Czytelnia

Ks. Tomasz Horak dodane 11.01.2020 09:00 źródło: https://opole.gosc.pl/

Być może liczba przyjmujących księdza rodzin zmaleje tak drastycznie, że duszpasterze bez pośpiechu odwiedzą wszystkich chętnych. Niepokojące dane docierają z niektórych, zwłaszcza miejskich, parafii.

Prezydent Trump sąsiaduje z kolejnymi śmiertelnymi przypadkami i z kolędą. Wszyscy - no, może prawie wszyscy - o kolędzie piszą. Niezła mieszanka z tego się zrobiła. Nie wiem, czy wchodzić w to. Spróbuję, temat z mojej branży. Tego roku już z dystansu, bo jako emerytowany proboszcz przyjąłem księdza, ale sam mam wolne! I to pierwszy punkt mojego wywodu - kolęda to zmęczenie. 51 sezonów za mną. Jak to mawia mój kolega ksiądz: prawie 5 lat wyjętych z życiorysu... Coś w tym jest. Ale właściwie po co jest kolęda?
Proboszcz mojego dzieciństwa po kolędzie nie chodził. Miałem wtedy jakieś 10 lat, wychodziłem z mamą z kościoła. W drzwiach spotkaliśmy owego proboszcza. Przywitał się z mamą (nauczycielką i na dodatek żoną kierownika miejscowej szkoły). Ja musiałem pocałować dobrodzieja w rękę (bez entuzjazmu). Kurtuazyjna rozmowa dorosłych, taka o niczym. Mama w pewnym momencie postawiła pytanie - bez wątpienia nieco drażliwe - czy ksiądz nie ma tarć z parafianami. Doskonale wiedziała, że takowe istnieć mogą. Pytanie zapamiętałem chyba tylko dlatego, że odpowiedź mnie ubawiła, a odebrałem ją jako prawdziwą. "Moja pani! Tarć nie ma. Ja tu sobie na plebanii (stosowny gest), oni sobie na wsi (gest), to i nie ma się co trzeć (znowu gest)". Tak, nie miało się co trzeć. To akuratnie dobrze, ale na pewno szkoda, że proboszcz żył na zupełnie innej planecie niż parafianie. I dlatego po kolędzie nie chodził. Skrajność? Pewnie tak.
Skrajności inne też bywają. Rozwlekanie kolędy - w efekcie ksiądz wraca z trasy przed północą, ministrant przysnął w fotelu, a dzieci w domach dawno już padły. Inna skrajność - superekspres. 10 mieszkań w godzinę. Oczywiście na stojąco, bo siąść to dodatkowe minuty.
Albo i superkartoteka. Pomijam kwestię RODO. Ale czy nie stresuje domowników notowanie, zwłaszcza dłuższe, czegoś tam w jakimś "kapowniku"? Bywa wtedy i tak: "Mamusiu! A co ksiądz tam pisze?". Mamusia zaczerwieniła się, nie wiedząc, co odpowiedzieć (milczenie też jest odpowiedzią), ksiądz speszył się, ale się nie zarumienił. Lata praktyki! Szkoda, że młodsi nie znają już reguły z czasów okupacji i twardej komuny: "Mniej wiesz - dłużej żyjesz". A swoją drogą, czy nie trzeba by ustalenia jakichś rozsądnych reguł kartotekowej sprawy dotyczących? Tak, by kolęda bardziej była serdeczną wizytą, a mniej najściem kościelnego ankietera (nie daj Bóg - śledczego). Serdeczność zależy od księdza, ale obligatoryjne reguły istnieć powinny.
Jak to robią inni? Mam za sobą 20 wakacyjnych sezonów w Niemczech, w Bawarii, zawsze w tej samej parafii. Tam kolędy nie znają. Ale duszpasterz odwiedza rodziny przed chrztem, w dniu pogrzebu, w dniu urodzin - od 70 wzwyż (a takich tam sporo), w dniu znaczniejszych jubileuszów małżeńskich. No i nieraz po prostu "na kawę". Nie wiem, jak to teraz wygląda, bo duszpasterski obszar działania powiększył się tam gdzieś trzykrotnie - z powodu malejącej liczby księży. To zresztą idzie także ku nam szybszymi krokami, niż nam się zdaje. Nie wyobrażam sobie kolędy w czterech wioskach albo i więcej, a nie w dwóch, jak miałem. Nie słyszałem, aby o tym się mówiło, tym mniej - aby się jakieś strategie przygotowywało. Strategie duszpasterskiego kontaktu na linii proboszcz (wikary) - parafianie. Obawiam się, że - jak zwykle - życie nas zaskoczy.
Inna jeszcze strategia może okazać się potrzebna. Być może liczba przyjmujących księdza rodzin zmaleje tak drastycznie, że duszpasterze bez pośpiechu odwiedzą wszystkich chętnych. Niepokojące dane docierają z niektórych, zwłaszcza miejskich, parafii. Póki co, są na tyle fragmentaryczne, że trudno je brać pod uwagę. Jeśli jednak ku temu sprawa będzie zmierzała, to jawi się pytanie, jak podtrzymać czy wręcz odzyskać szansę jakiegokolwiek kontaktu z ochrzczonymi przecież mieszkańcami parafialnego obszaru.
A o pieniądzach nie będzie? Nie. Bo to jest tak. Gdy ksiądz żyje na takim średnim materialnym poziomie, jak równocześnie bez specjalnego "wołania" ma na konserwacje, remonty, wycieczki dla ministrantów i scholi oraz na parę innych spraw, to pieniądze same przyjdą. To nie z książki, to z mojego proboszczowskiego doświadczenia. I nikt na kolędzie nie będzie przywiązywał koperty białą nicią, by przewielebnego wystawić, podrywając przynętę. To też z życia... Amen.

