomocą innym w realizacji ich powołania.
Ks. Grzegorz Polak, główny koordynator kompanii sandomierskiej zauważył, że pierwsze doświadczenie tych, którzy po raz pierwszy pielgrzymują do Tronu Jasnogórskiego jest takie, że odkrywają, czym jest wspólnota, ta wspólnota, utworzona przez kilka dni wędrówki, a potem przenoszona w codzienne życie tworząc wspólnotę domową, rodzinną, parafialną i te szersze lokalne społeczności – stwierdził kapłan. Dodał, że „ci, którzy idą po raz kolejny, idą właśnie dlatego, że za każdym razem coś nowego w tej wspólnocie znajdują, coś, co ich ubogaca wewnętrznie, przemienia, odradza wtedy, kiedy skrzydła naszej wiary osłabły”.
Do Matki Bożej z Synkiem
Na pielgrzymce do Częstochowy pątnicy wypraszają wiele łask dla swoich rodzin. Niektórzy mówią o cudach jak Magdalena Leśniowska-Pabian z Nowego Targu, która na Jasną Górę pielgrzymowała z całą rodziną i było to dziękczynienie za zdrowie Emanuela. To trzecie dziecko państwa Pabian, które w 10. dobie życia miało wylew krwi do mózgu. Jak twierdzi mama chłopczyka, „jest cudownie uzdrowiony, nawet wydarzył się taki cud, że wczoraj zaczął chodzić, mając 13 miesięcy. Lekarze się wypowiadają, że jest to niesamowite, że jakiś święty orędował za naszym dzieckiem, i że ma najwspanialszego Anioła Stróża. Za to dziękujemy w tym roku Matce Bożej”.
Prawdziwym fenomenem można nazwać liczny udział rodzin z dziećmi w pielgrzymce góralskiej. Niektórzy mali pątnicy mogą się pochwalić stażem dłuższym niż ich wiek, bo wiele góralek wyrusza na pielgrzymkę w stanie błogosławionym.
Coraz częściej w pielgrzymkach powstają specjalne grupy rodzinne, a zainteresowanie nimi pielgrzymów coraz większe. Odpowiadając na potrzeby np. w pielgrzymce dominikańskiej powstała kolejna grupa rodzinna – Dzieci to prawdziwa iskierka grupy rodzinnej. Tyle dobra otrzymaliśmy od innych, pomagali nam przy dzieciach, a dzieci były dzielne. To jest idealne świadectwo; dużo ludzi na noclegach, jak widzieli nas z dziećmi, to po prostu płakali, byli wzruszeni, ze są takie młode rodziny, że chodzą z dziećmi” – opowiadała pątniczka Kasia, która przyszła z dwoma synami, młodszy Wiktor miał półtora roku.
W pielgrzymkach nie brakuje obcokrajowców, którzy chcą zasmakować polskiej wiary i miłości do Matki Najświętszej. Np. w kompani wrocławskiej szli m.in. kapłani z Meksyku i Nikaragui. O pokój w sercach rządzących i wszystkich obywateli Nikaragui prosił o. Rodolfo, który na co dzień studiuje w hiszpańskiej Pampelunie. Nikaraguańczyk i Meksykanin podkreślali, że łączy ich z Polakami wielka miłość do Matki Bożej.
S. Synthia pochodzi z Nigerii po raz pierwszy poszła w pielgrzymce krakowskiej – Dla mnie to jest cud. Jesteśmy bardzo wdzięczne i szczęśliwe, że Matka Boża jest dla nas największym skarbem dla Polaków i dla wszystkich ludzi na świecie. Jesteśmy tutaj, aby dziękować Matce Bożej za wszystko mówiła klawerianka.
Bp Jacek Kiciński z Wrocławia nazwał tegoroczne rekolekcje w drodze „pielgrzymką dobroci” i podkreślił, że „może te upały wywoływały zmęczenie, ale wydobywały dobroć z ludzkich serc”.

 

ks. Tomasz Horak dodane 11.08.2018 09:22 źródło: https://opole.gosc.pl

Czy w Polsce braknie księży? Nie braknie. Będzie nas mniej, to prawda, będzie za to więcej tych normalnych, przejrzystych, przyjaznych dla ludzi. Musi przyjść, i przyjdzie, radykalne samooczyszczenie się Kościoła i duszpasterzy.