 

Ks. Marcin Gołębiewski Niedziela 47/2019 dodane 13.01.2020 04:09 źródło: https://prasa.wiara.pl/

Jakość wspólnoty Kościoła zależy od właściwej proporcji między jej dwoma fundamentalnymi składnikami: duchownymi oraz świeckimi. Zbyt dominująca obecność biskupów, kapłanów, diakonów, osób życia konsekrowanego grozi klerykalizmem. Przesadna zaś aktywność laikatu skutkuje zeświecczeniem

Wciąż aktualne jest pytanie o faktyczny udział świeckich w kształtowaniu wspólnoty Kościoła. Świeccy czytający podczas Liturgii Słowa, nadzwyczajni szafarze Eucharystii, katechiści, liderzy grup, prezesi stowarzyszeń katolickich, katecheci w szkole, członkowie rad duszpasterskich i parafialnych – to tylko niektóre przykłady zaangażowania świeckich w życie Kościoła, do których już w polskiej przestrzeni duszpasterskiej zdążyliśmy się przyzwyczaić. To jednak za mało, aby zachować odpowiednią proporcję.

Rozumienie Kościoła
Gdy patrzymy na Kościół w Polsce, trudno się oprzeć wrażeniu, że jest zbyt sklerykalizowany. Wystarczy zwrócić uwagę choćby na samo rozumienie słowa „Kościół”: w przestrzeni publicznej, mediach, ale i w naszych codziennych rozmowach utożsamiany jest on w głównej mierze z duchowieństwem – Kościół się wypowiedział, zrobił, zabronił, zaangażował, przeżywa kryzys. W tych i podobnych stwierdzeniach przed naszymi oczyma staje przede wszystkim Kościół w wymiarze hierarchicznym: biskupi, kapłani, zakonnicy. Być może takie rozumienie powoduje postawy antyklerykalne, nader często obecne wśród świeckich deklarujących swoją przynależność do Kościoła. Łatwiej krytykować wspólnotę, z którą tak do końca się nie utożsamiam. Zresztą o urzędowym podejściu do Kościoła świadczą wizyty w kancelarii parafialnej. Świecki petent przychodzi do urzędnika – odpowiednio przygotowanego duchownego, który reprezentuje urząd zwany Kościołem. Przyszedł załatwić sprawę, poprosić o dokument, zamówić usługę. Żąda, płaci, otrzymuje. Te z pewnością przejaskrawione stwierdzenia oddają w pewnym stopniu smutną rzeczywistość postrzegania i rozumienia Kościoła. Należy stwierdzić, że odpowiedzialność za taki stan rzeczy leży po stronie zarówno świeckich, jak i duchownych. Skutkuje to dystansowaniem się świeckich od spraw Kościoła. Faktem jest, że jeszcze do niedawna ksiądz był od wszystkiego. Proboszcz dbał nie tylko o wymiar duchowy parafii, ale również o sprawy socjalne – pomagał załatwiać leki, rozdzielał dary żywnościowe, a nawet organizował materiały budowlane. Ówczesna aktywność duchownych, przy jednoczesnym zakazie działania grup i stowarzyszeń religijnych zrzeszających świeckich, cały ciężar odpowiedzialności przeniosła na tych pierwszych. Dziś, ze strony świeckich, taka postawa wydaje się dość wygodna: niech się tym proboszcz martwi. Ze strony duchownych można odnieść wrażenie, że niejednokrotnie towarzyszy im pewna uzasadniona obawa – by nie powiedzieć: lęk – przed zbytnim zaangażowaniem świeckich w życie parafii i Kościoła. Jej przyczyną są doświadczenia Kościoła na zachodzie Europy. Tam przesadny udział świeckich doprowadził do wielu nadużyć, chociażby w wymiarze celebrowania liturgii. Zbytnie zeświecczenie pozbawiło wspólnoty doświadczenia sacrum. Właściwie rozumiany udział świeckich w życiu Kościoła przy zachowaniu odpowiednich proporcji jest konieczny do prawidłowego funkcjonowania całej wspólnoty.