Czy w Polsce braknie księży? Pytanie, które wraca ostatnimi czasy. Potrzebne są dwa uściślenia. Pierwsze: co to znaczy „braknie księży”? Drugie: co to znaczy „w Polsce”? Czy brakiem jest zmniejszenie obsady w parafiach, zakładając, że każda dalej będzie miała swojego duszpasterza? Czy brakiem nazwiemy sytuację, w której jeden ksiądz będzie „obsługiwał” dwie (lub więcej) parafii?
Drugie uściślenie to pytanie o region Polski. Tu można odnieść się do badań liczby tak zwanych „dominicantes” (uczestników niedzielnych Mszy). Na mapce, którą opublikował Instytut Statystyczny Kościoła, wyraźnie widać różnice regionalne. Upraszczając, można przyjąć, że inaczej jest na terenach z mieszkańcami od dziada pradziada, inaczej zaś z większością mieszkańców przesiedlonych tam po ostatniej wojnie. To „inaczej” odnosi się nie tylko do praktyk religijnych, ale dotyczy wszystkich przejawów życia społecznego. Trzy pokolenia okazują się zbyt mało na pełną czy przynajmniej wyraźną integrację.
Zatem nie ma jednej, wyczerpującej odpowiedzi na postawione na początku pytanie. Poprzestańmy więc na odpowiedziach cząstkowych i niepełnych. Pierwsza wskazuje na demografię. Wygląda ona bardzo różnie w różnych regionach Polski, ale wszędzie ma tendencję zniżkową. Jeśli coś zacznie się zmieniać, to na efekty w temacie powołań musimy czekać co najmniej jedno pokolenie.
Spotkałem kolegę księdza z innej diecezji, rozmowa zeszła na temat powołań. Widać, że temat aktualny wszędzie. Otóż zgłosił się do seminarium (i zarazem na wydział teologiczny uniwersytetu) maturzysta. Wakacje długie, chciał sobie trochę zarobić. Gdy w pracy dowiedzieli się o jego decyzji, nie dali mu spokoju - kpiny, komentarze typu: „Coś ty najlepszego zrobił”, dokuczanie... Chłopak wycofał papiery z seminarium.
Powie ktoś: „Jednostkowy przypadek”. Następnych dziesięciu się nie wycofało. Być może nawet dwudziestu. A przecież nie o tego maturzystę chodzi, lecz o nastawienie jego znajomych, młodych i starszych ludzi. Problem zawsze istniał, nawet „za moich czasów”. Wszelako był to raczej margines reakcji kolegów. Skąd wzięło się nasilenie tego problemu? Kiedyś maturzysta, wybierając drogę do kapłaństwa, wybierał sytuację nieomalże ekstremalną, życie w zawieszeniu, bez studiów uznawanych przez państwo, bez umocowania w systemie ubezpieczeń, bez jakichkolwiek praw w systemie państwowym, nawet służba wojskowa była wielką niewiadomą. A „zatrudnienia” to nam do dowodu osobistego nie wpisywano. To był skok do głębokiej i mętnej wody. A równocześnie każdy wiedział, że taki wybór musi mieć w umyśle, w duszy, w sercu młodego człowieka silny fundament wiary. To budziło szacunek. Jeśli budziło komentarze, to raczej współczujące, ale nie prześmiewcze.
Czy coś się od tamtych czasów zmieniło? Tak, i to dużo. Zawód „ksiądz” pod niejednym względem stał się jednym z wielu zawodów. Z pensją katechety (i widokiem na emeryturę, jako należne świadczenie), z pakietem społecznych ubezpieczeń, z życiem dostatnim, choć nie całkiem wygodnym. Specjalizacje zawodowe (nauczycielskie i duszpasterskie) są dobrze widziane. W celibat to już niewielu wierzy. Itd., itp. Krótko mówiąc – księża upodobnili się do kolegów po politechnice, tej czy innej akademii lub wydziale. Nawet jeśli który ma ciągoty zagraniczne, to pracę w Londynie czy w Monachium dostanie. Upraszczam znowu? Oczywiście. Ale to nie socjologiczna monografia, a tygodniowy felieton.
Ale jeśli jest mu tak dobrze, to dlaczego kpić z jego decyzji, wyśmiewać? Nawet wyżywać się na nim? Może dlatego, że decyzja pójścia do seminarium jest drażliwa dla części otoczenia - bo oto jest ktoś, kto swoją wiarę traktuje poważnie, nie tylko jako ozdobnik lub talizman od wszelkiego wypadku. A tacy gotowi są nawet sponiewierać księdza, który ośmieli się przy chrzcie dziecka lub Pierwszej Komunii jakiekolwiek wymagania stawiać. Nie wszędzie i nie zawsze tak jest, to prawda. Ale w tym kierunku układa się nasz społeczno-kościelny krajobraz. Młodzi widzą to ostrzej niż moje pokolenie. I trudno się im dziwić, że na takiej glebie ziarna powołania nie mogą wykiełkować.
Czy możemy to odmienić? Po części tak. Życie i praca księdza muszą być normalne, przejrzyste, dla ludzi przyjazne, wśród ludzi i dla nich spędzane. Normalne normalnością codziennych zajęć i zwyczajnością w kontaktach z innymi. Przejrzyste od celibatu po portfel. Przyjazne nie z wyrachowania, ale z braterstwa. Wśród ludzi i dla nich nie zawodowo i nie towarzysko, a ewangelicznie.
Modlitwa o powołania (za powołanych)? Nieodzowna. Ale nie ostentacyjnie narzucająca się całemu otoczeniu. Receptę dał Jezus: „Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie” (Mt 6,6). Oczywiście, do tej „izdebki” można i trzeba zaprosić innych. Ale to jednak ma być szczególne miejsce, nie rynek i nie rogi ulic. Posłuchajmy więc naszego Mistrza.
Zatem: czy w Polsce braknie księży? Nie braknie. Będzie nas mniej, to prawda, będzie za to więcej tych normalnych, przejrzystych, przyjaznych dla ludzi. Musi przyjść, i przyjdzie, radykalne samooczyszczenie się Kościoła i duszpasterzy. I na koniec: musi pojawić się wyraźna wspólnotowość w kapłańskich szeregach - zarówno gdy chodzi o codzienny byt, jak i o duszpasterskie wysiłki. Bo tylko tam, „gdzie dwaj albo trzej...”, jest z nimi Jezus.