Widoczny czas przemian
Obecność świeckich w Kościele w dzisiejszym kształcie jest zjawiskiem stosunkowo nowym. Jeszcze pokolenie przedsoborowe pamięta, że udział świeckich był mocno ograniczony w porównaniu z tym, czego doświadczamy dzisiaj. Należy jednak przyznać, że w świadomości Kościoła od samego początku nieduchowni zajmowali szczególne miejsce. Papież Pius XII prawie na 20 lat przed Soborem Watykańskim II nauczał: „Wierni (...) świeccy zajmują miejsce w pierwszych szeregach Kościoła. Dla nich Kościół stanowi życiową zasadę społeczności ludzkiej. Dlatego to oni, i przede wszystkim oni, powinni uświadamiać sobie coraz wyraźniej nie tylko to, że należą do Kościoła, ale że sami są Kościołem, to znaczy wspólnotą wiernych żyjących na ziemi pod jednym przewodnictwem papieża oraz biskupów pozostających z nim w łączności. Oni są Kościołem”. Widocznym przełomem były, oczywiście, Sobór Watykański II i całe późniejsze nauczanie Kościoła, w którym wyraźnie podkreślono udział i zaangażowanie świeckich. Wystarczy wspomnieć Konstytucję dogmatyczną o Kościele „Lumen gentium”, Dekret o apostolstwie świeckich „Apostolicam actuositatem”, adhortację apostolską Jana Pawła II o powołaniu i misji świeckich w Kościele i świecie „Christifideles laici” czy Katechizm Kościoła Katolickiego. Ponadto sam Kodeks prawa kanonicznego w wielu miejscach daje odpowiednią przestrzeń wiernym świeckim, wyznaczając im obowiązki, nadając prawa i przywileje.

Udział w misji Chrystusa
Przy żadnej parafii z pewnością nie brakuje społeczników, którzy chętnie pomogą lokalnym duszpasterzom w parafii przy organizacji spotkań, pielgrzymek, prowadzeniu grup, załatwieniu spraw gospodarczych. To ważne elementy, które jednak nie mogą być pozbawione głębi i duchowego znaczenia. Potrzeba świadomego uczestnictwa świeckich w misji Kościoła. Do wspólnoty zostaliśmy włączeni przez sakrament chrztu św. Dzięki niemu tworzymy Kościół i jesteśmy za niego odpowiedzialni. W obrzędzie chrztu obok polania wodą ważną częścią jest namaszczenie krzyżmem. Towarzyszą temu następujące słowa: „Bóg wszechmogący, Ojciec naszego Pana, Jezusa Chrystusa, który cię uwolnił od grzechu i odrodził z wody i z Ducha Świętego, On sam namaszcza ciebie krzyżmem zbawienia, abyś włączony do ludu Bożego wytrwał w jedności z Chrystusem Kapłanem, Prorokiem i Królem na życie wieczne”. Słowa te wyrażają istotę uczestnictwa świeckich w życiu Kościoła. Jeśli pytamy, jak i w jakiej mierze świeccy mają być obecni w życiu Kościoła, to odpowiedź kryje się w świadomym udziale świeckich w misji kapłańskiej, prorockiej i królewskiej Chrystusa. Tak to jest rozumiane we wspomnianych dokumentach soborowych oraz w całym późniejszym nauczaniu Kościoła. Nie można o tym zapomnieć również w duszpasterskim podejściu do świeckich. Ich uczestnictwo w misji kapłańskiej Chrystusa wyraża się chociażby przez wydawanie coraz obfitszych owoców ducha, składanie duchowych ofiar, pełnienie posługi lektora czy akolity, przewodniczenie modlitwom liturgicznym. Dawanie świadectwa wierze, zaangażowanie w dzieło ewangelizacji, apostolstwo, dzieło katechizacji – to przejawy udziału w misji prorockiej. Kiedy zaś świeccy angażują się w budowanie królestwa Bożego, opartego na sprawiedliwości, miłości i pokoju, podejmują walkę z królestwem grzechu i zła, współdziałają w wykonywaniu władzy zgodnie z przepisami prawa, mają swój udział w misji królewskiej. Takie osadzenie całego zagadnienia gwarantuje kroczenie bezpieczną drogą. W poszukiwaniu właściwych rozwiązań oraz zachowaniu proporcji między zaangażowaniem duchownych i świeckich ukazanie obecności świeckich w perspektywie potrójnej misji Chrystusa jest sprawą zasadniczą. Wydaje się, że takiego podejścia brakuje zarówno świeckim, jak i duchownym. Ci pierwsi nie zawsze do końca są świadomi daru otrzymanego na chrzcie. Być może przyczyną tego jest fakt, że nikt im tego nie wyjaśnia. Duchowni zaś obawiają się niejako „podzielić” swoim udziałem w misji Chrystusa. Jednakże uczestnictwo świeckich w niczym nie uszczupla powierzonej im misji w Kościele. Wręcz przeciwnie – przy zachowaniu odpowiednich proporcji i właściwym rozumieniu uczestnictwa w misji Chrystusa odpowiednie zaangażowanie świeckich i duchownych jest dobrym przepisem na wspólnotę Kościoła.

 

Andrzej Macura dodane 12.01.2020 16:20 źródło: https://info.wiara.pl/

Lubiłem książkę „Imię róży”. Tak, wiem, to „katolicko niepoprawne”, ale...

Jedną z ciekawszych obserwacji głównego bohatera powieści Umberto Eco, Wilhelma z Baskerville, są jego tłumaczenia na temat związków patarenów, bogomiłów, katarów i różnych nieortodoksyjnych nurtów powołujących się na św. Franciszka. Kogo ciekawi historia wie, że to różne czasy i różne kręgi kulturowe. Ci, którzy pojawili się później, mniej czy bardziej świadomie czerpali z pomysłów tych, którzy swoje nauki głosili wcześniej. Czerpali, ale nie można powiedzieć, że mieli poglądy takie same. Tymczasem – twierdzi bohater powieści – inkwizytorzy o mniej przenikliwym umyśle skłonni byli widzieć tu prostą kontynuację. I wbrew prawdzie błędy tych wcześniejszych automatycznie przypisywali tym późniejszym.
Zostawiając na boku kwestię ocen dotyczących historii trudno nie uznać, że to niezwykle trafna obserwacja dotycząca ludzkiej natury. Dziś też różni samozwańczy inkwizytorzy, czy to w świecie wiary czy polityki, z lubością osaczają swoich przeciwników oskarżeniami o poglądy, które wcześniej sami im przypisali. Na zasadzie „wiem co myślisz, znam takich jak ty”. No bo faktycznie, łatwiej niż poznać poglądy konkretnego człowieka czy grupy ludzi jest uogólnić i pogląd jednego przypisać automatycznie wielu innym. Ale daleki byłbym od łatwych potępień takiego działania. Po prostu czasem poglądy, idee, to sprawa na tyle skomplikowana, że bez uogólnień na ich temat trudno zobaczyć pewne zjawiska. I podjąć sensowną dyskusję.
Trochę jak ten książkowy Wilhelm z Baskerville czuje się, gdy myślę o tym, co dzieje się w dzisiejszym świecie w sferze idei i poglądów. Na tapecie jest dziś ekologizm. Dobry tekst w najnowszym Gościu Niedzielnym napisał o nim Franciszek Kucharczak. Filip Memches w na stronie tygodnika tvp.info uznał wręcz, że to nowa religia. Trudno mi się z ich poglądami nie zgodzić. Są w dzisiejszym myśleniu o miejscu człowieka w świecie nurty myślowe u swoich fundamentów sprzeczne z chrześcijaństwem.
W Biblii człowiek, choć słaby i kruchy, często bezradny wobec sił przyrody, jest jednak koroną stworzenia; jest tym, który ma „uprawiać i doglądać”. Jest więc ponad, co oczywiście nie znaczy, że ma bezmyślnie niszczyć; jest swoistym zarządcą stworzenia. Tymczasem część, i to ta ostatnio najbardziej głośna, głoszących potrzebę ochrony przyrody, traktuje człowieka jak ciało obce w tym świecie; jako kogoś, kogo dla ochrony przyrody należałoby z tego świata usunąć. Jest w tym wyraźna sprzeczność: dlaczego człowiek ma chronić przyrodę kosztem samego siebie; kosztem zmarginalizowania swojego znaczenia praktycznie do zera?
Jest tylko jedna sensowna odpowiedź na to pytanie: bo świat przyrody jest ważniejszy od niego.
Proszę zwrócić uwagę: w całej tradycji judeochrześcijańskiej tylko Bóg jest od człowieka ważniejszy. W myśleniu ideologów ochrony przyrody (bo ekologia to coś zupełnie innego, to nauka o ekosystemach, nie o ochronie przyrody) o Bogu się milczy, ale ponad człowieka stawia przyrodę. To faktycznie powrót do pogańskich kultów. Tylko że (na razie) bez kultu konkretnych zwierząt czy ciał niebieskich.
Nieciekawa to wizja rzeczywistości. Kierująca człowieka na drogę autodestrukcji. Tyle że nie jedyna tego typu wśród wielu współczesnych ideologii. Właściwie od oświecenia była takich cała masa. Były i są różne odmiany materializmu, nawiązujący do pogańskiej mitologii narodowy socjalizm, mocny dwie dekady temu postmodernizm, w którym jedyną prawdą była ta, że prawdy nie ma i sporo innych. A dziś?
Proszę zauważyć ten paradoks: z jednej strony mamy ideologię LGBT, z drugiej „ekologizm”. Pierwsza tak bardzo podkreśla wielkość człowieka, że neguje biologiczne podstawy płci. Druga uważa człowieka za obce ciało na zdrowej tkance natury, które najlepiej, gdyby przestało istnieć (stąd też promocja „wolności człowieka” – aborcji i antykoncepcji). Najdziwniejsze, że wyznawcy jednej i drugiej to nieraz te same osoby. I żadnej sprzeczności w tym nie widzą. Można taką logikę zrozumieć?
Można. To w sumie cecha charakterystyczna systemów politeistycznych. Bóstw może być wiele, nie wchodzą sobie wzajemnie w drogę nawet jeśli ich „kompetencje” na siebie zachodzą. A czci się tego, którego sobie człowiek akurat przypomni, jak akurat wygodniej, żadnym właściwie się nie przejmując. I choć te bóstwa nie odgrywają w życiu ludzi większego znaczenia, zawsze jest pretekst, by tych, którzy myślą inaczej, rzucić na pożarcie lwom.
Ale jest i głębsze wytłumaczenie owego paradoksu. Trzeba tylko zobaczyć, że LGBT może być częścią strategii „oczyszczania świata” z człowieka. Odpowiedź komu i dlaczego tak bardzo zależy na zniszczeniu ludzkości zostawiam już Czytelnikom...
W tym miejscu można by skończyć, ale czyż nie warto – wzorem książkowego Wilhelma z Baskerville – skreślić jeszcze parę słów dopełniających ten obraz? Myślę, że koniecznie trzeba w tym miejscu przypomnieć o prześladowaniach, jakie w dzisiejszym świecie spotykają chrześcijan. Nie, nie tylko ze strony komunistycznych reżimów czy religijnych fundamentalistów. Coraz częściej za szykanami wobec chrześcijan stoi.... No właściwie co? Bezmyślność? Niechęć ośmielona ideologiami jawnie kwestionującymi chrześcijańskie wartości? Trudno to jednoznacznie określić. W każdym razie – jak poinformowało Papieskie Dzieło Pomoc Kościołowi w Potrzebie – w zeszłym roku w Europie odnotowano prawie 3 tysiące ataków na obiekty chrześcijańskie. Chrześcijanie mają też coraz trudniej jeśli chodzi o jawne przyznawanie się do swoich poglądów. Ostatni przypadek – z Polski, gdzie grupa studentów związanych z LGBT spowodowała odejście z uczelni znanej socjolog. Bo – jako naukowiec! – mówiła rzeczy, które się im nie podobały. No tak, nowa religia zaczyna pokazywać, że nie zniesie żadnych „heretyków”. Wszak jeśli fakty przeczą poglądom, to wiadomo co dla ideologów ważniejsze (o pseudonaukowości LGBT wiele mówi film Gender Equality Paradox).
Skomplikowane to wszystko i niejednoznaczne. Ciekawe jak to wszystko widzieć będą badacze przeszłości za jakieś 100 lat. Już nie zobaczymy :)