 

Św. Maksymilian Maria Kolbe – Rycerz Niepokalanej

Al. Rafał Oleksiuk 2018-08-01 10:32 Edycja podlaska 31/2018, str. VII źródło: http://www.niedziela.pl/

Z pewnością większości kojarzy się przede wszystkim z obozowym pasiakiem i oddaniem życia za współwięźnia, jednak jego męczeńską śmierć poprzedziło wiele lat równie heroicznej walki, aby zdobyć cały świat dla Chrystusa przez Niepokalaną

Dwie korony
Święty urodził się 8 stycznia 1894 r. w Zduńskiej Woli. Na chrzcie otrzymał imię Rajmund. Rodzice byli przesiąknięci duchem katolickim i polskim. Należeli do Trzeciego Zakonu św. Franciszka. Od najwcześniejszych lat Rajmund wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do Matki Bożej. Gdy miał ok. 12 lat objawiła mu się Najświętsza Maryja Panna. Tak relacjonował to wydarzenie swojej mamie Mariannie: „Matka Boża pokazała mi się, trzymając dwie korony: jedną białą, a drugą czerwoną. Z miłością na mnie patrzała i spytała, czy chcę te korony? Biała znaczy, że wytrwam w czystości, a czerwona, że będę męczennikiem. Odpowiedziałem, że chcę. Wówczas Matka Boża mile na mnie spojrzała i zniknęła”.

Militia Immaculatae
W 1910 r. wstąpił do Zakonu Franciszkanów i otrzymał imię Maksymilian. Dwa lata później zostaje wysłany na dalsze studia do Rzymu, gdzie spędzi 7 lat. W 1917 r. Maksymilian jest świadkiem obchodów 200-lecia powstania pierwszej loży wolnomularskiej. Ulicami Rzymu przetoczyły się wielkie manifestacje antykatolickie, a masoni jawnie zapowiadali walkę z Kościołem, głosząc, iż „diabeł będzie rządził w Watykanie, a papież będzie mu służył za szwajcara”. Maksymilian wstrząśnięty tymi wydarzeniami dochodzi do wniosku, że tylko Najświętsza Maryja Panna, która miażdży głowę szatana, jest w stanie doprowadzić do nawrócenia masonów i heretyków. 16 października 1917 r., Maksymilian wraz z sześcioma klerykami franciszkańskimi zakłada stowarzyszenie pod nazwą Militia Immaculatae, czyli Rycerstwo Niepokalanej, którego istotą i celem jest osobiste oddanie się Niepokalanej, aby pod Jej wodzą i opieką pracować nad uświęceniem własnego życia i nawracaniem wszystkich grzeszników.
Po powrocie do Polski o. Maksymilian oddał się bez reszty pracy duszpasterskiej i wydawniczej. Ze względu na wzrastającą liczbę osób zapisanych w szeregi MI, w styczniu 1922 r. wydał pierwszy numer czasopisma „Rycerz Niepokalanej”. Rycerz stale zwiększał swój nakład. W ciągu pięciu lat z 5 tys. wzrósł on do 70 tys. egzemplarzy, a przed wojną nakład doszedł do 750 tys. egzemplarzy! W 1927 r. o. Kolbe założył pod Warszawą klasztor – wydawnictwo Niepokalanów, zostając jego pierwszym gwardianem. Wybudował go zaczynając od zera, na gruncie podarowanym przez księcia Jana Druckiego-Lubeckiego. W ciągu kilku lat Niepokalanów stał się największym katolickim klasztorem na świecie, który liczył ok. 700 mieszkańców. O. Kolbe nie chciał ograniczać się w dziele ewangelizacji tylko do terenu ojczyzny. W kwietniu 1930 r. dotarł do Japonii, gdzie przyjęty życzliwie przez biskupa Nagasaki, nie znając języka japońskiego, założył klasztor i zaczął wydawać japońską wersję „Rycerza”.

Czas wojny
1 września 1939 r. wybucha II wojna światowa. O. Maksymilian przyjął nowe warunki z heroicznym poddaniem się woli Bożej. Otworzył bramy klasztoru dla uciekinierów, rannych, chorych, głodnych, chrześcijan i Żydów. Niemcy zdawali sobie sprawę z ogromu siły duchowej płynącej z Niepokalanowa. 17 lutego 1941 r. o. Kolbe zostaje aresztowany przez gestapo i przewieziony do więzienia na Pawiaku, skąd 28 maja trafia do obozu koncentracyjnego Auschwitz. Tutaj krzepił upadłych na duchu, spowiadał, potajemnie odprawiał Mszę św., dzielił się z innymi tym, co miał. Pod koniec lipca 1941 r. z obozu uciekł jeden z więźniów. W odwecie za ucieczkę Niemcy wybrali dziesięciu więźniów na śmierć głodową. Jednym z wyselekcjonowanych był Franciszek Gajowniczek, który rozpaczał, że zostawi żonę i dzieci. Wtedy z szeregu wyszedł o. Maksymilian i zgłosił się dobrowolnie pójść na śmierć zamiast Gajowniczka. O. Kolbe w bunkrze głodowym spędził dwa tygodnie, pomagając reszcie skazanych dobrze przygotować się na śmierć. Sam zmarł jako ostatni, 14 sierpnia 1941 r. dobity zastrzykiem fenolu. Jego ciało zostało spalone w krematorium następnego dnia. Franciszek Gajowniczek przeżył wojnę i zmarł śmiercią naturalną wiele lat później. Zaraz po wojnie rozpoczęto starania o wyniesienie na ołtarze o. Maksymiliana. Został beatyfikowany przez papieża Pawła VI w 1971 r., natomiast kanonizacji dokonał Jan Paweł II 10 października 1982 r. W naszej diecezji możemy spotkać trzy świątynie pw. św. Maksymiliana Kolbe. Są to kaplice w Hucie Gruszczyno, Rytelach Wszołkach oraz Tołwinie. Poza tym odpust ku czci świętego jest obchodzony również w parafii Nieciecz oraz Chojewo.