 

ks. Krzysztof Porosło źródło: https://www.katolik.pl/

Uroczystość Objawienia Pańskiego to coś znacznie więcej niż tylko przybycie mędrców ze Wschodu. Tego dnia liturgia celebruje trzy wydarzenia, które dla nas staną się drogami prowadzącymi do Boga.

Bez wątpienia w okresie świąt Bożego Narodzenia największym zainteresowaniem dzieci w kościele cieszy się szopka. Jedna tradycyjna, drewniana, z sianem, wołem, osłem i pastuszkami. Inna, pewnie bardziej odzwierciedlająca realia betlejemskie, w formie kamiennej groty. Jeszcze inne, nowoczesne, próbujące przenieść realia palestyńskich wydarzeń w kulturę XXI w. Bez względu na to, jaka będzie ta szopka, aż do 6 stycznia będzie w niej brakowało trzech króli, którzy tego dnia przybywają do wszystkich szopek, tak jak przybyli ze Wschodu do Betlejem oddać pokłon nowo narodzonemu Dziecięciu.

Trzej Królowie czy Epifania?
Uroczystość celebrowana 6 stycznia powszechnie znana jest pod nazwą święta Trzech Króli. Gdy pytam o uroczystość Objawienia Pańskiego albo Epifanii, zazwyczaj spotykam się z głębokim niezrozumieniem wypisanym na twarzach moich rozmówców. Kiedy zatem próbuję mojego rozmówcę naprowadzić na właściwy trop i wskazuję, że trzej królowie nie byli trzej (a dokładnie nie wiemy, ilu ich było) i że nie byli królami (tylko magami/mędrcami), że w tej uroczystości chodzi o to, w jaki sposób i co objawia o sobie Bóg w Jezusie, a nie o to, co uczynili królowie, oraz że treścią tej uroczystości są trzy biblijne wydarzenia, a nie jedno, spotykam się z coraz większym zaskoczeniem i niedowierzaniem w sensowność mojej wypowiedzi. Mimo takiej reakcji i dzisiaj postanawiam kontynuować ten tok argumentacji.
Od samego początku nazwą święta Narodzenia Jezusa celebrowanego w Betlejem była „epifania”. To słowo pochodzenia greckiego (epifaneia) oznacza: „objawienie, ukazanie się”. Analizując ewangeliczne opisy narodzin Chrystusa, autorzy starożytni wychwytywali wiele elementów epifanicznych, jak światłość, która wtedy się pojawiła, anioł, który obwieścił pasterzom radość narodzin Mesjasza, gwiazda, która mędrcom wskazywała drogę do Betlejem. Jednakże najważniejsze było objawienie prawdy o tym, kim jest Jezus Chrystus – że jest Bogiem. Stąd też w liturgii oficjalna nazwa uroczystości to Objawienie Pańskie, które jest po prostu tłumaczeniem wyrażenia epifaneia.