 

Justyna Jarosińska dodane 16.08.2018 05:45 źródło: https://kosciol.wiara.pl/

Kiedyś było to maleńkie miasteczko. Dziś dawny Głusk stanowi część Lublina. W jego centrum stoi wyjątkowy kościół, którego nie minie nikt, kto zamierza podążać za muszlą Szlakiem św. Jakuba.
 
Kościół w Głusku jest wybudowany w stylu neogotyckim.
U mnie jest pierwszy odpoczynek na trasie z Lublina do Sandomierza – mówi proboszcz parafii św. Jakuba Apostoła ks. Zbigniew Pietrzela. – Ludzie trasę, wyznaczoną kilka lat temu, przemierzają nie tylko pieszo, ale także rowerem, a czasami nawet motorem. Niekiedy chcą tylko odpocząć i zdobyć pieczątkę w paszporcie, a od czasu do czasu pragną obejrzeć kościół i posłuchać o jego historii.

Wspomnienia sprzed wieków
Święty Jakub Apostoł w głuskim kościele patrzy na wiernych i turystów z wielkiego ołtarza w prezbiterium. W jednej dłoni trzyma laskę, a na drugiej ma zawieszoną muszlę. – Kiedyś to właśnie ten święty był jedną z najważniejszych postaci w Kościele katolickim. Przypuszczam, że przed wiekami właściciele tutejszych dóbr, którzy byli dosyć bogaci, musieli sami pielgrzymować do jego grobu w Santiago de Compostela i dlatego to właśnie jego obrali za patrona wybudowanej świątyni – stwierdza ks. Zbigniew.
Kościół św. Jakuba Apostoła jest nie tylko jedynym kościołem w archidiecezji lubelskiej noszącym wezwanie tego świętego, ale także jednym z najstarszych. – Pierwsza, drewniana świątynia powstała tu w 1398 r. Wzmianka, że nosi ona wezwanie św. Jakuba, pojawiła się co prawda w 1565 r., ale prawdopodobnie św. Jakub patronował parafii od początku – mówi proboszcz.
Kilka wieków później na miejscu drewnianego kościoła pojawił się murowany, który z czasem został też rozbudowany. Dziś świątynia wewnątrz prezentuje typowy styl modernistyczny. Na ścianach znajdują się polichromie z początków XX w. autorstwa Czesława Miklasińskiego, które aktualnie poddawane są renowacji, a na szczególną uwagę zasługują malowidła orłów przepasanych biało-czerwonymi flagami. – Podobno nawet niemieccy żołnierze, którzy tu stacjonowali, nie kazali ich zamalować – opowiada proboszcz.
Pamiątką po dawnym kościele jest znajdujący się w bocznej nawie wielki drewniany krzyż. – Ma on blisko 350 lat i wiszący na nim Pan Jezus wiele widział – mówi ks. Zbigniew. – Ja sam przez te wszystkie lata mojego probostwa obserwuję, jak ludzie przychodzą, klękają tu i gorliwie się modlą. Wiem, że otrzymują wiele łask. Czasami przychodzą, by zapisać podziękowanie w kronice parafialnej, i składają wota dziękczynne. Oprócz krzyża pamiętającego ważne lata naszej historii w kościele św. Jakuba znajduje się także ornat z XVII w. – Pochodzi z czasów króla Jana Sobieskiego i to jedna z naszych najcenniejszych pamiątek – zaznacza ks. Pietrzela.

Santiago na plebanii
Parafia św. Jakuba liczy 5 tys. wiernych, ale jak mówi ks. Zbigniew, połowa parafian jest jeszcze zupełnie niezwiązana z kościołem. – To ludność napływowa. Choć mieszkają na terenie parafii, często duchem są gdzieś zupełnie indziej. Rozumiem to, cieszę się jednak, że przybywają do nas choćby po to, by tu właśnie ochrzcić swoje dziecko – dodaje.
Tuż obok kościoła stoi wybudowana znacznie wcześniej niż murowana świątynia stara plebania. Przez lata mieszkał w niej proboszcz. – Kiedy wybudowano nową plebanię, stara zaczęła popadać w ruinę. W końcu przejęło ją Charytatywne Stowarzyszenie Niesienia Pomocy Chorym „Misericordia” – opowiada ks. Zbigniew.
Dziś sąsiadująca z kościołem stara plebania to piękny dworek, w którym mieści się wyjątkowa kawiarnia pod nazwą „Santiago Cafe”. – Pracują tu ludzie cierpiący na zaburzenia psychiczne – wyjaśnia Joanna Sumisławska ze stowarzyszenia „Misericordia”. – Zatrudniamy 35 osób niepełnosprawnych. Część z nich to kelnerzy, reszta pracuje w kuchni mieszczącego się nieopodal budynku, gdzie przyrządzają posiłki na różne uroczystości.
W starej plebanii znajdują się także trzy mieszkania dla niepełnosprawnych. – Teraz jesteśmy na etapie remontu budynku przekazanego nam przez gminę i mamy nadzieję, że będziemy mogli takich mieszkań przygotować więcej – stwierdza J. Sumisławska.

 

ks. Paweł Kłys źródło: http://www.katolik.pl/

Tajemnica zmartwychwstania i wniebowzięcia jest przewidziana dla wszystkich ludzi, dlatego nie sprzeciwia się rozumowi, aby Chrystus dla swojej Rodzicielki przyspieszył ten dzień... – mówi bp Marek Marczak, biskup pomocniczy archidiecezji łódzkiej, w rozmowie z ks. Pawłem Kłysem

Czym na tle innych obchodów maryjnych wyróżnia się Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny?

Jest o tyle ciekawa, że już w VI w. cesarz Maurycy polecił obchodzić na Wschodzie w całym swoim państwie w dniu 15 sierpnia osobne święto dla uczczenia tej tajemnicy. W Rzymie z całą pewnością było ono obchodzone już w wieku VII. Jak widać, Wniebowzięcie Matki Bożej jest jednym z najstarszych świąt Kościoła, a jednocześnie – co może zaskakiwać – to ostatnia ogłoszona w Kościele katolickim prawda wiary, czyli dogmat. Dokonał tego papież Pius XII 1 listopada 1950 r. w konstytucji apostolskiej Munificentissimus Deus: „...powagą Pana naszego Jezusa Chrystusa, świętych Apostołów Piotra i Pawła i Naszą, ogłaszamy, orzekamy i określamy jako dogmat objawiony przez Boga: że Niepokalana Matka Boga, Maryja zawsze Dziewica, po zakończeniu ziemskiego życia z duszą i ciałem została wzięta do chwały niebieskiej”.

Skąd wiemy, że Matka Pana została wzięta z ciałem i duszą do nieba?

Trzeba odwołać się do źródeł naszej chrześcijańskiej wiary, którymi są Tradycja i Pismo Święte. Tradycja, jak czytamy w Katechizmie, jest żywym przekazywaniem Ewangelii wypełnianym w Duchu Świętym. Choć odróżniana od Pisma Świętego, jest z nim jednak ściśle powiązana. Pismo Święte, a zwłaszcza Nowy Testament, jest najlepszym potwierdzeniem żywej Tradycji. Apostołowie nie otrzymali bowiem od Pana Jezusa na piśmie gotowej wersji Ewangelii, ale pod natchnieniem Ducha Świętego najpierw głosili, a później spisali Ewangelie (por. Katechizm Kościoła Katolickiego, nr. 77-78). To właśnie owa Tradycja jest głównym źródłem naszej wiary w prawdę o wniebowzięciu Maryi.

Gdzie możemy szukać źródeł dogmatu o wniebowzięciu Maryi? Od kiedy jest on obecny w tradycji Kościoła?