Trzy cuda
Dlaczego zatem taką popularność zyskała nazwa święta Trzech Króli? Zaznaczmy tylko, że ta uroczystość, najprawdopodobniej po raz pierwszy celebrowana w pierwszej połowie IV w. w Palestynie, bardzo szybko rozpowszechniała się praktycznie w całym wschodnim Kościele jako święto narodzin Jezusa lub święto narodzin i chrztu Pana. Równie szybko Epifania przechodzi do świata zachodniego, gdzie spotyka się z celebracją Bożego Narodzenia 25 grudnia. W ten sposób na Zachodzie, w Galii, północnej Italii i Hiszpanii, zaczęto celebrować 6 stycznia święto wydarzeń, w których Chrystus objawił swoją boskość wobec pogan (przybycie magów ze Wschodu), objawił prawdę o tym, że Bóg jest Trójcą (chrzest w Jordanie) i objawił swoją boską moc czynienia cudów (pierwszy cud w Kanie Galilejskiej). Tradycja przyjęła zatem na oznaczenie tego święto wyrażenie tria miracula – trzy cuda. Jednakże w liturgii rzymskiej, chociaż ta tradycja trzech cudów również jest obecna, od samego początku akcent był stawiany przede wszystkim na objawienie dokonane wobec magów. Również formularz Mszy Objawienia Pańskiego i Ewangelia tego dnia w dzisiaj celebrowanej liturgii Epifanii mówią przede wszystkim o tajemnicy mędrców, którzy przybyli za przewodem gwiazdy do nowo narodzonego Jezusa, ofiarując Mu przyniesione dary. Ale kiedy popatrzymy do Liturgii godzin, wtedy odnajdziemy jeden z hymnów i antyfony przed Pieśniami Zachariasza i Maryi, które zapraszają nas do znacznie szerszego spojrzenia na Epifanię: „W tym dniu tak świętym trzy cuda wysławiamy: dziś gwiazda przywiodła mędrców do żłóbka; dziś podczas godów woda stała się winem; dziś Chrystus dla naszego zbawienia przyjął od Jana chrzest w Jordanie. Alleluja” (Nieszpory, Antyfona Pieśni Maryi).
Te trzy wydarzenia objawiają prawdę o tym, kim jest Jezus, ale również wskazują nam drogę do spotkania z Nim.

Droga poszukiwania prawdy
Pierwszą drogą do Boga jest droga mędrców, czyli droga poszukiwania prawdy.
Ewangelista Mateusz, jedyny, który opowiada o mędrcach przybywających do Betlejem, używa słowa magoi, które można przetłumaczyć jako „magowie, mędrcy”. Słowo to miało w tamtych czasach kilka znaczeń, ale najważniejsze to członek perskiej kasty kapłańskiej, równocześnie mędrzec, astronom, czarownik, tłumacz snów. Dlaczego zatem prawie wszyscy myślą o nich jako o królach?
Prawdopodobnie w VI w. pod wpływem interpretacji Psalmu 72 doszło do identyfikacji mędrców z władcami. W Psalmie tym czytamy, że „Królowie Tarszisz i wysp przyniosą dary, królowie Szeby i Saby złożą daninę. I oddadzą mu pokłon wszyscy królowie, wszystkie narody będą mu służyły”. Z czasem zaczęto dodawać kolejne szczegóły ich biografii. Na przykład wśród Syryjczyków istniało przekonanie, że musiało to być 12 mężczyzn ze względu na 12 pokoleń Izraela, zaś u Koptów w Egipcie do dziś panuje przekonanie, że przybył wtedy do Judei cały orszak w liczbie 60 osób. Od Orygenesa pochodzi natomiast najbardziej rozpowszechniona tradycja, mówiąca o trzech mędrcach ze względu na trzy dary, które przynieśli: złoto, kadziło i mirrę. Również sprawa ich imion to kwestia VI w. i symboliki, która została im nadana. Spolszczona wersja Kacper, Melchior i Balthazar pochodzi od słowa „król/władca” podanego w trzech językach: Kacper pochodzi od łacińskiego caesar, Melchior wywodzi się z hebrajskiego melech, zaś Baltazar od greckiego basileus.
Biblia natomiast mówi o pochodzących ze Wschodu (najprawdopodobniej z Persji) magach, którzy jako mędrcy i astronomowie swoich czasów obserwowali niebo i ujrzeli na nim jakiś bardzo jasny punkt, który ich zaintrygował. Komunikat był jasny. Trzeba było natychmiast wyruszyć, aby Go rozpoznać i oddać Mu pokłon.
Mędrcy w tej pierwszej niezwykłej lekcji płynącej z Epifanii uczą nas, że Boga można odkryć i poznać, poszukując prawdy na drodze refleksji intelektualnej. Oni nigdy by nie odczytali tej symboliki, gdyby nie zdobywali wiedzy, gdyby nie byli jej chłonni, gdyby nie stawiali pytań, na które poszukiwali odpowiedzi. Nie przyszliby do Betlejem, gdyby nie mieli w sobie głębokiego pragnienia poszukiwania prawdy.
Kiedy jednak stawiamy pytania o prawdę, musimy być gotowi za tą prawdą pójść, trzeba tej prawdzie swoje życie podporządkować. A to może oznaczać zmiany, konieczność opuszczenia wygodnej kanapy, na której już dawno się rozsiedliśmy w naszym życiu. To może oznaczać wzięcie odpowiedzialności za swoje decyzje. Tak jak mędrcy, którzy odkrywszy prawdę w święcącej gwieździe, musieli opuścić swoje domy i wyruszyć w zachodnim kierunku, ku Betlejem. Uroczystość Epifanii w osobach magów uczy nas szukać prawdy i za nią podążać, podporządkowując jej swoje życie.