Przekonanie o tym, że Pan Jezus nie pozostawił ciała swojej Matki na ziemi, ale je uwielbił, uczynił podobnym do swojego ciała w chwili zmartwychwstania i zabrał do nieba, było powszechnie wyznawane w Kościele już od pierwszych wieków jego istnienia. Do wspomnianych wyżej świąt na Wschodzie i Zachodzie chrześcijaństwa trzeba dodać również inne. Na przykład w Kościele ormiańskim uroczystość Wniebowzięcia Maryi rozpoczyna nowy okres roku kościelnego. W liturgii tego Kościoła na ten dzień czytamy m.in.: „Dziś duchy niebieskie przeniosły do nieba mieszkanie Ducha Świętego. (...) Przeżywszy w swym ciele życie niepokalane, zostałaś dzisiaj owinięta przez Apostołów, a przez wolę Bożą uniesiona do królestwa swojego Syna”. W liturgii etiopskiej na tę uroczystość znajdziemy śpiew: „W tym dniu wzięte jest do nieba ciało Najświętszej Maryi Panny, Matki Bożej, naszej Pani”. Piętnastego sierpnia obchodzą pamiątkę tej tajemnicy również Kościoły: chaldejski, syryjski i maronicki. Kalendarz koptyjski pod dniem 21 sierpnia opiewa wniebowzięcie ciała Matki Bożej do nieba.

Świadectwo Ojców Kościoła na ten temat już od IV w., powszechność tego święta w różnych tradycjach kościelnych oraz jego nieprzerwana ciągłość przez kilkanaście wieków istnienia Kościoła są podstawowymi argumentami, że pomimo braku wzmianki o tej prawdzie w Piśmie Świętym głęboko wierzymy we wniebowzięcie Maryi.

W prawosławiu mówi się o zaśnięciu Najświętszej Maryi Panny, u nas o wniebowzięciu. Skąd ta różnica?

Rzeczywiście różne bywają nazwy tej uroczystości. Pośród wielu znajdziemy m.in.: Odpocznienie Maryi, Wzięcie Maryi do nieba, Przejście lub – jak chce tradycja prawosławna – Zaśnięcie. Wielość nazw odzwierciedla tak naprawdę różnice w podejściu i interpretacji tej prawdy.
Na przykład niektóre teksty pochodzące z końca IV i początku V w. mówią, że Maryja przebywa w chwale Bożej z duszą i ciałem. Ciekawostką jest, że w VI w. w Jerozolimie święto Matki Bożej, które zostało zatwierdzone na Soborze Efeskim w 431 r., zmieniło charakter, stając się świętem Zaśnięcia, Przejścia, Przeniesienia, Wniebowzięcia Maryi, a zatem celebrowaniem chwili, kiedy Maryja odeszła z tego świata, wyniesiona z duszą i ciałem do chwały nieba.

Teksty wielu Ojców Kościoła podkreślają, że skoro Matka Syna Bożego była niepokalanie poczęta, to konsekwencją tego jest, że nie podlegała prawu śmierci. Ta bowiem jest skutkiem grzechu pierworodnego. Ponadto nie wypadało, aby ciało, z którego Chrystus wziął swoją ludzką naturę, miało podlegać rozkładowi. Chrystus, którego ciało Bóg zachował od zepsucia, mógł zachować od skażenia także ciało swojej Matki. Wreszcie tajemnica zmartwychwstania i wniebowzięcia jest przewidziana dla wszystkich ludzi, dlatego nie sprzeciwia się rozumowi, aby Chrystus dla swojej Rodzicielki przyspieszył ten dzień.
Trzeba przyznać jednak, że w tekstach niektórych Ojców Kościoła, zwłaszcza tych wywodzących się ze Wschodu, nie znajdziemy przekonania o fizycznej śmierci Matki Najświętszej. Dlatego papież Pius XII, ogłaszając dogmat o wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny, nie mówi nic o śmierci, a jedynie o chwalebnym uwielbieniu ciała Maryi i jego wniebowzięciu. Kościół nie rozstrzyga zatem, czy Maryja umarła i potem została wzięta do nieba z ciałem i duszą, czy też przeszła do chwały nie umierając, lecz „zasypiając”.

Co prawda o wniebowzięciu Maryi wnosi w nasze życie?

Święty Jan Paweł II w homilii, którą wygłosił w 50. rocznicę ogłoszenia prawdy o wniebowzięciu Matki Bożej nawiązał do nauki Pana Jezusa o błogosławieństwach. Szczęśliwi – czyli błogosławieni – są ubodzy w duchu, którzy się smucą, czystego serca, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, miłosierni, którzy wprowadzają pokój. Takie szczęście odkryła Maryja Panna, która jeszcze przed Kazaniem na górze poznała błogosławieństwo, w którym zawierają się wszystkie pozostałe: „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana” (Łk 1,45). Maryja jako pierwsza, a po niej niezliczona liczba świętych, potraktowała poważnie te słowa Jezusa. Wszyscy oni uwierzyli, że osiągną „szczęście” – mówił papież Polak – jeżeli przełożą błogosławieństwa na konkretny język swojego życia. I przekonali się, że są one prawdziwe, dzięki codziennemu doświadczeniu: mimo bolesnych prób, mrocznych chwil i niepowodzeń zaznali już tu na ziemi głębokiej radości komunii z Chrystusem. W Nim odkryli obecny w dziejach zalążek przyszłej chwały Królestwa Bożego.

Piętnastego sierpnia w kościołach święci się zioła i inne plony ziemi. Jaki ma to związek z wniebowzięciem?

Uroczystość Wniebowzięcia jest nazywana również świętem Matki Bożej Zielnej. Wywodzi się to z podania głoszącego, że Apostołowie zamiast ciała Maryi znaleźli w Jej grobie kwiaty. Wierzymy, że pobłogosławione w tym dniu kwiaty, zioła i kłosy zbóż za pośrednictwem Maryi otrzymują moc leczniczą i chronią od chorób i zarazy. Rolnicy, a w Polsce także działkowcy i ludzie kochający uprawę ziemi, tego dnia dziękują również Bogu za plony ziemi i ziarno, które zebrali z pól.

U nas jest to również wspomnienie Cudu nad Wisłą. Jak to wpływa treść naszego świętowania?

Maryja jest nie tylko naszą przewodniczką na drogach wiary, ale także na drogach naszej narodowej historii. Przypominamy sobie o tym w sposób szczególny, gdy myślimy o wydarzeniach z roku 1920, kiedy to Polacy zatrzymali armię sowiecką w Bitwie Warszawskiej. Oddajemy hołd wszystkim bohaterom tego wydarzenia, zwanego przez potomnych Cudem nad Wisłą. W wielu wspomnieniach z tamtej bitwy pojawia się głębokie przekonanie, że Maryja jako Matka Boża Zwycięska czuwała nad polskimi wojskami, wspierając je w obronie ojczyzny i wiary chrześcijańskiej. Takiej opieki potrzebowali nasi przodkowie. Niewątpliwie współczesna Polska i Polacy również jej potrzebują. Dlatego szczególnie w Uroczystość Wniebowzięcia NMP modlimy się o tę opiekę dla nas i naszej ojczyzny.

Rozmawiał ks. Paweł Kłys
Idziemy nr 33 (567), 14 sierpnia 2016 r.

 

NABOŻEŃSTWA

ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU - CODZIENNIE 16:30 - 18:00

NOWENNA DO MATKI BOŻEJ OGNISTEJ - W KAŻDĄ ŚRODĘ 17:40

DO ŚW. JÓZEFA: KAŻDY CZWARTEK 17:40

DROGA KRZYŻOWA: PIĄTEK - 7:00 I 17:30 - DLA WSZYSTKICH, 16:30 - DLA DZIECI

GORZKIE ŻALE: NIEDZIELE WIELKIEGO POSTU 15:00, 17:00

NABOŻEŃSTWIE DO MIŁOSIERDZIA BOŻEGO I ŚW. JANA PAWŁA II: każdy poniedziałek o 17.40

PORZĄDEK MSZY ŚWIĘTYCH

MSZE ŚWIĘTE W NIEDZIELE
6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:15
(Msza św. w intemcji parafian), 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W NIEKTÓRE UROCZYSTOŚCI I ŚWIĘTA:
6:30, 9:30, 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W DNI POWSZEDNIE
6:30, 16:00 - W KAPLICY MATKI BOŻEJ, 18:00