Droga wiary w cuda
Drugą drogę objawia cud dokonany przez Jezusa na weselu w Kanie Galilejskiej. Po tym wydarzeniu uczniowie uwierzyli w Jezusa, ponieważ zobaczyli cud. Wiara w cuda jest nierozerwalnie związana z naszą religią: być chrześcijaninem to wierzyć w cuda.
Nam jest trudno w nie uwierzyć, bo my ciągle mamy takie przekonanie, że cuda to się może i dzieją, ale nie w naszym życiu. A i nawet w to czasem trudno nam uwierzyć. Patrzymy na nie zawsze z dużą ostrożnością i sceptycyzmem. I oczywiście nie należy rezygnować ze zdrowego rozsądku, tym bardziej negować wartości intelektu. Ale uwierzyć w cuda to tak naprawdę uwierzyć w Boga, który jest większy od stworzonego świata, który nie tylko nadaje wszystkiemu sens, ale jest samym Sensem. Uwierzyć w cuda to uwierzyć w Boga, który nie tylko ten świat stworzył, ale który w ten świat ingeruje, kieruje nim i w nim działa. To wierzyć w Boga, który jest zainteresowany twoim życiem, którego pasją jest życie razem z tobą, który widzi twój ból, twoje cierpienie i nie przechodzi obojętnie obok niego, ale chce temu zaradzić. Wierzyć w cuda to także wierzyć w prawdę Ewangelii i w prawdę opisanych na jej kartach wydarzeń. Ale to nie tylko wydarzenia z przeszłości, one mogą stać się twoim udziałem dzisiaj, ponieważ Bóg nie przestał działać, bo Bóg nadal ma tę samą moc i tak samo dziś pragnie i może wejść w twoje życie, aby je uzdrowić, przemienić, przynieść pocieszenie, przyjść z przebaczeniem grzechu.

Droga sakramentów
Trzecia droga poznania Boga objawiona w święcie Epifanii to droga sakramentów, która jest widoczna w scenie chrztu Jezusa z Jordanie. Jest to droga najpełniejszej i najgłębszej relacji z Bogiem. Bo sakramenty nie są niczym innym, jak drogą wchodzenia w zjednoczenie z Jezusem.
W czasie chrztu nad Jordanem dokonało się objawienie Trójcy Świętej, gdyż na Chrystusa zstąpił Duch Święty, zaś z nieba dało się słyszeć głos Ojca, który mówił: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”. Tradycja Kościoła właśnie ten moment nazwała objawieniem, ponieważ wtedy Chrystus wyraźnie ukazał się nam jako Syn Boga. Jednakże, jak komentuje te słowa św. Cyryl Aleksandryjski, to wszystko, co się dokonało w Chrystusie Panu w czasie chrztu, tak naprawdę dokonało się w Nim po to, byśmy wszyscy mogli być w Nim obecni. Nasz Pan sam z siebie tego nie potrzebował, doskonale znał swoją tożsamość! Objawienie stało się dla nas, byśmy zobaczyli, że my również w Chrystusie stajemy się synami. Chrystus nie potrzebował chrztu nawrócenia, bo sam był Bogiem i zarazem człowiekiem, który całkowicie był zwrócony ku Bogu. To my potrzebujemy zmiany myślenia i zerwania z grzesznym życiem. Chrystus nie wyznawał swoich grzechów przy zanurzeniu w wodach Jordanu, bo był całkowicie święty, dlatego natychmiast wyszedł z wody. To my potrzebujemy odkupienia. To wszystko, co zapowiada chrzest Jezusa, staje się teraz dla nas udziałem w naszym własnym chrzcie. Wtedy do każdego z nas Bóg Ojciec wypowiada słowa znad Jordanu: „Tyś jest mój syn umiłowany”, ponieważ rozpoznaje w nas swojego Umiłowanego Syna, Jezusa, z którym się jednoczymy.

*
Uroczystość Epifanii objawia nam trzy drogi prowadzące do spotkania z Panem: drogę poszukiwania prawdy przez refleksję intelektualną, drogę wiary w cuda i drogę sakramentów. Wszystkie te drogi objawiają nam, że Bóg nadaje sens całemu naszemu życiu, że jest Prawdą, której musimy się podporządkować, jeśli chcemy mieć życie spełnione, że Bóg interesuje się naszym życiem i w nim działa, przez stałą obecność, cudowne interwencje i przez moc sakramentów, które nas jednoczą z Nim najpełniej.
ks. Krzysztof Porosło

 

Gregory W. Slayton dodane 15.01.2020 07:56 źródło: https://rodzina.wiara.pl/

Znaczenia starannej i szczerej modlitwy za rodzinę nie da się przecenić. Nie będę udawał, że dokładnie rozumiem, jak działa modlitwa; widziałem jednak, jak jej siła przemienia serca (w tym przede wszystkim moje własne) i okoliczności zewnętrzne. To dzięki szczerej, płynącej z głębi serca modlitwie niejako chwytamy się za dłonie z naszym Ojcem Wszechmogącym.

Duchowe przewodzenie rodzinie nie jest proste. Zaczyna się od serca przywódcy... czyli twojego.
Z powodów, których mogę się tylko domyślać, Bóg często czeka na nasze modlitwy w sprawach małych i wielkich, zanim wykona swój ruch. Może to dlatego, iż chce, byśmy wzrastali w wierze, a może dlatego, że cieszy Go nasze towarzystwo. Tak czy inaczej, jeśli pragniemy pomocy z nieba dla nas samych i dla naszych bliskich, modlitwa ma znaczenie zasadnicze. Oto jeden z wielu przykładów z życia mojej rodziny.
Wiele lat temu jedno z naszych dzieci zaczęło angażować się w coś, co zdecydowanie nie było dobre. Razem z żoną martwiliśmy się coraz bardziej, ale też, jako młodzi rodzice, próbowaliśmy robić dobrą minę do złej gry (koniec końców, kto chce się przyznać, że jego dzieci mają problem?). Wreszcie zdaliśmy sobie sprawę, że zapomnieliśmy o jednej z najpotężniejszych broni, jakich mogliśmy użyć w imieniu naszego dziecka, i zaczęliśmy się gorliwie modlić o rozwiązanie tamtej sytuacji. Prosiliśmy Boga, by wskazał nam skalę problemu i pomógł poradzić sobie z nim w sposób mądry, z miłością i skutecznie, niezależnie od tego, jak poważna byłaby to sprawa.
To, co nastąpiło potem, uważam za mały cud. Z jakiegoś powodu, którego nigdy nie będę w stanie wyjaśnić, gdy pewnej nocy razem z żoną modliliśmy się w tej sprawie, poczułem, że coś mnie „prowadzi”, bym zajrzał do kubła na śmieci przed domem. Nie robiłem tego nigdy przedtem ani potem, ale tamtej nocy niemal na wierzchu jednego z naszych koszy znalazłem dowód na to, że nasze dziecko ma poważny problem, którym trzeba się zająć. Stwierdzenie, iż ta sytuacja mnie olśniła, byłoby pewnym niedopowiedzeniem. To była po prostu cudowna odpowiedź na moją modlitwę.
Modliliśmy się zatem o to, jak rozmawiać z naszą pociechą w miłości i prawdzie (...). Wykorzystaliśmy „odkrycie”, którego dokonałem w śmieciach, by porozmawiać z naszym dzieckiem i pokazać mu, że to, co się dzieje, jest bardzo ważne dla nas, a nawet dla Boga. Ono wiedziało, że nigdy nie sprawdzam śmieci, dlatego na pewno zwróciło uwagę na to, że akurat tej jednej nocy, gdy ukryło coś kompromitującego w śmieciach, to Bóg poprzez Ducha Świętego skłonił mnie do przeszukania kubłów.
To, że cała sprawa była dla nas na tyle ważna, iż rozmawialiśmy o tym problemie w sposób szczery i otwarty, bardzo pomogło naszym dzieciom. Tamtego wieczoru płakaliśmy we trójkę i myślę, że nasza pociecha zrozumiała, jak bardzo się martwimy i jak bardzo ją kochamy. Nie mógłbym powiedzieć, że wtedy, w tamtym miesiącu lub choćby tamtego roku zakończyliśmy tę bitwę zwycięsko. Postanowiliśmy nawet, że przeprowadzimy się do innego stanu, by uwolnić nasze dziecko spod tamtego negatywnego wpływu, ale dziś ono (i, dzięki Bogu, wszystkie nasze pociechy) ma się dobrze, jest też wolne i czyste od owego niszczycielskiego grzechu.
Powtarzam: nie twierdzę, iż byliśmy świadkami cudu, który dokonał się w jedną noc, ani nagłej i całkowitej przemiany (choć takie rzeczy również się zdarzają dzięki modlitwie – widziałem to kilka razy na własne oczy). Wskazuję tylko, że z czasem, przy wsparciu modlitewnym wielu bliskich przyjaciół i stałej pomocy oraz miłości ze strony całej rodziny nasze dziecko porzuciło tamto destrukcyjne zachowanie. Modlitwa była zasadniczym elementem tej bitwy. Myślę, że bez niej wynik mógłby być zupełnie inny.
Duchowe przewodzenie rodzinie nie jest proste, ale na pewno lepsze od pozostałych możliwości. Zaczyna się od serca przywódcy... czyli twojego. Jeśli jesteś chrześcijaninem, rozwój duchowy nie jest dla ciebie opcjonalny. Pisałem o tym już przedtem, ale warto to powtórzyć: albo idziesz naprzód w swoim chrześcijańskim życiu, wzrastając w miłości, pokoju, radości i mądrości, albo się cofasz. Nie można stać w miejscu. Dlatego kroczmy naprzód. Zyskasz na tym nie tylko ty osobiście, ale też cała twoja rodzina.
*
Powyższy tekst jest fragmentem książki „Projekt: SUPERTATA". Autor: Gregory W. Slayton. Wydawnictwo: Aetos.

 

NABOŻEŃSTWA

ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU - CODZIENNIE 16:30 - 18:00

NOWENNA DO MATKI BOŻEJ OGNISTEJ - W KAŻDĄ ŚRODĘ 17:40

DO ŚW. JÓZEFA: KAŻDY CZWARTEK 17:40

DROGA KRZYŻOWA: PIĄTEK - 7:00 I 17:30 - DLA WSZYSTKICH, 15:30 - DLA DZIECI

GORZKIE ŻALE: NIEDZIELE WIELKIEGO POSTU 15:00, 17:00

NABOŻEŃSTWIE DO MIŁOSIERDZIA BOŻEGO I ŚW. JANA PAWŁA II: każdy poniedziałek o 17.40

PORZĄDEK MSZY ŚWIĘTYCH

MSZE ŚWIĘTE W NIEDZIELE
6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:15
(Msza św. w intemcji parafian), 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W NIEKTÓRE UROCZYSTOŚCI I ŚWIĘTA:
6:30, 9:30, 16:00, 18:00

MSZE ŚWIĘTE W DNI POWSZEDNIE
6:30, 16:00 - W KAPLICY MATKI BOŻEJ, 18:00